Выбрать главу

- Ten stary Randall musi być bardzo silny - zauważył.

- Tak - stwierdził Hopkins. - Wiem o nim co nieco i muszę przyznać, że chłop ma

krzepę.

- Powinien go pan ująć bez trudności.

- Bez najmniejszych. Wszczęliśmy poszukiwania; przez chwilę wydawało się, że uciekł do Ameryki. Obecnie wiemy już, że jego gang znajduje się w kraju i nie ma możliwości, by nam się wymknął. Powiadomiliśmy już wszystkie porty, a przed wieczorem zostanie wyznaczona nagroda. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy: czemu zrobili coś tak szalonego, wiedząc, że dama będzie w stanie ich opisać i że na podstawie tego opisu z pewnością ich rozpoznamy.

- Otóż to. Można by się spodziewać, że będą chcieli uciszyć lady Brackenstall.

- Mogli nie zdawać sobie sprawy, że się ocknęła - zasugerowałem.

- To dość prawdopodobne. Skoro wydawało im się, że leży bez zmysłów, nie chcieli odbierać jej życia. Hopkins, a co z tym biedakiem? Słyszałem o nim dziwne rzeczy.

- Na trzeźwo był złotym człowiekiem, ale robił się z niego diabeł wcielony, gdy się upił, a w zasadzie gdy się napił, bo rzadko zdarzało mu się spić jak bela. Coś wtedy w niego wstępowało, i był zdolny do wszystkiego. Z tego, co słyszałem, mimo jego tytułu i majątku, niewiele brakowało, a musielibyśmy się zająć nim już wcześniej. Wybuchł skandal, kiedy nasączył benzyną sierść psa - co gorsza, pupila lady Brackenstall - i go podpalił. Sprawę zatuszowano z wielką trudnością. Później znów miał kłopoty, gdyż rzucił karafką w tę pokojówkę, Theresę Wright. Ogólnie rzecz biorąc, tak między nami, ten dom będzie bez niego weselszym miejscem. A czemu się pan teraz przygląda?

Holmes klęczał na podłodze, z wielką uwagą oglądając węzły na czerwonym sznurze, którym związano lady Brackenstall. Później dokładnie przyjrzał się postrzępionemu końcowi sznura, który pękł, szarpany przez złodzieja.

- Kiedy zerwano sznur, dzwonek w kuchni musiał dzwonić bardzo głośno - zauważył.

- Nikt nie mógł tego słyszeć. Kuchnia znajduje się na tyłach domu.

- Skąd złodziej wiedział, że tak będzie? Czemu tak beztrosko pociągnął za sznur?

- Otóż to, panie Holmes, otóż to. Stawia pan to samo pytanie, które wielokrotnie sobie zadawałem. Nie ulega wątpliwości, że ten człowiek musiał znać dom i panujące w nim zwyczaje. Wiedział, że służba będzie już spać o tej dość wczesnej godzinie i że nikt nie usłyszy dzwonka w kuchni. Jeden ze służących zatem mógł być z nim w zmowie. To oczywiste. Wszyscy słudzy, a jest ich ośmioro, mają dobry charakter.

- Przy obecnym stanie naszej wiedzy należałoby podejrzewać kobietę, w którą pan domu rzucił karafką - stwierdził Holmes. - Musiałaby jednak zdradzić swą panią, której wydaje się oddana. Cóż, to prawdopodobnie błahostka, a po schwytaniu Randalla zapewne uda się bez trudu ująć jego wspólników. Gdyby nawet przyjąć, że opowieść tej damy wymagałaby potwierdzenia, dostarcza go wszystko, co tu widzimy. - Podszedł do przeszklonych drzwi i zamaszyście je otworzył. - Nie ma tu śladów, ale ziemia jest twarda jak kamień, więc trudno było się ich spodziewać. Widzę, że świece na kominku były zapalone.

- Tak. Złodzieje poruszali się w ich świetle oraz świeczki przyniesionej przez damę.

- A co zabrali?

- Niewiele. Około pół tuzina elementów zastawy z kredensu. Lady Brackenstall uważa, że sami byli tak przerażeni śmiercią sir Eustace’a, że zrezygnowali z plądrowania domu.

- To niewątpliwie prawda, a jednak, o ile dobrze pamiętam, zdążyli napić się wina.

- Aby ukoić nerwy.

- Zgadza się. Rozumiem, że nie ruszano trzech kieliszków na kredensie?

- Nie. Butelka też stoi tak, jak zostawili ją złodzieje.

- Przyjrzyjmy się jej. Hola, hola! A cóż to?

Trzy kieliszki znajdowały się blisko siebie, wszystkie były poplamione winem, a jeden zawierał męty. Nieopodal nich stała butelka, opróżniona w jednej trzeciej, a obok niej leżał długi, silnie poplamiony korek. Jego wygląd i kurz pokrywający butelkę wskazywały, że mordercy uraczyli się trunkiem z nie byle jakiego rocznika.

Holmes zmienił się na twarzy. Zniknęła z niej osowiała mina, znów zobaczyłem w jego przenikliwych, głęboko osadzonych oczach błysk zainteresowania. Mój przyjaciel podniósł korek i uważnie go obejrzał.

- Jak go wyciągnęli?

