W podobny sposób mruczał cały czas, dopóki na wszystkich trzech poziomach puls Kang nie wyrównał się. Byt płytki i nitkowaty, a jej oddech pogłębił się i uspokoił. Doprawdy wyglądało na to, że opuściła Ibrahima, wychodząc z pokoju przez portal płomienia świecy. Jeszcze nigdy żaden jego pacjent nie opuścił go tak szybko.
— Teraz — zasugerował — przemierzasz świat duchowy, widzisz wszystkie swoje wcielenia. Powiedz mi, co widzisz.
Mówiła słodkim i wysokim głosem, który nie brzmiał jak jej prawdziwy głos.
— Widzę stary most, bardzo stary, niemal starożytny, rozpięty nad wyschniętym korytem rzeki. Bao jest młody, ma na sobie białe szaty.
Idziemy przez most, za nami idą ludzie, zmierzamy do… jakiegoś miejsca… starego i nowego zarazem.
— Co masz na sobie?
— Długą koszulę, podobną do koszuli nocnej. Jest ciepło. Kiedy przechodzimy, ludzie wznoszą okrzyki.
— Co mówią?
— Nie rozumiem.
— Spróbuj naśladować dźwięki, które słyszysz.
— In sza ar am. In sza ar am. Są też ludzie na koniach. O! I ty jesteś! Też jesteś młody. Coś od nas chcą. Ludzie wołają. Zbliżają się jeźdźcy, jadą bardzo szybko. Bao ostrzega mnie…
Zadrżała.
— Ach! — krzyknęła już swoim głosem.
Jej puls stał się szorstki i nierówny. Otrząsnęła się i podniosła wzrok na Ibrahima.
— Co to było? Co się stało?
— Nie było cię tutaj, oglądałaś inny świat. Czy coś zapamiętałaś? Potrząsnęła głową.
— Konie? — Zamknęła oczy. — Konie, jeźdźcy, kawaleria. Byłam w niebezpieczeństwie.
— Hmm — puścił jej nadgarstek. — Całkiem możliwe.
— Co to było? Wzruszył ramionami.
— Być może było to… a czy ty znasz jakieś obce… nie, nie znasz… mówiłaś już wcześniej, że nie. Tak czy inaczej podczas tej podróży twoja dusza hun najwyraźniej słyszała język arabski.
— Arabski?
— Tak, codzienną modlitwę, jaką muzułmanie często odmawiają po arabsku, nawet jeśli nie jest on ich językiem ojczystym. Bez względu na to jednak…
Kang otrząsnęła się i poprawiła.
— Muszę odpocząć.
— Naturalnie.
Spojrzała na niego, w oczach stanęły jej łzy.
— …czy to możliwe… ale dlaczego ja… — Potrząsnęła głową, a Izy spłynęły jej po twarzy. — Nie rozumiem, dlaczego to wszystko się dzieje!
Ibrahim skinął głową.
— Rzadko rozumiemy przyczyny wydarzeń wokół nas. Zaśmiała się.
— Tak, ale ja lubię rozumieć rzeczy.
— Ja też, proszę mi wierzyć, to jedna z moich największych przyjemności, mimo iż tak rzadka — odwzajemnił się jej niewielkim uśmiechem, zmieszanym z grymasem zawodu. Doskonale rozumiał tę samotną frustrację z powodu nikłego zrozumienia rzeczywistości.
Kang wzięła głęboki wdech i wstała.
— Bardzo cenię sobie twoją pomoc. Liczę, że jeszcze się spotkamy.
— Oczywiście. — Wstał razem z nią. — Jestem do twoich usług. Czuję, że dopiero co zaczęliśmy. Nagle coś ją zaniepokoiło. Spojrzała poprzez jego osobę.
— Trzepotały wtedy chorągwie, pamiętasz?
— Kiedy?
— Byłeś tam — uśmiechnęła się przepraszająco i wzruszyła ramionami — ty też tam byłeś.
Zmarszczył brwi, próbując ją zrozumieć.
— Chorągwie… — przez chwilę sam się zagubił — tak… — potrząsnął głową. — Być może. Pamiętam, jako dziecko kiedyś w Iranie widziałem chorągwie, wtedy znaczyło to dla mnie tak wiele, o wiele więcej, niż dałoby się opisać. Czułem, jakbym unosił się w powietrzu.
— Mam nadzieję, że wkrótce znów się spotkamy. Może twoją duszę hun również można wywołać.
Skinął głową, marszcząc brew, jakby gonił uciekającą myśl. Chorągwie, chorągwie… Kiedy pożegnał się z Kang i opuścił jej domostwo, nadal nie mógł się pozbyć tego dziwnego roztargnienia.
