Выбрать главу

Holmes uścisnął rękę lekarza.

- Chodźmy, Watsonie - powiedział, i wyszliśmy z pogrążonego w żałobie domu na blade słońce zimowego dnia.

7 kamień (stone) to anglosaska jednostka masy; jeden kamień to ok. 6,35 kg (przyp.

tłum.)

Rozdział dwunasty

Abbey Grange

Pewnego okrutnie mroźnego poranka pod koniec zimy roku 1894 obudziło mnie szarpanie. Stał nade mną Holmes i tarmosił mnie za ramię. Świeca, którą trzymał w ręku, oświetlała jego pochyloną nade mną, pełną ożywienia twarz, z wyrazu której wyczytałem natychmiast, że coś się stało.

- Chodź, Watsonie, chodź! - wykrzyknął. - Czas rozpocząć polowanie. Ani słowa! Ubieraj się i chodź!

Dziesięć minut później siedzieliśmy już w dorożce, jadąc cichymi ulicami na dworzec Charing Cross. Wstawał blady zimowy świt, i widzieliśmy zamglone sylwetki mijających nas robotników z najwcześniejszej zmiany, zamazane i niewyraźne w opalizującym londyńskiej mgle. Milczący Holmes otulił się grubym płaszczem, a ja cieszyłem się, że mogę zrobić to samo - panował trzaskający mróz, żaden z nas natomiast nie jadł jeszcze śniadania.

Dopiero kiedy napiliśmy się na dworcu gorącej herbaty i zajęliśmy miejsca w pociągu do Kent, odtajaliśmy na tyle, by mój przyjaciel był w stanie mówić, a ja - słuchać. Holmes wyjął z kieszeni list i przeczytał go na głos:

Abbey Grange, Marsham, hrabstwo Kent, 3.30 rano

Drogi Panie Holmes!

Byłbym bardzo wdzięczny za pańską niezwłoczną pomoc w śledztwie, które zapowiada się nadzwyczaj ciekawie. Ta sprawa może pana zainteresować. Dopilnuję, by - poza uwolnieniem damy - wszystko pozostało tak, jak to znalazłem, ale błagam, by przybył pan, nie tracąc ani chwili, gdyż nie mogę na długo pozostawić sir Eustace ’a w obecnym położeniu.

Z poważaniem, STANLEY HOPKINS

- Hopkins wzywał mnie dotąd siedmiokrotnie i za każdym razem z całkowicie uzasadnionych powodów - stwierdził Holmes. - Zdaje się, że każda z jego spraw trafiła do twego zbiorku. Muszę przyznać, Watsonie, że umiejętnie dobierasz tematy, co wynagradza wiele niedociągnięć, jakie dostrzegam w twych opowiadaniach. Twój zgubny zwyczaj patrzenia na wszystko jak na historię, nie zaś jak na badania naukowe, niszczy dzieło, które mogło być pouczającą, a nawet klasyczną kroniką przykładów. Ledwie napomykasz o kwestiach wymagających wielkiej finezji i delikatności, a skupiasz się na sensacyjnych szczegółach, które

mogą zainteresować czytelnika, lecz z pewnością nie pogłębią jego wiedzy.

- Czemu nie spiszesz tych historii sam? - zapytałem nie bez goryczy.

- Zrobię to, drogi Watsonie, zrobię to. W tej chwili, jak wiesz, jestem dość zajęty, ale zamierzam poświęcić swe ostatnie lata na tworzenie podręcznika obejmującego całokształt sztuki detektywistycznej. Zdaje się, że nasza obecna sprawa dotyczy morderstwa.

- Sądzisz, że sir Eustace nie żyje?

- Owszem. Pismo Hopkinsa wskazuje, że był bardzo wzburzony, a nie jest on człowiekiem skłonnym do wzruszeń. Tak, sądzę, że doszło do aktów przemocy i że pozostawiono ciało, byśmy mogli je zbadać. Zwykłe samobójstwo nie skłoniłoby młodego detektywa, by po mnie posłać. Jeśli chodzi o uwolnienie damy, zapewne była ona zamknięta w swoim pokoju, kiedy doszło do tragedii. Będziemy się poruszać w wysokich sferach, Watsonie. Spójrz na szeleszczący papier, monogram „E.B.”, herb i wymyślny adres. Mam nadzieję, że nasz przyjaciel Hopkins nie zawiedzie oczekiwań i że poranek spędzimy interesująco. Morderstwo popełniono wczoraj przed północą.

- Skąd o tym wiesz?

- Sprawdziłem rozkład jazdy pociągów i obliczyłem czas. Najpierw została wezwana lokalna policja, która musiała porozumieć się ze Scotland Yardem. Później na miejsce przybył Hopkins i posłał po mnie. To niewątpliwie trwało całą noc. Ale jesteśmy już na dworcu w Chiselhurst i wkrótce będziemy mogli wyjaśnić swoje wątpliwości.

Po przejechaniu kilku mil po wąskich wiejskich drogach znaleźliśmy się przed bramą parku, którą otworzył nam stary gajowy o wymizerowanej twarzy, noszącej piętno wielkiej tragedii. Aleja prowadziła przez piękny park pomiędzy rzędami wiekowych wiązów do niskiego rozległego domu o frontonie otoczonym filarami jak w budynkach projektu Palladia. Środkowa część domu była bardzo stara, jej ściany pokrywał bluszcz, ale duże okna świadczyły o tym, że budynek unowocześniono, jedno ze skrzydeł domu wydawało się zupełnie nowe. Inspektor Stanley Hopkins o młodzieńczej sylwetce i inteligentnej przenikliwej twarzy czekał na nas w otwartych drzwiach.

