Jacob posmutniał.
Chyba mu się spodobałaś. Zaśmiałam się.
Jest dla mnie odrobinkę za młody.
Mój towarzysz jeszcze bardziej się zasępił.
– Między wami nie ma wcale takiej dużej różnicy wieku. Tylko rok z kawałkiem.
Podejrzewałam, że nie o Quilu już mowa. Postanowiłam sprowadzić wszystko do żartu.
– Teoretycznie tak, ale trzeba też brać pod uwagę to, że dziewczyny szybciej dojrzewają psychicznie. Jakby spojrzeć na to pod tym kątem, wyszłoby, że jestem od niego starsza o jakieś pięć, sześć lat.
Rozweseliłam go.
– Niech ci będzie, ale jeśli chcesz być taka wybredna, musisz wziąć poprawkę na to, że sama mocno odbiegasz od normy: Quil – psychicznej, a ty – fizycznej. Jesteś strasznie niska. To ze trzy punkty karne, trzy lata do odjęcia.
– Metr sześćdziesiąt trzy to zupełnie przyzwoity wynik – żachnęłam się. – To ty jesteś wybrykiem natury.
Przekomarzaliśmy się całą drogę do Hoquiam, to dodając, to ujmując sobie lat, zależnie od różnych naszych cech i uzdolnień bądź ich braku. Straciłam jeszcze dwa lata za to, że nie umiałam zmieniać, koła, ale Jacob zgodził się oddać mi jeden rok, bo sprawowałam pieczę nad domowymi rachunkami. Przerwaliśmy zabawę dopiero w Checker, gdzie musiał skoncentrować się na zakupach. Jako że znaleźliśmy wszystko, co było na liście, zapewnił mnie, że doprowadzenie motorów do porządku to tylko kwestia czasu.
Kiedy wróciliśmy do La Push, ja „miałam” dwadzieścia trzy lata, trzydzieści Jacob trzydzieści – widać było, kto walczył jak lew, żeby wyszło na jego.
Mimo bogatego we wrażenia przedpołudnia, nie zapomniałam bynajmniej, po co bawię się w mechanika. Chociaż (dzięki Jacobowi) sprawiało mi to o wiele większą przyjemność, niż się tego spodziewałam, moje pierwotne postanowienie nie straciło na ważności nadal pragnęłam złamać dane Komuś słowo. Nie miało to większego sensu, ale nie dbałam o to – nie zamierzałam jako jedyna dotrzymywać warunków umowy. Zamierzałam za to być nierozważna aż do bólu.
Billego jeszcze nie było w domu, więc mogliśmy spokojnie przenieść nasze zdobycze do garażu. Gdy tylko rozłożyliśmy je schludnie na płacie folii, Jacob zabrał się do roboty. Nie przerywając pogawędki, manipulował z wprawą przy metalowych elementach. Przyglądałam się poczynaniom chłopaka z nieskrywaną fascynacją.
Trudno było uwierzyć, że palce jego wielkich dłoni mogą wykonywać tak delikatne i precyzyjne zadania. Gdy wstał, z powodu jego wzrostu i olbrzymich stóp wydawał się równie niezdarny, co ja, ale teraz jego ruchom nie można było odmówić gracji.
Quil i Embry nie pojawili się – chyba potraktowali wczorajsze groźby Jacoba serio.
Ani się obejrzeliśmy, jak zapadł zmrok, a jakiś czas później moich uszu dobiegło wołanie.
Rozpoznałam głos Billy'ego i rzuciłam się pomóc Jacobowi uprzątnąć części, ale zawahałam się, nie wiedząc, co mogę ruszyć.
– Zostawmy je tak, jak są – stwierdził chłopak. – Jeszcze tu dziś wrócę.
– Tylko nie zapomnij odrobić wpierw zadań domowych – ostrzegłam, czując lekkie wyrzuty sumienia. Nie chciałam, żeby z powodu motocykli spotkały go jakieś kłopoty. Szaleć miałam tylko ja.
– Bella!
Podskoczyliśmy jak oparzeni. Tym razem wołał Charlie Był gdzieś niedaleko.
– Cholera – mruknęłam. – Już idę! – krzyknęłam w stronę domu.
Jacob się uśmiechał. To, że mamy sekrety przed rodzicami wyraźnie go bawiło. Zgasił światło i korzystając z tego, że na moment oślepłam, wziął mnie za rękę i wyciągnął z garażu. Sam nie miał kłopotu ze znalezieniem w ciemności właściwej ścieżki. Jego dłoń była szorstka i bardzo ciepła.
On może znał ścieżkę, ale ja nie, więc kilka razy się potknęłam i wpadłam na niego. Za każdym razem wybuchaliśmy śmiechem i kiedy wyszliśmy w światło podwórka, śmialiśmy się nadal. Odzwyczaiłam się od tej czynności. Było mi dobrze i zarazem dziwnie. Na szczęście Jacob nie zwracał uwagi na to, czy śmieję się dość naturalnie.
Charlie stał nieopodal werandy na tyłach domu, a Billy siedział w wózku na progu.
– Cześć, tato – powiedzieliśmy z Jacobem jednocześnie, co wywołało u nas kolejny atak wesołości.
Charlie znów był w szoku. Zauważyłam, że zerknął na nasze splecione dłonie.
– Billy zaprosił nas na obiad – oznajmił sztucznie obojętnym tonem.
– Zrobiłem spaghetti – dodał Billy z powagą. – Według przepisu, który w naszej rodzinie przekazuje się z pokolenia na pokolenie.
Jacob prychnął.
– Nie sądzę, żeby spaghetti było bardzo popularne wśród Indian w dziewiętnastym wieku.
W domu było tłoczno – przyjechał też Harry Clearwater z rodzina. Jego żonę Sue pamiętałam z dzieciństwa. Córka Leah, egzotyczna piękność, miała idealnie gładką cerę, kruczoczarne włosy i rzęsy jak wachlarze. Tak jak ja, chodziła do ostatniej klasy liceum, ale była rok ode mnie starsza. Nie udało mi się zamienić z nią ani słowa, bo przez całą wizytę wisiała na telefonie. Jej czternastoletnim brat Seth przyczepił się z kolei do Jacoba – zasłuchany, wodził za nim pełnym uwielbienia wzrokiem.
Nie zmieścilibyśmy się przy kuchennym stole, więc Charlie wystawili krzesła na podwórze *. Jedliśmy spaghetti w świetle bijącym przez uchylone drzwi, trzymając talerze na kolanach. Mężczyźni rozmawiali o meczu i umawiali się na ryby. Sue wspominała w żartach mężowi, że je za dużo cholesterolu i starała się bez rezultatu przekonać go do zieleniny. Jacob rozmawiał głównie ze mną i z Sethem, który wtrącał się, co chwila, żeby uwielbiany idol nie zapomniał o jego obecności. Charlie przyglądał mi się ukradkiem. Chyba chciał się upewnić, że nie śni. Było bardzo głośno. Co rusz kilka osób mówiło naraz albo wybuch śmiechu części zebranych przerywał anegdotę opowiadaną w przeciwległym rogu. Nie musiałam często zabierać głosu, ale dużo się uśmiechałam, sama z siebie. Mogłabym tak siedzieć bez końca.
Niestety, jak na stan Waszyngton przystało, wkrótce zaczęło padać i nie pozostało nam nic innego, jak rozjechać się do domów – w saloniku Billy'ego było za mało miejsca, żeby ugościć nas wszystkich Charlie przyjechał do Blacków z Clearwaterami, więc wracaliśmy we dwójkę moją furgonetką. Po drodze wypytywał, jak mi minął dzień. Z grubsza powiedziałam prawdę – że załatwialiśmy z Jacobem części, a potem obserwowałam go przy pracy.
Odwiedzisz go znowu w najbliższej przyszłości? – Próbował maskować swoją ciekawość.
– Umówiliśmy się jutro po szkole – zdradziłam. – Ale nie martw się, odrobię lekcje w warsztacie.
– Obyś nie zapomniała! – Tak naprawdę był zachwycony.
Im bliżej byliśmy Forks, tym dotkliwiej brakowało mi ducha Jacoba. Robiłam się coraz bardziej podenerwowana. Nie miałam ochoty znaleźć się na powrót sama w swoim pokoju. Byłam pewna, że nie uda mi się wymknąć koszmarom dwie noc z rzędu.
Żeby opóźnić moment położenia się spać, sprawdziłam stan swojej skrzynki mailowej. Okazało się, że mam nową wiadomość od Renee.
Pisała o tym, jak spędziła dzień, o kółku literackim, na które zapisała się, zrezygnowawszy z kursu medytacji, i o tym, że w zeszłym tygodniu miała zastępstwo w drugiej klasie i tęskniła za swoimi przedszkolakami. Phil chwalił sobie nową posadę trenera. Planowali pojechać w drugą podróż poślubną do Disney World.
Uświadomiłam sobie, że jej mail przypomina bardziej wpis w pamiętniku niż tekst adresowany do drugiej osoby. Zrobiło mi się za siebie wstyd. Byłam wyrodną córką.
Odpisałam bezzwłocznie. Nie tylko skomentowałam każdy fragment jej listu, ale także dodałam kilka informacji o sobie. Opisałam wieczór u Blacków i to, jak się czułam, obserwując Jacoba składającego umiejętnie kawałki metalu w całość. Niczym nie zasygnalizowałam, że zdaję sobie sprawę, jak bardzo mój mail różni się od tych, które dostawała ode mnie od września. Nie pamiętałam prawie nic z tego, co napisałam tydzień wcześniej, ale musiało być to okropnie lakoniczne i bezduszne. Im dłużej myślałam o tym, jak traktowałam ostatnio mamę, tym większe czułam wyrzuty sumienia. Pewnie bardzo się o mnie martwiła.