W chwilę później wdowa Kang zaczęła spacerować po domostwie. Pao była w kuchni, gdzie kierowała całą grupą służących. Kang poprosiła ją na słowo do ogrodu i opowiedziała, co się wydarzyło. Pao roześmiała się.
— Dlaczego się śmiejesz? — burknęła Kang. — Myślisz, że mi tak bardzo zależy na certyfikacie od cesarza Qing? Że powinnam zamknąć się w pudełku na resztę życia dla marnego kawałka papieru zapisanego cynobrowym tuszem?
Pao zamarła, z początku ze zdziwienia, a po chwili z przerażenia. — Ależ pani Kang… Gansu jest…
— Co ty możesz wiedzieć? Zostaw mnie samą. Po tej rozmowie już nikt nie odważył się zamienić z nią słowa[7]. Snuła się po domu, jak zgłodniały duch, nie zważając na nikogo i prawie nie odzywając się. Raz odwiedziła Świątynię Fioletowego Bambusa i pięć razy wyrecytowała Diamentową Sutrę, po czym wróciła do domu z obolałymi kolanami. Przypomniał jej się również wiersz Li Anzi zatytułowany Nagły obraz lat:
Kazała zanieść się pod budynek sądu, a gdy służący spełnili jej życzenie, stali przy lektyce okrągłą godzinę, a ona ani na chwilę nie wyszła na zewnątrz. Przez firanki z gazy w niewielkim oknie lektyki było widać tylko jej zastygłą twarz. Po godzinie kazała odnieść się z powrotem.
Następnego dnia, mimo iż nie wypadało akurat żadne święto, kazała zanieść się na cmentarz. Tam, pod gołym niebem, krzątała się tym swoim dziwnym krokiem, zamiatając groby wszystkich swoich przodków. Później z głową zatopioną w dłoniach siedziała przed grobem męża.
Następnego dnia wyszła z domu sama i udała się w stronę rzeki. Całą drogę przedreptała na nogach, przyglądając się tylko drzewom, kaczkom i chmurom na niebie. Usiadła na brzegu rzeki i siedziała tam w ciszy i w bezruchu, jakby znalazła się w świątyni.
Xinwu też tam był, jak zawsze zresztą, szedł ścieżką, niosąc ze sobą wędkę i bambusowy koszyk. Jego twarz pojaśniała na widok Kang. Pokazał jej złowione przez siebie ryby, a potem usiadł przy niej i razem wpatrywali się w przepływający, brązowy nurt o lśniącej i zwartej powierzchni. On wędkował, a ona siedziała i patrzyła.
— Dobrze ci to wychodzi — powiedziała do niego, kiedy zarzucał wędkę.
— Tato mnie nauczył — a po chwili dodał jeszcze — tęsknię za nim.
— Ja też. — Chwila ciszy. — Myślisz, że… Ciekawe, co on by na to powiedział. — Kolejna pauza. — Jeśli przeprowadzimy się na zachód, pojedziesz z nami.
— Wkrótce poprosiła Ibrahima o spotkanie, a kiedy się zjawił, Pao zaprowadziła go do sali przyjęć, gdzie na życzenie Kang rozstawiono świeże kwiaty.
Stanął przed nią i ukłonił się.
— Jestem już stara — odezwała się do niego — przeszłam przez wszystkie etapy życia[8]. Jestem tą, która jeszcze nie umarła. Nie mogę się cofnąć. Nie mogę też dać ci synów.
— Rozumiem — wymamrotał — ja też jestem stary, mimo to proszę cię o rękę, nie dla synów, ale dla siebie.
Przyjrzała mu się uważnie, a jej rumieniec powiększał się.
— Zatem przyjmuję twoje oświadczyny. Uśmiechnął się.
Po tym wydarzeniu w całym domostwie zawrzało. Służący, mimo iż krytycznie nastawieni do takiego związku, i tak musieli dzień w dzień ciężko pracować, aby przygotować cały dom na piętnasty dzień szóstego miesiąca, czas przesilenia letniego, który tradycyjnie sprzyjał planom rozpoczynania podróży. Starsi synowie Kang byli oczywiście przeciwni jej małżeństwu, ale i tak poczynili plany przyjazdu na ślub. W sąsiedztwie wybuchł niemały skandal, ludzie byli wstrząśnięci do granic pojmowania, lecz, jako że nie zostali zaproszeni na uroczystość, nie mieli okazji podzielić się swym oburzeniem z domem Kang. Siostry wdowy ze świątyni pogratulowały jej i życzyły jej wszelkiej pomyślności.