- Bardzo się cieszę, że pan przyjechał, panie Holmes. I pan, doktorze Watson. Gdybym jednak miał więcej czasu do namysłu, nie robiłbym panom kłopotu, dama doszła do siebie i zdała tak jasną relację z wydarzeń, że niewiele pozostało dla nas do roboty. Pamięta pan gang złodziei z Lewisham?

- Trzech Randallów?

- Otóż to. Ojciec i dwóch synów. Nie wątpię, że to ich sprawka. Dwa tygodnie temu widzieli ich podczas rabunku w Sydenham, wówczas sporządzono rysopisy. To, że uderzyli ponownie tak szybko i tak blisko, świadczy o ich wielkiej zuchwałości, ale to byli oni, ponad wszelką wątpliwość. Tym razem nie unikną stryczka.

- A zatem sir Eustace nie żyje?

- Owszem, zginął od ciosu w głowę zadanego jego własnym pogrzebaczem.

- Woźnica powiedział mi, że zmarły nazywał się Brackenstall.

- Zgadza się. Był jednym z najbogatszych ludzi w hrabstwie Kent. Lady Brackenstall jest w salonie. Biedna kobieta, przeżyła coś potwornego! Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, wydawała się bliska śmierci. Myślę, że najlepiej byłoby, gdyby się pan z nią zobaczył i wysłuchał jej relacji z całego zdarzenia. Później możemy razem obejrzeć jadalnię.

Lady Brackenstall była osobą niezwykłą. Nieczęsto zdarzało mi się widzieć damy równie kobiece, o tak wdzięcznej sylwetce i pięknej twarzy. Miała złote włosy i niebieskie oczy, z pewnością posiadała również piękną cerę, jaka zwykle towarzyszy takiej karnacji, ale po ostatnich wydarzeniach jej twarz stała się szarą. Dama cierpiała nie tylko na duszy, ale i na ciele - nad jednym okiem widniał ohydny obrzmiały siniak koloru śliwki, który pokojówka pani domu, wysoka surowa kobieta, pieczołowicie przemywała wodą z octem. Lady Brackenstall leżała bez sił na kanapie, ale bystre, przenikliwe spojrzenie, którym obrzuciła nas, gdy weszliśmy do pokoju, i czujny wyraz pięknej twarzy dowodziły, że okropne przejścia nie pozbawiły jej przytomności umysłu ani odwagi. Była ubrana w luźny błękitno-srebrny szlafrok, a obok leżała czarna wieczorowa suknia, wyszywana cekinami.

- Wszystko już panu opowiedziałam, panie Hopkins - powiedziała ze znużeniem. - Czy nie mógłby pan tego powtórzyć za mnie? Cóż, jeśli twierdzi pan, że to konieczne, wyjaśnię tym dżentelmenom, co się stało. Byli panowie już w jadalni?

- Uznałem, że najlepiej będzie, jeśli najpierw wysłuchają pani opowieści.

- Chciałabym, żeby pan zakończył już tę sprawę. Przeraża mnie myśl o tym, że on wciąż tam leży. - Zadrżała i zatopiła twarz w dłoniach. Szlafrok zsunął się z jej ramion.

Holmes krzyknął:

- Ależ ma pani jeszcze inne obrażenia! Co to? - Na jednym z krągłych białych ramion wyraźnie widniały dwie jaskrawoczerwone plamy. Kobieta pośpiesznie podciągnęła szlafrok.

- To nic. Nie ma żadnego związku z dzisiejszymi strasznymi wydarzeniami. Jeśli pan i pański znajomy zechcecie usiąść, opowiem wam wszystko, co wiem. Jestem żoną sir Eustace’a Brackenstalla. Pobraliśmy się mniej więcej rok temu. Nie ma chyba sensu ukrywać, że nasze małżeństwo nie było szczęśliwe. Nawet gdybym ja próbowała wszystkiemu zaprzeczyć, powiedzieliby o tym panu nasi sąsiedzi. Być może wina leży częściowo po mojej stronie. Wychowałam się w bardziej swobodnej i mniej ograniczonej konwenansami atmosferze Południowej Australii, i angielskie życie, z całą swoją poprawnością i afektacją, mi nie służy. Główną przyczynę kłopotów stanowił jednak doskonale wszystkim znany fakt, że sir Eustace był pijakiem. Przebywanie z takim człowiekiem choćby przez godzinę jest przykre. Czy może pan sobie wyobrazić, co oznaczało dla wrażliwej i pełnej życia kobiety takie uwiązanie do niego w dzień i w nocy? Uznawanie takiego małżeństwa za prawnie wiążące to świętokradztwo, zbrodnia, podłość! Uważam, że nieludzkie przepisy, które obowiązują w tym kraju, sprowadzą na niego zagładę, Bóg nie pozwoli, by taka niegodziwość trwała. - Na chwilę się uniosła, próbując usiąść, rumieniec wystąpił jej na policzki, a oczy zapłonęły pod okrutnym sińcem. Silna, kojąca dłoń surowej pokojowej skłoniła jej głowę ku poduszce, i wściekły gniew przeszedł w rozpaczliwy szloch. W końcu kobieta zaczęła mówić dalej: