Читать онлайн "Ksi?ga wszystkich dokona? Sherlocka Holmesa" автора Конан Дойл Артур - RuLit - Страница 123

 
...
 
     



Выбрать главу
Загрузка...

- Jak ci się to udało wydedukować?

- Z luksusowych cen. Osiem szylingów za pokój i osiem pensów za kieliszek sherry wskazywały na jeden z najdroższych hoteli. Niewiele miejsc w Londynie liczy sobie aż tyle. W drugim z tych, które odwiedziłem, przy Northumberland Avenue, dowiedziałem się z księgi gości, że niejaki Francis H. Moulton, dżentelmen przybyły z Ameryki, wymeldował się zaledwie dzień wcześniej, a przeglądając dotyczące go zapisy znalazłem te same pozycje, które widniały na rachunku. Kazał przesyłać korespondencję na Gordon Square 226, tam więc pojechałem, a że szczęśliwie udało mi się zastać parę zakochanych w domu, udzieliłem im ojcowskich rad i powiedziałem, że postąpiliby ze wszech miasr słusznie, ujawniając wszystko rodzinie lorda St. Simon, a w szczególności jemu samemu. Zaprosiłem ich tutaj, by się z nim spotkali i, jak

widziałeś, skłoniłem do przybycia jego lordowską mość.

- Z dość opłakanym skutkiem - stwierdziłem. - Nie można powiedzieć, by zachował się elegancko.

- Ach, Watsonie. - Uśmiechnął się Holmes. - A czy sam zachowałbyś się inaczej, gdybyś po trudach związanych z zalotami i ślubem w jednej chwili stracił żonę i majątek? Sądzę, że powinniśmy być łaskawi dla lorda St. Simon i dziękować niebiosom, że sami zapewne nigdy nie znajdziemy się w jego położeniu. Przysuń tu krzesło i podaj mi skrzypce. Jedyny problem, jaki pozostaje do rozwiązania, polega na tym, jak przetrwać te ponure jesienne wieczory.

15 Amerykański myśliciel Henry David Thoreau (1817-1862) opisał następujące wnioskowanie oparte na poszlakach: jeśli znajdziemy pstrąga w szklance z mlekiem, to rozsądne jest uznać, że ktoś o dziwnym poczuciu humoru lub o niekonwencjonalnych poglądach na temat przechowywania ryb jest przyczyną zaobserwowanego zjawiska, ponieważ cała nasza wiedza o rzeczywistości wyklucza, by pstrągi w naturalny sposób, bez pomocy czynnika inteligentnego, przebywały w szklance z mlekiem.

Rozdział j edenasty

Berylowy diadem

- Zobacz, Holmesie - powiedziałem - biegnie jakiś szaleniec. Nie rozumiem, jak krewni pozwalają mu się samotnie błąkać po mieście.

Stałem w wykuszu naszego mieszkania i patrzyłem na ulicę.

Mój przyjaciel podniósł się leniwie z fotela i stanął z rękami w kieszeniach szlafroka, zaglądając mi przez ramię. Był jasny rześki lutowy poranek, a śnieg, który spadł poprzedniego dnia, wciąż leżał na ziemi, lśniąc w zimowym słońcu. Na ulicy puch został ubity przez przejeżdżające pojazdy w kruchą brązową masę, ale pobocza drogi i zaspy na skrajach chodników wciąż były nieskalanie białe. Szary trotuar został odśnieżony, lecz wciąż był niebezpiecznie śliski, poruszało się po nim mniej przechodniów niż zazwyczaj. Od strony stacji metra Metropolitan szedł tylko jeden dżentelmen, którego ekscentryczne zachowanie przykuło moją uwagę.

Był to pięćdziesięcioletni mężczyzna, wysoki, dobrze zbudowany, o imponującej powierzchowności; miał pełną twarz, wyraziste rysy i władczą postawę. Ubrany był w bogaty ciemny strój: miał na sobie czarny frak, lśniący cylinder, gustowne brązowe getry i dobrze skrojone spodnie w kolorze perłowoszarym. Jego zachowanie kłóciło się jednak z godnością widoczną w fizjonomii i stroju, pędził bowiem na złamanie karku, od czasu do czasu lekko podskakując jak człowiek i nieprzyzwy czajony do chodzenia, a tym bardziej biegania. Machał rękami, potrząsał głową, a jego twarz zniekształcały wielce osobliwe grymasy.

- Co mu dolega, do kroćset? - spytałem. - Teraz, sprawdza numery domów.

- Sądzę, że zmierza tutaj - stwierdził Holmes, zacierając ręce.

- Tutaj?

- Owszem. Myślę, że chce zasięgnąć mojej porady. Rozpoznaję te objawy. A nie mówiłem?

