— Skąd się tu wzięła ta kobieta? Rozgniewany sędzia wzruszył ramionami:
— Jest świadkiem, jak wszyscy inni.
— Ale ja nie wzywałem żadnych świadków.
— Za to my wzywaliśmy — odezwał się jeden z oficjeli wysłanych przez gubernatora — pytajcie ją dalej.
Sędzia zwrócił się do wdowy:
— Czy możesz zaświadczyć o miejscu pobytu tego mężczyzny dziewiętnastego dnia zeszłego miesiąca?
— Był wówczas na mojej posiadłości, jak już wcześniej mówiłam.
— Akurat tego, konkretnego dnia? Skąd to wiesz?
— Ponieważ następnego dnia obchodziliśmy święto zwiastowania Guanyin, a obecny tu Bao Ssu pomagał nam w przygotowaniach. Cały dzień przygotowywaliśmy się do składania ofiar.
W sali zapadła cisza, po czym ostrym tonem odezwał się jeden z przyjezdnych dygnitarzy:
— A więc jesteś buddystką?
Wdowa Kang spojrzała na niego spokojnym wzrokiem.
— Jestem wdową po Kung Xin, który przed śmiercią pełnił obowiązki lokalnego yamena. Moi synowie Kung Yen i Kung Yi zdali wszystkie egzaminy i pełnią cesarską służbę w Nanjing, a poza tym…
— Tak, tak, ale zapytałem, czy jesteś buddystką?
— Podążam ścieżką Han — odpowiedziała chłodno. Przesłuchujący ją urzędnik był Mandżurem, jednym z wyższych oficerów cesarza Qianlong. Poczerwieniał lekko na twarzy.
— A co to ma wspólnego z twoją religią?
— Oczywiście, że ma. Kultywuję stare tradycje i przez to oddaję cześć mojemu mężowi, moim rodzicom i przodkom. To, czym wypełniam czas dzielący mnie od chwili ostatecznego złączenia się z moim mężem, nikogo poza mną nie powinno interesować. To tylko praktyki duchowe starej kobiety, która jeszcze nie umarła. Poza tym wiem, co widziałam, a czego nie.
— Twój wiek?
— Czterdzieści jeden sui[3].
— Twierdzisz, że z tym oto żebrakiem spędziłaś cały dziewiętnasty dzień dziewiątego miesiąca?
— Może nie cały dzień, ale wystarczająco dużo czasu, aby wiedzieć, że nie byłby on w stanie pójść na miejski targ i z powrotem. Po południu, oczywiście, jak zwykle pracowałam przy krosnach.
Znów zapadła cisza. Po chwili mandżurski urzędnik skinął z rozdrażnieniem na sędziego:
— Przesłuchujcie go dalej!
Spoglądając nienawistnie na Kang, sędzia pochylił się nad Bao, żeby krzyknąć mu w twarz:
— Po co nosisz w torbie nożyczki?
— Używam ich do robienia talizmanów!
Sędzia stuknął młotkiem w klin jeszcze mocniej niż wcześniej, a Bao zaskowyczał.
— Mów prawdę! Do czego były ci potrzebne? Skąd się wziął warkoczyk w twojej torbie? — krzyczał, uderzając z każdym pytaniem w klin.
Kolejne pytania zadawał prefekt i każdemu z nich towarzyszyły uderzenia młotkiem, wymierzane przez rozgniewanego sędziego oraz nieustające, donośne jęki Bao.
Ostatecznie, purpurowy na twarzy i ociekający potem, Bao zawołał:
— Przestańcie! Błagam, przestańcie! Przyznam się. Powiem wam, co się naprawdę stało.
Sędzia oparł młotek o klin.
— Słuchamy.
— Czarnoksiężnik zmusił mnie podstępem do pomocy. Z początku nie wiedziałem, kim są. Powiedzieli, że jeśli im nie pomogę, to ukradną duszę mojego syna.
— Jak miał na imię ten czarnoksiężnik?
— Bao Ssu-nen, prawie tak, jak ja. Pochodził z Suzhou i miał wielu oddanych wspólników. Potrafił przelecieć nad całymi Chinami w jedną noc. Dał mi porcję ogłupiającego proszku i powiedział, co mam robić. Błagam, zwolnijcie zgniatacz, błagam! Mówię wam wszystko, co wiem. Nie miałem innego wyjścia, musiałem się zgodzić dla dobra duszy mojego syna.
— A więc obcinałeś warkoczyki dziewiętnastego dnia zeszłego miesiąca.
— Tylko jeden! Tylko jeden, błagam. Zmusili mnie. Błagam, zwolnijcie zgniatacz choć trochę.
Mandżurski urzędnik uniósł brwi, spoglądając na wdowę Kang.