Hopkins wskazał na częściowo wysuniętą szufladę, leżały w niej obrusy i duży korkociąg.

- Czy lady Brackenstall twierdziła, że złodzieje posłużyli się tym korkociągiem?

- Nie. Nie wiem, czy pan pamięta, ale była nieprzytomna w chwili otwierania butelki.

- Otóż to. W istocie, nie skorzystali z niego. Butelkę otwarto korkociągiem kieszonkowym, zapewne ze scyzoryka, który ma nie więcej niż półtora cala długości. Jeśli przyjrzy się pan wierzchniej części korka, to zauważy, że korkociąg wkręcano trzykrotnie, nim udało się wyjąć korek, i że nie przebito tego ostatniego na wylot. Ten długi korkociąg przedziurawiłby korek i wyjął go za pierwszym pociągnięciem. Kiedy ujmie pan sprawcę, przekona się pan, czy ma przy sobie scyzoryk o wielu ostrzach.

- Znakomicie! - stwierdził Hopkins.

- Muszę jednak przyznać, że zastanawiają mnie te kieliszki. Czy lady Brackenstall widziała, jak włamywacze piją?

- Tak, wyraźnie to potwierdziła.

- W takim razie na tym należy zakończyć. Cóż więcej można dodać? A jednak musi pan przyznać, Hopkins, że te trzy kieliszki są doprawdy niezwykłe. Co? Nie widzi pan w nich niczego osobliwego? Być może ludzie o szczególnej wiedzy i uzdolnieniach, takich jak moje, mają skłonność do poszukiwania skomplikowanych wyjaśnień, choć dysponują prostymi. Rzecz jasna, jeśli idzie o kieliszki, to czysty przypadek. Cóż, Hopkins, życzę panu dobrego dnia. Nie wygląda na to, bym mógł się panu na cokolwiek przydać, i zdaje się, że już rozstrzygnął pan sprawę. Proszę powiadomić mnie o aresztowaniu Randalla i dalszym rozwoju wypadków. Wierzę, że niedługo będę mógł pogratulować panu pomyślnego zakończenia śledztwa. Chodź, Watsonie, zdaje się, że bardziej pożytecznie spędzimy czas w domu.

Podczas podróży widziałem po minie Holmesa, że był zaintrygowany czymś, co zobaczył. Od czasu do czasu z wysiłkiem zmieniał wyraz twarzy i mówił o sprawie tak, jakby była oczywista, później jednak znów ogarniały go wątpliwości, a jego zmarszczone brwi i błędny wzrok wskazywały, że ponownie powrócił myślami do wielkiej jadalni w Abbey Grange, w której o północy rozegrała się tragedia. Wreszcie, kiedy nasz pociąg ruszał z podmiejskiego dworca, wyskoczył pod wpływem nagłego impulsu na peron, pociągając mnie za sobą.

- Wybacz mi, mój drogi - powiedział, kiedy patrzyliśmy na ostatnie wagony naszego pociągu znikające za zakrętem. - Przepraszam, że naraziłem cię na niebezpieczeństwo przez coś, co mogło wyglądać na zwykły kaprys, ale na me życie, Watsonie, po prostu nie mogę zostawić tak tej sprawy. Wszystkie moje instynkty przemawiają przeciw temu. To nie tak, wszystko nie tak, przysięgam. A jednak opowieść damy była kompletna, zeznanie pokojówki wystarczająco ją potwierdziło, a szczegóły mniej więcej się zgadzały. Cóż mogę temu przeciwstawić? Nic, prócz trzech kieliszków do wina. Gdybym jednak nie brał opowieści i zeznań za pewnik, gdybym zbadał wszystko z należytą uwagą, gdybyśmy zaczynali pracę nad sprawą od samego początku i nie mieli gotowej historii, która wypaczyła mój osąd, czy nie znalazłbym bardziej konkretnego punktu oparcia? Oczywiście że tak. Watsonie, usiądźmy na tej ławce, poczekajmy na pociąg do Chiselhurst, a w tym czasie przedstawię ci dowody. Błagam, odrzuć najpierw przekonanie, że wszystko, co mówiły pokojówka lub jej pani, musi być prawdą. Urok tej damy nie może odbierać nam jasności widzenia. Nie ulega wątpliwości, że niektóre szczegóły opowieści mogą wzbudzić podejrzenia, jeśli przyjrzeć im się spokojnie. Złodzieje dokonali poważnego rabunku w Sydenham dwa tygodnie temu. W gazetach znalazły się informacje o nich i rysopisy, które naturalnie mógłby wykorzystać każdy, kto chciałby opowiedzieć o zmyślonym napadzie. Rabusie, którym powiódł się skok, zwykle cieszą się łupami w ciszy i spokoju i nie wyruszają tak szybko na kolejną niebezpieczną wyprawę. Ponadto złodzieje zwykle nie pojawiają się o tak wczesnej porze, nie biją dam, by zapobiec wszczęciu alarmu (gdyż to właśnie jest pewny sposób, by dama zaczęła krzyczeć), nie popełniają morderstwa, jeśli jest ich dość wielu, by obezwładnić jednego przeciwnika, nie zadowalają się niewielkim łupem, jeśli mają większy w zasięgu ręki, i wreszcie nie zostawiają niedopitej butelki. Co sądzisz o tych faktach, Watsonie?