Zanim Holmes wypowiedział te słowa, mężczyzna podbiegł, sapiąc, do naszych drzwi i zaczął szarpać za sznur od dzwonka, którego odgłos rozległ się w całym domu.

Po chwili siedział w naszym pokoju. Wciąż ciężko dyszał i gwałtownie gestykulował, ale na jego smutnej twarzy malowała się taka rozpacz, że nasze rozbawienie w jednej chwili zmieniło się w litość i we współczucie. Przybysz przez chwilę nie mógł wydusić z siebie słowa, kiwał się tylko i rwał sobie włosy z głowy jak człowiek, który odchodzi od zmysłów. Nagle zerwał się na nogi i z całej mocy uderzył głową o ścianę. Podbiegliśmy do niego i zaciągnęliśmy na środek pokoju. Sherlock Holmes usadził go w fotelu, sam usiadł obok, poklepał po ramieniu i zaczął mówić swym najbardziej łagodnym i kojącym głosem.

- Przyszedł pan tutaj, by opowiedzieć mi swoją historię, prawda? - zapytał. - Wyczerpał pana pośpiech. Poczekajmy, aż dojdzie pan do siebie, wówczas z przyjemnością wysłucham pana.

Przez minutę (lub dłużej) mężczyzna siedział, oddychając głęboko i walcząc z emocjami, później przetarł czoło chusteczką, zacisnął wargi i odwrócił się ku nam:

- Panowie sądzą zapewne, że jestem niespełna rozumu?

- Widzę, że znalazł się pan w wielkim kłopocie - odpowiedział Holmes.

- Bóg mi świadkiem, ma pan rację! Te straszne kłopoty spadły na mnie tak nagle! Czuję, że jestem o krok od szaleństwa. Mogę stawić czoła hańbie, choć niczym się dotąd nie splamiłem. Nieszczęście przytrafia się każdemu. Ale jednocześnie jedno i drugie, w dodatku w tak okropnej postaci, wstrząsnęło mną do głębi. Nie chodzi poza tym tylko o mnie. Jeśli nie uda się znaleźć jakiegoś wyjścia z tej straszliwej sytuacji, może ucierpieć jedna z najsłynniejszych osobistości naszego kraju.

- Proszę się uspokoić i opowiedzieć mi, kim pan jest i co się panu przytrafiło - zachęcił Holmes.

- Moje nazwisko zapewne jest panom znane - zaczął nasz gość. - Jestem Alexander Holder z banku Holder & Stevenson przy Threadneedle Street.

Istotnie, nazwisko nie było nam obce. Wiedzieliśmy, że należy ono do wspólnika drugiego co do wielkości prywatnego banku londyńskiego City. Co musiało się stać, by jeden z najznamienitszych obywateli naszego miasta znalazł się w tak pożałowania godnym stanie? Czekaliśmy cierpliwie, chociaż rozpierała nas ciekawość. Mężczyzna z ogromnym wysiłkiem wziął się w garść, uspokoił się i opowiedział swoją historię.

- Nie ma czasu do stracenia. Pośpieszyłem tu od razu, gdy inspektor policji zaproponował, bym poprosił pana o pomoc. Przyjechałem metrem, a od stacji szedłem piechotą, gdyż przy takiej pogodzie dorożki poruszają się bardzo wolno. Zwykle niewiele się ruszam, dlatego się zadyszałem. Czuję się lepiej i przedstawię panom fakty tak zwięźle i jasno, jak tylko zdołam. Zapewne panowie wiedzą, aby odnieść sukces w bankowości, trzeba badać możliwości zainwestowania z zyskiem posiadanych środków, a także poszukiwać nowych kontaktów i klientów. Jednym z najlepszych sposobów na zwiększenie kapitału są dobrze zabezpieczone pożyczki. W ciągu ostatnich kilku lat często pożyczyliśmy przedstawicielom szlachetnych rodów znaczące sumy pod zastaw obrazów, księgozbiorów czy porcelany.

