Выбрать главу

– J – jasne – wyjąkał. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Przecież rozmawiałam z nim regularnie w pracy. Przecież… A może nie uważał tamtych wymian zdań za rozmowy?

Mike otrząsnął się z szoku.

– Tak, mieliśmy takiego klienta – potwierdził. – Opowiadał, ze widział olbrzymiego czarnego niedźwiedzia tuż na początku szlaku.

Ponoć był większy od grizzly.

– Hm… – Lauren odrzuciła głowę do tyłu, obróciła się do Jessiki i zmieniła temat. – I jak tam, dostałaś już odpowiedź z USC *?

Wróciliśmy do przerwanych czynności i rozmów, z wyjątkiem Mike'a i Angeli. Angela uśmiechnęła się do mnie niepewnie. Szybko odwzajemniłam uśmiech.

– A jak tobie minął weekend? – spytał ostrożnie Mike.

Znów znalazłam się pod ostrzałem spojrzeń. Tylko Lauren udawała, że nie interesuje jej moja odpowiedź. – W piątek byłam z Jessicą w kinie w Port Angeles, a w sobotę po południu i przez większość niedzieli siedziałam u znajomych w La Push.

Kiedy padło imię Jessiki, pozostali zerknęli na nią zaciekawieni. Wyglądała na poirytowaną. Nie wiedziałam, czy dlatego, że wstydziła się kontaktów ze mną, czy dlatego, że pozbawiłam ją szansy na wywołanie sensacji.

– Na jakim filmie byłyście? – ciągnął Mike. W kącikach jego ust czaił się już uśmiech.

– „Bez wyjścia”. To ten o zombie. – Wyszczerzyłam zęby, żeby go zachęcić. Może przez te cztery miesiące nie spaliłam jednak wszystkich mostów.

– Słyszałem, że wbija w fotel. Bardzo się bałaś? – Chłopak nie zamierzał zostawić mnie w spokoju.

– Była w takim stanie, że musiała wyjść przed końcem – wtrąciła Jessica z sarkastycznym uśmieszkiem. Pokiwałam głową, próbując zrobić zawstydzoną minę.

– Bardzo skuteczny horror.

Mike zasypywał mnie pytaniami aż do dzwonka. Wspomagała go Angela. Reszta towarzystwa stopniowo przyzwyczaiła się do tego, że wróciłam do świata żywych, ale co rusz łapałam się na tym, że ktoś mi się przygląda.

Kiedy wstałam, żeby odnieść tacę, Angela poszła za mną. – Dzięki – szepnęła mi do ucha, kiedy oddaliłyśmy się od stolika.

– Za co?

– Za to, że wstawiłaś się za mną. Że się przełamałaś.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Przyjrzała mi się z troską – szczerze, a nie ironicznie, w styl „ciekawe, czy naprawdę jej odbiło”.

– Wszystko u ciebie w porządku?

Zawsze miała w sobie dużo empatii – to, dlatego pojechałam do kina z Jessicą, a nie z nią, chociaż to Angelę bardziej lubiłam.

– Niezupełnie – przyznałam. – Ale już mi trochę lepiej.

– Cieszę się. Brakowało mi ciebie.

Właśnie mijały nas Lauren i Jessica. Lauren rzuciła:

– Tak, umieramy ze szczęścia.

Angela skrzywiła się, a potem uśmiechnęła do mnie, żeby mnie pocieszyć.

Westchnęłam. Witaj na starych śmieciach, pomyślałam.

– Którego dzisiaj mamy? – zaciekawiło mnie nagle.

– Dziewiętnasty stycznia.

– Hm… – Coś sobie uzmysłowiłam.

– Co jest?

– Dokładnie rok temu przyszłam do szkoły po raz pierwszy.

– Niewiele się zmieniło od tego czasu – stwierdziła Angela, spoglądając na plecy Lauren.

– Tak. To samo przyszło mi do głowy.

7 Powtórka

Co ja najlepszego wyprawiałam?

Nie byłam pewna, co mną kieruje. Czyżbym chciała na powrót stać się nieczułym zombie? Czyżbym wyrobiła w sobie masochistyczne skłonności? Powinnam była zaraz po szkole pojechać do La Pusch. Przy Jacobie czułam się o wiele lepiej, o wiele normalniej. To, co teraz robiłam, znacznie odbiegało od normy. Jechałam powoli boczną drogą porośniętą z obu stron krzewami i drzewami, których korony łączyły się nad dachem auta w sklepienie zielonego tunelu. Trzęsły mi się ręce, więc zacisnęłam mocniej na kierownicy.

