— W jakiej sprawie cię przesłuchiwali? — zapytała szorstko Kang. Mężczyzna zawahał się, spoglądając kilkakrotnie na chłopca.
— Wyprawiłem się z synem w powrotną drogę do Świątyni Fioletowego Bambusa i najwyraźniej gdzieś po drodze jakiś młokos obciął mojemu synowi warkoczyk.
Kang syknęła, a mężczyzna spojrzał jej głęboko w oczy i uniósł do góry otwartą dłoń.
— Żaden z nas nie jest czarnoksiężnikiem. Dlatego też puszczono nas wolno. Problem w tym, że mam na imię Bao Ssu i jestem czwartym synem Bao Ju. Niedawno złapali żebraka, którego oskarżono o rzucenie klątwy na wioskę i on zeznał, że spotkał kiedyś czarnoksiężnika o imieniu Bao Ssu-ju. Pomyśleli, że to ja. Ale ja nie jestem żadnym złodziejem dusz! Jestem biednym mnichem, który wędruje ze swoim synem. W końcu wzięli żebraka na ponowne przesłuchanie i tym razem zeznał, że wszystko wymyślił na poczekaniu, żeby tylko przestali go przesłuchiwać. W ten sposób wszystkich nas wypuścili.
Kang przyglądała się im z podejrzliwością. Podstawową zasadą było trzymać się z dala od konfliktów z sądem, a oni mieli na sumieniu co najmniej to.
— Ciebie też torturowali? — zapytał Shih małego chłopca.
— Chcieli, ale zamiast tego dali mi gruszkę, więc im powiedziałem, że ojciec nazywa się Bao Ssu-ju. Pomyślałem, że tak trzeba.
Bao nie spuszczał oczu z wdowy.
— Nie masz nic przeciwko temu, abyśmy zaczerpnęli wody z rzeki?
— Oczywiście, że nie, proszę! — I przyglądała mu się, kiedy, utykając, szedł ścieżką prowadzącą nad rzekę.
— Nie wolno nam ich wpuścić do środka — zadecydowała — a ty Shih nawet do nich nie podchodź. Mogą zająć kaplicę u bramy, do zimy im wystarczy, sądzę, że to i tak dla nich lepsze niż bruk.
— Nie zdziwiło to Shiha. Jego matka zawsze przygarniała jakichś wyrzutków lub porzucone konkubiny, pomagała utrzymywać miejski sierociniec i naciągała wspólny budżet, wspierając grupę buddyjskich mniszek. Często powtarzała, że kiedyś sama do nich dołączy. Pisała też wiersze:
— Kwiaty, po których stąpam, ranią moje serce — recytowała ze swojego zbioru poezji na każdy dzień. — Kiedy skończą się dla mnie dni ryżu i soli — mawiała — skopiuję wszystkie sury i będę modlić się całymi dniami. Nim jednak do tego dojdzie, weźmy się wszyscy za nasze codzienne obowiązki!
Po niedługim czasie mnich Bao i jego syn na stałe wtopili się w krajobraz okolic rzeki, bramy, bambusowego gaju i niewielkiej kaplicy pośrodku rzednącego lasku. Bao nie odzyskał pełnej sprawności, choć nie utykał już tak bardzo, jak w tamtą świąteczną noc oświecenia Guanyin. Jeśli sam nie potrafił czegoś zrobić, robił to dla nich jego syn, Xinwu, który był bardzo silny jak na swój wiek. W trakcie obchodów nowego roku dołączyli do wszystkich świętujących, Bao przyniósł skądś jajka, które pomalował na czerwono, i rozdał wdowie Kang, Shihowi i innym członkom gospodarstwa[1].
Bao zaprezentował jajka z wielką powagą, mówiąc:
— Ge Hong podaje, że Budda powiedział, iż kosmos jest w kształcie jajka, a Ziemia jest jak żółtko wewnątrz niego. — Podał jajko Shihowi. — Proszę, chwyć je i spróbuj zgnieść.
Shih zdziwił się, a Kang zaoponowała:
— Jest zbyt ładne, żeby je niszczyć.
— Nie martw się, ono naprawdę jest mocne. No dalej, spróbuj je zgnieść, jeśli ci się uda, to ja wszystko posprzątam.
Shih zacisnął ostrożnie dłoń, odwracając głowę w bok. Ściskał dotąd, aż całe jego ramię się naprężyło. Jajko jednak nie pękło. Wdowa Kang wzięła je od chłopca i sama spróbowała. Miała silne ramiona, wyrobione przy tkactwie i haftowaniu, mimo to jajko nie dało się zgnieść.
— Widzicie — powiedział Bao — skorupka jajka jest delikatna, to jej luk jest tak wytrzymały. Z ludźmi jest podobnie. Każdy z osobna jest słaby, lecz wszyscy razem jesteśmy silni.