Wczoraj, kiedy siedziałem w swoim gabinecie w banku, jeden z urzędników przyniósł mi wizytówkę. Zadrżałem, gdy zobaczyłem wypisane na niej nazwisko. Było to - nawet panu nie powinienem mówić więcej - nazwisko znane na całym świecie, należące do jednego z najstarszych i najszlachetniejszych rodów Anglii. Ten zaszczyt mnie onieśmielił. Po wejściu dostojnego klienta próbowałem mu to powiedzieć, on jednak natychmiast przystąpił do rzeczy z miną człowieka, który chce jak najszybciej uporać się z nieprzyjemnym zadaniem. „Panie Holder - zaczął - powiedziano mi, że trudni się pan pożyczaniem pieniędzy”. „Owszem, nasza firma udziela pożyczek pod odpowiedni zastaw” - odpowiedziałem. „Potrzebuję koniecznie natychmiast pięćdziesiąt tysięcy funtów - rzekł. - Oczywiście, mógłbym pożyczyć od przyjaciół nawet dziesięć razy więcej, wolę jednak zdobyć tę drobną kwotę jako pożyczkę bankową. Proszę pana, dla osoby w moim położeniu nierozważnym byłoby zwracanie się do znajomych w takiej sprawie”. „Jeśli wolno wiedzieć, na jak długo potrzebuje pan tych pieniędzy?” - spytałem. „W najbliższy poniedziałek mam otrzymać z powrotem znaczącą sumę. Wtedy spłacę pożyczkę wraz z takimi odsetkami, jakie uzna pan za stosowne. Bardzo istotne jest jednak dla mnie, by pieniądze zostały wypłacone od razu”. „Z radością bez zbędnych słów udzieliłbym panu pożyczki z własnej kiesy, gdyby nie fakt, że nie zniosłaby ona takiego obciążenia - stwierdziłem. - Jeśli natomiast mam to zrobić w imieniu firmy, uczciwość wobec wspólnika nakazuje, bym nawet w pańskim przypadku wymagał gwarancji w postaci koniecznych zabezpieczeń”. „Inaczej sobie nie wyobrażam - odpowiedział, biorąc do ręki kwadratową szkatułkę z czarnego safianu, którą położył obok na stole. - Słyszał pan zapewne o berylowym diademie”. „To jeden z najcenniejszych klejnotów imperium” - potwierdziłem. „Zgadza się” - mówiąc to, otworzył szkatułkę. W środku na miękkim jasnobeżowym aksamicie leżało wspaniałe dzieło sztuki jubilerskiej. „Osadzono w nim trzydzieści dziewięć olbrzymich beryli - powiedział. - A wartość samej złotej oprawy jest trudna do określenia. Według minimalnego oszacowania diadem wart jest dwukrotnie więcej niż kwota, którą chcę pożyczyć. Jestem gotów przekazać go panu jako zastaw”. Wziąłem do rąk szkatułkę z drogocenną zawartością i nie bez zmieszania spoglądałem to na nią, to na mego znamienitego klienta. „Czy nie jest pan pewien jego wartości?” - spytał. „Ależ jestem. Nie wiem tylko.”. „Czy to właściwe, bym zostawił go u pana? Mogę pana uspokoić. Nawet nie pomyślałbym o tym, gdybym nie był całkowicie pewien, że w ciągu czterech dni będę mógł go odebrać. To czysta formalność. Czy takie zabezpieczenie wystarczy?”. „Aż nadto”. „Jak pan widzi, panie Holder, darzę pana bezgranicznym zaufaniem. Ufam, że będzie pan dyskretny i powstrzyma się od plotek, a przede wszystkim zachowa wszelkie możliwe środki ostrożności. Nie muszę chyba mówić, jak wielki publiczny skandal wybuchłby, gdyby cokolwiek się stało z diademem. Jakiekolwiek uszkodzenie ozdoby pociągnęłoby za sobą takie same skutki, jak jej całkowite zniszczenie, gdyż na świecie nie ma więcej podobnych beryli, nie sposób zatem wymienić osadzonych w niej klejnotów. Zaufam jednak panu w pełni i zostawiam diadem ze spokojnym sumieniem. Zgłoszę się po niego osobiście w poniedziałek rano”. Widziałem, że mój klient się śpieszy, więc nie ociągając się, wezwałem kasjera i kazałem mu wypłacić pięćdziesiąt tysiącfuntowych banknotów. Kiedy jednak zostałem sam z drogocenną szkatułką na stole, nie mogłem się pozbyć myśli o ryzyku, jakie niosła za sobą ogromna odpowiedzialność związana z klejnotem. Nie ulegało wątpliwości, że to skarb narodowy, i gdyby coś się stało, nie obeszłoby się bez głośnego skandalu. Zacząłem żałować, że w ogóle zgodziłem się go przyjąć, było jednak za późno na zmianę tej decyzji. Zamknąłem diadem w mym prywatnym sejfie i wróciłem do pracy. Pod koniec dnia uznałem, że nieroztropnie byłoby zostawić w biurze tak cenny przedmiot. Zdarzało się już, że okradano bankierów, mój sejf też mógłby spotkać podobny los. A gdyby