Zjawił się u niej ponownie w przeciągu tygodnia i znów urządzili sobie sesję „podróży do wnętrza świecy”, jak nazywała je Kang. Kiedy weszła już w głęboki trans, z jej ust niespodziewanie wybuchała mowa, jakiej nie potrafił zrozumieć ani Ibrahim, kiedy jej słuchał, ani Kang, kiedy później odczytał jej spisane słowa.
Ibrahim odetchnął, lecz wyglądał na wstrząśniętego.
— Zapytam kilku moich znajomych. Oczywiście może to być jakiś odległy i dawny język, o którego istnieniu nie mamy pojęcia. Uważam, że powinniśmy się skupić na tym, co widzisz.
— Ale ja nic nie pamiętam! Albo raczej niewiele. Tak jak się pamięta sny, które umykają po przebudzeniu.
— Zatem kiedy następnym razem znajdziesz się już wewnątrz świecy, muszę zachować czujność i rozwagę i zadawać właściwe pytania.
— A co, jeśli cię nie zrozumiem? Albo odpowiem w tym nieznanym języku?
Pokiwał głową.
— Wydaje mi się, że dotychczas mnie rozumiałaś, przynajmniej częściowo. Sądzę, że coś takiego jak przekład istnieje na każdym planie istnienia, albo dusza hun posiada zdolności, o których nie wiemy. A może przez nić, łączącą cię z podróżującą duszą hun, płyną też inne, znane ci informacje. A może to dusza po zajmuje się rozumieniem — wyrzucił ręce do góry — któż może wiedzieć?
Coś zaprzątnęło jej uwagę i położyła dłoń na jego ramieniu.
— Pamiętam, że osunęła się ziemia!
Stali jeszcze przez chwilę, nie odzywając się. Powietrze lekko zadrżało.
Odszedł zaintrygowany i poruszony. Za każdym razem wychodził, od niej speszony, a kiedy pojawiał się z powrotem, znów był pełen pomysłów i hipotez w związku z kolejną podróżą do wnętrza świecy.
— Znajomy z Benjing uważa, że posługiwałaś się wówczas wariantem berberyjskiego, a innym razem używałaś tybetańskiego. Znasz takie miejsca? Maroko leży na drugim końcu świata, na północnozachodnim krańcu Afryki. To właśnie Marokańczycy zasiedlili AlAndalus, kiedy wymarli chrześcijanie.
— Ach tak — powiedziała i pokręciła głową — ale ja zawsze byłam Chinką, jestem tego pewna. To musiał być jakiś starożytny, chiński dialekt. Uśmiechnął się, co było dość rzadkim i miłym widokiem.
— Chiński być może on i był, ale tylko w twoim sercu. Myślę, że przyjmując kolejne wcielenia, dusze podróżują po całym świecie.
— Myślisz, że trzymają się w grupach?
— „Losy ludzi przeplatają się ze sobą” — mówi Koran. Jak nici w twoich haftach. Wędrują po powierzchni ziemi jak koczownicze plemiona żydów, chrześcijan czy Romów, jak relikty starych tradycji pozbawione własnego domu.
— Albo te wyspy po drugiej stronie Morza Wschodniego. Może kiedyś i tam żyliśmy, w tych imperiach ze złota.
— Kto wie? Równie dobrze mógł to być język ludów egipskich z czasów Noego, którym udało się uciec przed potopem na zachód. Opinie są podzielone.
— Jakikolwiek nie byłby to naród, ja jestem i zawsze byłam Chinką z krwi i kości.
— Przyjrzał jej się z nikłym uśmiechem, odbijającym się w jej błyszczących oczach.
— Kiedy znajdujesz się wewnątrz świecy, twoja mowa wcale nie brzmi po chińsku. Zakładając, że życie nigdy nie ustaje, na co zresztą wszystko zaczyna wskazywać, można by powiedzieć, że jesteś starsza niż całe Chiny.
Wzięła głęboki wdech i westchnęła.
— Nietrudno w to uwierzyć. Następnym razem kiedy przyszedł, aby poddać ją sugestii, była już noc, mogli więc pracować w ciszy i w mroku. Zdawało się, że poza płomieniem świecy, półmrokiem pokoju i głosem Ibrahima nie istniało na świecie nic innego. Był piąty dzień piątego miesiąca, pechowa data, święto zgłodniałych duchów. W tym dniu oddawano cześć i pokój wszystkim biednym pretom, niemającym żywych potomków. Kang odmówiła sutrę Surangama, opisującą rulai-zang, stan pustego umysłu, umysłu spokojnego i prawdziwego[6].
6
Błędnie uznawana za tekst sanskrycki, oryginał powstał w języku chińskim i zatytułowany był „Lengyan jing”. Świadomość, o której jest w nim mowa, nazywana czasem „naturą Buddy” lub ta-thagata albo fundamentem umysłu. Sutra uczy, że gorliwie praktykujący adepci mogą obudzić w sobie ów oświecony stan.