Po tym wydarzeniu w każdy świąteczny dzień wdowa Kang odwiedzała Bao na zewnątrz bramy i dyskutowała z nim o buddyjskich pismach. Natomiast w inne dni z reguły ignorowała obu przybyszy, skupiając się na życiu, toczącym się za murami.
Nauka Shiha nadal szła nie najlepiej. Z arytmetyki nie mógł opanować nic ponad dodawanie, a z klasyków nie zapamiętywał więcej niż kilka początkowych słów każdego ustępu. Jego matka przeżywała w związku z tym ogromną frustrację.
— Shih, ja wiem, że nie jesteś głupim chłopcem. Twój ojciec był wspaniałym człowiekiem, twoi bracia również nie są w ciemię bici, a ty zawsze potrafiłeś szybko wynajdować najlepsze argumenty na swoją obronę i robić wszystko po swojemu. Pomyśl o tych równaniach jak o wymówkach, a wtedy wszystko powinno się udać. Ale przecież ty zawsze musisz myśleć o tym, jak uniknąć myślenia!
Takich szyderstw, wypowiadanych ostrym tonem, nikt nie byłby w stanie wytrzymać. Nie chodziło jedynie o słowa wdowy Kang, lecz o sposób, w jaki je wypowiadała: skrzekliwym głosem starej wrony. Wykrzywiała przy tym wargi i paliła swoim nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem. Tym wzrokiem potrafiła przeszyć człowieka na wylot, zalewając go jednocześnie potokiem słów — nikt nie potrafił się jej przeciwstawić. Zawodząc żałośnie, Shih jak zwykle przyjął na siebie całą naganę i wycofał się pokornie.
Jakiś czas po tej reprymendzie chłopiec wracał biegiem z targu do domu, krzycząc i plącząc, jak w ataku histerii:
— Mój warkoczyk, mój warkoczyk, mój warkoczyk!
Został obcięty. Służący krzyczeli przerażeni. Wszyscy byli oburzeni, lecz całą dyskusję uciął zgrzytliwy głos Kang:
— Natychmiast wszyscy się zamknijcie!
Złapała Shiha za ramię i posadziła na lawie, przy oknie, gdzie zawsze go odpytywała, wytarła mu pośpiesznie łzy i przytuliła.
— Uspokój się, no już, wszystko w porządku! Powiedz mi, co się stało.
Łkając i zawodząc, w końcu opowiedział całą historię. Wracając z targu, zatrzymał się, aby popatrzeć na wędrownego kuglarza, i wtedy czyjeś dłonie zasłoniły mu oczy, a na twarz naciągnięto mu chustę. Zakręciło mu się w głowie i osunął się na ziemię. Kiedy się ocknął, w pobliżu nie było już nikogo, a jego warkoczyk zniknął[2].
Kiedy chłopiec snuł opowieść, Kang nie spuszczała z niego wzroku, a kiedy skończył i gapił się już tylko w podłogę, wydęła usta, wstała i podeszła do okna. Wyjrzała na zewnątrz i długo patrzyła na chryzantemy rosnące pod starym, sękatym jałowcem. W końcu podeszła do niej główna służąca, Pao, a Shiha wyprowadzono, aby obmyć mu twarz i nakarmić.
— Co teraz zrobimy? — zapytała Pao ściszonym głosem. Kang westchnęła.
— Będziemy musieli to zgłosić — powiedziała mrocznym tonem. — Jeśli tego nie zrobimy, to i tak wszyscy dowiedzą się o tym jutro rano, od sług na targu. Będzie wyglądało, że wspieramy rebelię.
— Oczywiście — powiedziała z ulgą Pao. — Czy mam już teraz powiadomić sąd?
Przez bardzo długą chwilę nie padała odpowiedź. Pao wpatrywała się w Kang Tongbi i była coraz bardziej przerażona. Wdowa wyglądała, jakby ktoś rzucił na nią złośliwy urok, jakby nawet w tej chwili toczyła walkę ze złodziejami dusz o duszę syna.
— Tak, Idź z Zunli. Pójdziemy z Shihem za wami.
1
Zwyczaj ten pochodził z południowych Chin i zwany był posyłaniem radości na nowy rok. Być może autor chciał zasugerować, że mnich Bao skłamał na temat swojego pochodzenia.
2
Za panowania dynastii Qing chińscy mężczyźni Han, mieli obowiązek golić czoła i w mandżurskim stylu nosić z tylu warkoczyk, czym okazywali posłuszeństwo Hanów wobec mandżurskiego cesarza. W latach poprzedzających spisek bractwa Białego Lotosu, bandy Hanów, na znak rebelii, zaczęty obcinać kucyki, sobie i innym.