do tego doszło, w jakże strasznym położeniu bym się znalazł! Postanowiłem nie spuszczać z oczu szkatułki przez kolejnych kilka dni i zawsze mieć ją pod ręką. Powziąwszy tę decyzję, wezwałem dorożkę i pojechałem do domu w Streatham, zabierając ze sobą klejnot. Odetchnąłem swobodnie dopiero wówczas, kiedy zamknąłem go w garderobie na górze, w sekretarzyku. Panie Holmes, mój koniuszy i goniec śpią poza domem, można ich pominąć. Moje trzy pokojowe służą u mnie od wielu lat. Całkowicie na nich polegam i nie podejrzewam żadnej z nich. Pomocnica Lucy Parr jest u mnie dopiero od kilku miesięcy, ale ktoś mi ją polecił; zawsze byłem z niej zadowolony. To bardzo ładna dziewczyna. Co prawda, jej liczni adoratorzy przesiadują u mnie w domu, ale to jedyne zastrzeżenie, jakie mamy wobec niej, jest porządną dziewczyną. To tyle, jeśli chodzi o służbę. Moja rodzina jest nieliczna, nie będę więc długo opowiadał. Jestem wdowcem, mam syna Arthura. Zawiodłem się na nim, panie Holmes, okrutnie się zawiodłem, i nie mam wątpliwości, że sam jestem sobie winien. Ludzie mówią, że go rozpuściłem, i tak zapewne jest. Po śmierci mej kochanej żony pozostał mi tylko on. Nie potrafiłem ścierpieć, gdy uśmiech choć na chwilę znikał z jego twarzy. Nigdy niczego mu nie odmówiłem. Być może byłoby lepiej dla nas obu, gdybym zachowywał się bardziej stanowczo, ale działałem w jak najlepszej wierze. Rzecz jasna, chciałem, by syn przejął po mnie interes, ale okazało się, że się do tego nie nadaje. Był nieokiełznany, kapryśny i, szczerze mówiąc, nie mogłem powierzyć mu dużych sum pieniędzy. Za młodu został członkiem arystokratycznego klubu, w którym, dzięki swemu urokowi, szybko zaprzyjaźnił się z dżentelmenami o nabitych kabzach, hołdującymi drogim nawykom. Zaczął grać w karty o duże stawki i trwonić pieniądze na wyścigach konnych, przez co wiele razy zmuszony był zwracać się do mnie z prośbą o wypłacenie kieszonkowego z góry, by mógł spłacić honorowe długi. Kilkakrotnie próbował zerwać z tym niebezpiecznym towarzystwem, lecz wracał do niego pod wpływem przyjaciela sir George’a Burnwella. Trudno się dziwić, że sir George Burnwell miał tak duży wpływ na mego syna. Arthur wielokrotnie przyprowadzał go do domu; ja sam ledwie zdołałem się oprzeć fascynacji jego sposobem bycia. Jest starszy od mojego syna, świat leży u jego stóp. Sir George był wszędzie i widział wszystko; jest błyskotliwym mówcą, a do tego bardzo przystojnym mężczyzną. Kiedy jednak myślę o nim, gdy nie ma go w pobliżu, nie sugerując się czarem, jaki zwykle roztacza, wspominają mi się jego cyniczne wypowiedzi i wyraz oczu, kgóre dowodzą, że nie można mu ufać. Mój pogląd podziela mała Mary, której kobieca intuicja pozwala szybko przejrzeć ludzką naturę. Mary jest moją bratanicą. Kiedy mój brat zmarł pięć lat temu, ona została sama na świecie. Adoptowałem ją i traktuję jak córkę. Rozświetla mój dom niczym promyk słońca. Jest urocza, kochająca i piękna, znakomicie prowadzi dom i nim zarządza, jest jednak przy tym delikatna, łagodna i cicha, taka, jaką powinna być kobieta. Jest moją prawą ręką, i nie wiem, co bym bez niej zrobił. Tylko w jednej sprawie postąpiła wbrew mym życzeniom. Syn dwa razy prosił ją o rękę, gdyż kocha ją głęboko, ona jednak dwukrotnie mu odmówiła. Sądzę, że gdyby ktokolwiek mógł wprowadzić go z powrotem na właściwą drogę, byłaby właśnie ona. To małżeństwo mogło zmienić jego życie, ale teraz jest już za późno, niestety, nieodwołalnie za późno! Panie Holmes, zna pan już mieszkańców domu, wracam więc do mej smutnej historii. Tego wieczora, kiedy po kolacji piliśmy kawę w salonie, opowiedziałem Arthurowi i Mary, co mnie spotkało, i zdradziłem, że pod naszym dachem znajduje się drogocenny przedmiot. Zataiłem jedynie nazwisko mego klienta. Jestem pewien, że Lucy Parr, która przyniosła nam kawę, wyszła wcześniej z pokoju, nie mogę jednak przysiąc, czy drzwi były zamknięte. Mary i Arthur byli bardzo zaciekawieni moją opowieścią i chcieli obejrzeć słynny diadem, ja jednak byłem zdania, że lepiej go nie ruszać. „Gdzie go schowałeś?” - spytał Arthur.

     

 

2011 - 2018