— A więc nie byłaś przy nim tak długo, jak twierdzisz. Może to i lepiej dla ciebie.
Ktoś zachichotał.
Kang odezwała się swoim ostrym, chrypliwym tonem:
— Oczywiście mamy tu do czynienia z kolejnym sławetnym już przyznaniem się do winy, wymuszonym przez zgniatacz kostek. Postrach związany z kradzieżą dusz wywodzi się właśnie z takich wymuszonych zeznań. Jedyne, co z tego jest, to coraz szersza panika wśród sług i pracowników. Gorzej już chyba nie można się przysłużyć cesarzowi…
— Cisza!
— Da się was wszystkich przejrzeć na wskroś! Cesarz o wszystkim się dowie!
Mandżurski urzędnik wstał i wskazał na Kang:
— A może ty chciałabyś się znaleźć w zgniataczu kostek, zamiast tego czarnoksiężnika?
Kang nie odpowiedziała. Shih zadrżał i schował się za nią, ona oparła się o jego ramię i wysunęła do przodu jedną stopę[4], obutą w maleńki, jedwabny pantofel, po czym spojrzała Mandżurowi prosto w oczy i rzekła:
— Już raz to wytrzymałam.
— Usunąć tę obłąkaną kobietę z pokoju przesłuchań — powiedział Mandżur przez zaciśnięte zęby. Kobieca stopa obnażona podczas przesłuchiwania w sprawie tak poważnego przestępstwa, jak kradzież duszy: tego nie przewidywał żaden kodeks.
— Jestem świadkiem — powiedziała Kang, nie ruszając się z miejsca.
— Proszę cię — zawołał do niej Bao — odejdź stąd, pani. Rób, co każe sędzia — ledwo mógł się odwrócić, aby na nią spojrzeć — wszystko będzie dobrze.
Po chwili wyszli. W drodze do domu, w palankinie strażników Kang płakała, odtrącając od siebie ramiona próbującego pocieszyć ją Shiha.
— Co się stało, matko, co się stało?
— Ściągnęłam hańbę na twoją rodzinę. Zawiodłam nadzieje mojego męża.
Shih wyglądał na wystraszonego.
— To przecież tylko żebrak.
— Zamilcz! — syknęła na niego i zaklęła. — Przeklęci Mandżurowie! Żałośni cudzoziemcy! Oni nawet nie są prawdziwymi Chińczykami. Każda dynastia zaczyna się dobrze, od oczyszczania z zepsucia, pozostałego po dynastii, która upadła. Później jednak nadchodzi czas i jej zepsucia. I nastała dynastia Qing. To dlatego tak bardzo ich interesuje sprawa obcinania warkoczyków. To ich piętno, odciśnięte na nas, ich piętno na każdym Chińczyku.
— Tak to jest skonstruowane, matko. Nie można ot, tak sobie zmieniać dynastii.
— Nie. Jestem zhańbiona. Straciłam głowę. Nie powinnam była tam iść. To przeze mnie biedny Bao teraz cierpi.
Kiedy dotarli do domu, udała się do części dla kobiet. Tam rozpoczęła post i całymi dniami pracowała w warsztacie tkackim, nie odzywając się do nikogo.
Wkrótce doszły ich wieści o śmierci Bao w więzieniu. Podobno od gorączki, która nie miała nic wspólnego z przesłuchaniami — tak przynajmniej mówili strażnicy więzienni. Kang z płaczem zamknęła się w swoim pokoju, z którego długo nie chciała wyjść. Opuściła go dopiero po kilku dobach i odtąd całe dnie tkała lub pisała wiersze, jadła przy krośnie albo przy swoim stoliku usłanym papierami. Nie chciała już więcej uczyć Shiha ani nawet z nim rozmawiać, co przerażało go jeszcze bardziej niż jej najostrzejsze słowa. Z drugiej strony podobało mu się, że mógł teraz do woli bawić się nad rzeką. Xinwu miał zakaz zbliżania się do niego i ciągle byt pod opieką służby.
Moja biedna małpa wypuściła z rąk brzoskwinię. Księżyc wzeszedl, lecz zapomniał o swym blasku. Już nie będzie wspinać się po sosnach Ani nosić na swym grzbiecie młodych. Wróć do mnie ot, tak sobie, A ja odwiedzę cię we śnie.
3
Według chińskich kalkulacji wiek człowieka obliczano, uznając księżycowy rok jego narodzin za pierwszy rok, a z każdym kolejnym nowym rokiem księżycowym dodawano no jednym.
4
Żadna kobieta z dobrego domu nigdy nie odnosiła się do swoich stóp ani nie odkrywała ich w miejscu publicznym. To była bardzo śmiała osoba.