— Możesz teraz nieść mądrość Buddy narodowi Hui — mówiły jej — wszystkim przyniesie to pożytek.
I tak też się pobrali, w trakcie niewielkiej ceremonii, w której uczestniczyli wszyscy synowie Kang, tylko Shih nie był w nastroju do składania gratulacji i przez większość poranka dąsał się w swoim pokoju, o czym jednak Pao nie doniosła Kang. Po uroczystości w ogrodzie przyjęcie przeniosło się nad rzekę — było skromnie, lecz atmosfera była bardzo radosna. Później zaczęło się wielkie pakowanie, wszystkie meble i inne przedmioty ładowano na wozy, które albo jechały z nimi na zachód do nowego domu, albo do miejskiego sierocińca, w którego utrzymaniu pomagała Kang, albo do domów jej starszych synów.
Kiedy już wszystko było gotowe, Kang po raz ostatni przeszła się po całym domostwie, zatrzymując się w pustych pokojach, które nagle zrobiły się dziwnie małe.
Po jakimś czasie wyszła przed bramę i wdrapała się do lektyki.
— Tego wszystkiego już nie ma — powiedziała do Ibrahima. W odpowiedzi wręczył jej pomalowane na czerwono jajko — szczęście na nowy rok. Ukłoniła się, skinął głową i ruszył na czele małej karawany, kierując ją na zachód.
3. Zderzające się fale
Podróż trwała ponad miesiąc. Drogi i szlaki były suche, a Kang wolała jechać na wozie, niż być niesioną w palankinie, przez co utrzymywali dobre tempo. Z początku służący myśleli, że decyzja ta wywołała nieporozumienie między młodą parą, gdyż Ibrahim również upodobał sobie jazdę z Kang w zakrytym wozie i odtąd spod ich budy słychać już było tylko odgłosy zażartych dyskusji i sporów, które potrafiły trwać całymi dniami. Raz Pao podeszła bliżej wozu, aby posłuchać, o czym tak zawzięcie rozmawiają, po czym wróciła do reszty służących i z ulgą oznajmiła:
— Bez przerwy dyskutują o religii, to ich jedyny temat. Tych dwoje to prawdziwa para intelektualistów.
Służący mogli więc bez obaw podróżować dalej. W końcu doszli do Kaifeng, gdzie zatrzymali się u jednego z muzułmańskich znajomych Ibrahima. Później szli równolegle z rzeką Wei, na zachód do Xi’an w prowincji Shaanxi, a następnie trudną trasą, przez przełęcze wyschniętych wzgórz, do Lanzhou.
Zanim zdążyli wjechać do miasta, Kang była zdumiona ponad wszelką miarę.
— Wprost nie mogę uwierzyć, że świat jest taki duży! — mówiła do Ibrahima — że Chiny są tak wielkie! Tyle pól ryżowych i jęczmiennych, tyle gór, pustych i dzikich. Pewnie przejechaliśmy już cały świat.
— Zaledwie setną jego część, jeśli wierzyć marynarzom.
— To dziwna kraina, taka zimna i sucha, piaszczysta i jałowa. Jak my tu utrzymamy nasz dom w czystości, nie będzie nam zimno? To tak, jakbyśmy próbowali mieszkać w piekle.
— Z pewnością nie jest aż tak źle.
— Czy to naprawdę Lanzhou, odnowione zachodnie miasto? Ta mała, przeszyta wiatrem wioska z mułowych cegieł?
— Tak, trzeba przyznać, że ostatnio bardzo szybko się rozwija.
7
Matka dwóch synów robiących karierę urzędników, których wychowywała samotnie, jako wdowa.
8
”Wszystkie etapy życia”: zęby mleczne, upinanie włosów do góry, małżeństwo, dzieci, ryż z solą, wdowieństwo.