Powtarzałam sobie, że jednym z powodów, dla których się tu znalazłam, jest mój stały koszmar. Teraz, kiedy byłam już niemal zupełnie rozbudzona, pustka z tego snu działała mi na nerwy, nie dawała mi spokoju niczym natrętny pies. Przecież miałam, kogo szukać Ten Ktoś odszedł, nie chciał mnie widzieć, nie dbał o mnie, jednak był – gdzieś tam, nie wiadomo gdzie. Musiałam w to uwierzyć.

Drugim powodem było dziwne, wzmocnione zbieżnością dat poczucie, że dzisiejszy dzień jest czymś w rodzaju powtórki. Tak mógłby zapewne wyglądać mój pierwszy dzień w szkole, gdybym tamtego popołudnia przed rokiem to ja była najbardziej niezwykłą osobą w stołówce.

W moich myślach pojawiło się ponownie pewne znamienne zdanie – nie rozbrzmiało, ale właśnie pojawiło się, tak jakbym je przeczytała:

Będzie tak, jakbyśmy nigdy się nie poznali.

Twierdząc, że mam jedynie dwa powody, żeby jechać tam, dokąd jechałam, w rzeczywistości okłamywałam samą siebie. Nie chciałam się przed sobą przyznać, że motywuje mnie coś jeszcze. Nie chciałam, bo była to motywacja godna szaleńca.

Prawda była taka, że pragnęłam raz jeszcze usłyszeć Jego głos. Pragnęłam zmusić swój umysł, by omamił mnie w ten sam sposób, co w piątkowy wieczór. Słyszałam Go wtedy tak niesamowicie wyraźnie, jakże inaczej niż wtedy, kiedy celowo przywoływałam wspomnienia. Co najważniejsze, przez tę krótką chwilę słuchałam Jego głosu, nie cierpiąc. Nie trwało to długo – ból się pojawił i byłam pewna, że i tym razem mnie odnajdzie, ale pokusa była nie do odparcia. Musiałam, po prostu musiałam odkryć, jak można prowokować tamtą halucynację choćby nie było to niczym innym, jak świadomym nasilaniem objawów choroby.

Miałam nadzieję, że kluczem do wywoływania omamów jest efekt deja vu. To, dlatego jechałam do Jego domu, miejsca, którego nie odwiedzałam od swoich feralnych urodzin.

Za oknami furgonetki, jak w dżungli, migały gęste zarośla Droga wiła się i wiła bez końca. Zniecierpliwiona, docisnęłam pedał gazu. Jak długo jeszcze? Czy las nie powinien już się skończyć? Droga tak zarosła, że znikły dawne punkty odniesienia.

A co, jeśli miałam nie znaleźć domu doktorostwa? Co, jeśli znikł ostatni namacalny dowód na ich istnienie?

Zadrżałam.

W tym samym momencie drzewa się rozstąpiły i wyjechałam na znajomą polanę. I tu Matka Natura nie próżnowała, zagarniając opuszczoną przez właścicieli połać ziemi, gdy tylko ci się wyprowadzili. Trawnik, aż po werandę, zarosły wysokie paprocie – rośliny tuliły się pierzastymi liśćmi do pni potężnych cedrów. Wydawać by się mogło, że cały teren wokół domu zalały sięgające mi po pas, intensywnie zielone fale.

Tak, dom stał tam, gdzie przedtem, i z zewnątrz nawet się nie zmienił, ale od bijącej z jego okien pustki ciarki przechodziły po plecach. Dopiero teraz wyglądał tak, jak przystało na siedzibę rodziny wampirów.

Zaparkowałam tuż przy ścianie lasu, rozglądając się niespokojnie. Bałam się podjechać bliżej.

Odczekałam kilkanaście sekund. Nic. Nic się nie działo. W mojej głowie nie odezwał się żaden głos.

Nie gasząc silnika, wysiadłam z samochodu. Pomyślałam, może, tak jak w piątek, muszę zrobić kilka kroków do przodu.

Warkot furgonetki dodawał mi otuchy. Mierząc wzrokiem ponura, ciemną fasadę, podeszłam powoli do balustrady werandy. Zatrzymałam się przy schodkach. Nie było sensu iść dalej, Nie wyczuwałam niczyjej obecności. Nie było tu ani Ich, ani Jego, żadnego śladu. Dom istniał, ale był tylko pustą skorupą i jako taki nie miał szans stać się celem poszukiwań w moich koszmarach.

Nie weszłam na werandę, nie chciałam zaglądać przez okna do środka. Nie byłam pewna, z jakim stanem wnętrza trudniej byłoby mi się pogodzić. Wolałam nie ryzykować.

вернуться

* Jessika stara się zapewne o przyjęcie na University of South California lub University of South Carolina – przyp. tłum.