Nauczycielką szkoły była znajoma Uljanowa od kilku lat – Nadzieja Konstantynówna Krupskaja, partyjna socjaldemokratka, posiadająca obszerne stosunki, a śmiała i czynna, chociaż milcząca i wstydliwa.
Spotykał ją u socjalistów, „skowronków liberalnej burżuazji", u Kałmykowoj i u Knipowicz.
Nie piękna, raczej nawet brzydka, pozostawiała jednak po sobie ciepłe i radosne wspomnienie. Zależało to od równowagi ducha, spokoju, nigdy nie znikającej pogody i głębokiej wiary w ideje, którym służyła.
Cicha, skromna, małomówna nauczycielka umiała słuchać i rozumiała każdy odruch myśli i nastroju spotykanych ludzi.
Uljanow wiedział, że należała do jego nielicznych przyjaciół z warstw inteligencji rewolucyjnej; słyszał nawet, że staczała o niego zażarte spory ze Struwem i innemi socjalistami petersburskimi.
Spędził w szkole kilka dni.
Rozmawiali ze sobą dużo.
Włodzimierz, który zawsze pamiętał o swoim celu i w rozmowach nigdy nie dawał porwać się uniesieniu, frazeologii, marzycielstwu, i, napozór wydając się zupełnie szczerym, z panią Krupską zapomniał o surowym rygorze względem siebie i zwierzał się jej z najtajniejszych myśli.
Ujrzawszy w jej spokojnych, rozumnych oczach głębokie współczucie dla siebie i niemy zachwyt, nagle się zamyślił.
Wydała mu się stworzoną na żonę dla niego. Tak, jak on, niczego od życia nie żądała dla siebie. Gotowa była w każdej chwili wszystko poświęcić dla sprawy. Czytała dużo, miała dar krytyki i orjentacji, znała języki obce i niczego się nie bała.
Mogła się stać najlepszą pomocnicą, idealnym wprost, najwierniejszym przyjacielem.
Popatrzył na nią uważnie i spytał, mrużąc oczy:
– Coby towarzyszka powiedziała, gdyby dowiedziała się, że uczyniłem coś takiego, co społeczeństwo określa słowem podłość lub zbrodnia?
Podniosła na niego spokojny, pogodny wzrok i natychmiast odparła prosto, bez afektacji:
– Nie wątpiłabym, że uczyniliście to dla dobra idei. Uljanow cicho się roześmiał i zatarł ręce.
– A gdybym zawołał nagle z patosem, jak Czernow [4]: „Nadziejo Konstantynówno, będę dyktatorem Wszechrosji"?! – spytał ze śmiechem.
– Uwierzyłabym bez wahania! – odpowiedziała, patrząc na niego łagodnie i szczerze.
– Hm, hm! – mruknął. – W takim razie myślę, że może, uczynilibyśmy mądrze, związawszy nasze życie i idąc przez nie razem aż do końca… do szubienicy, czy… do dyktatury, Nadziejo Konstantynówno!
Spuściła na chwilę oczy i spokojnie, bez żadnego wzruszenia rzekła:
– Powiedziałabym – tak, jeżeli wam to dogadza, towarzyszu!
– Dogadza!
Więcej o tem nie mówili. Zresztą nie mogli nawet mówić, bo w nocy do Krupskiej wpadł posłany przez Babuszkina robotnik i powiadomił, że koło szkoły już się kręcą szpicle.
Uljanow umknął w stronę cesarskiej fabryki porcelany; w kilka dni później przeniósł się do śródmieścia, gdzie w wypadkach zaostrzonego pościgu czuł się najbezpieczniej.
Jednak policja była już na jego tropie.
W grudniu uczyniono na niego obławę w całem mieście. Zrewidowano mieszkania wszystkich podejrzanych osób, nie wyłączając nawet liberałów. Uljanow został schwytany i osadzony w więzieniu.
Krupskaja dostarczała mu książek i powiadomiła Marję Aleksandrównę o areszcie syna. Staruszka przyjechała do Petersburga i odwiedziła Włodzimierza. Uspokoił ją, że nic poważnego mu nie grozi, gdyż żandarmi mieli tylko podejrzenia, nie znalazłszy żadnych obciążających go dowodów.
Tak też było w istocie. Uljanowa nawet nie oddano pod sąd i zarządzeniem władz policyjnych zesłano na Sybir na przeciąg lat trzech.
– Jadę na urlop wypoczynkowy i na polowanie! – powiadomił Krupską z więzienia, przesyłając jej wypożyczoną książkę z listem, napisanym mlekiem pomiędzy drukowanemi linja-mi.
ROZDZIAŁ IX.
Dobiegał końca trzeci rok wygnania.
Minęły te lata w zupełnym niemal spokoju. Syberyjskie władze były znacznie liberalniej-sze i nie wysilały się nad gnębieniem politycznych zesłańców.
Włodzimierz Uljanow żył we wsi Szuszenskoje, niedaleko od miasta Minusinska, położonego na malowniczych brzegach rzeki Jenisej.
Wkrótce, po odbytem więzieniu przybyła tu z matką swoją Nadzieja Konstantynówna Krupskaja.
W kilka tygodni po przybyciu stała się ona żoną Uljanowa. Nie czuli oboje ani wielkich uniesień, ani radości i szczęścia, które dla kochających serc przemienia całą ziemię na raj słoneczny, a szmer lasu i podmuchy wiatru – w czarodziejską muzykę, nieznaną, boską. Nie czuli tego i nie myśleli o tem.
Podali sobie ręce, jako dwaj przyjaciele, złączeni więzami, nie mniej silnemi od miłości i oddania się wzajemnego, – wiernością dla idei, droższej nad własne życie i jedynej. Była dla nich pokarmem, słońcem, powietrzem. Ze zmierzchem jej nastąpiłaby chwila konania dla wyznawców jej i krzewicieli.
Zupełne zaufanie miał Uljanow do Nadziei Krupskiej, ona – niczem niezachwnianą, fanatyczną wiarę w jego siły.
Czas syberyjskiego wygnania w pięknym, żyznym kraju Minusińskim pędzili z pożytkiem. Tu w ostatecznej formie skrystalizowały się myśli Włodzimierza i ułożony został plan jego działalności na przyszłe życie.
Przeczytał niezliczoną ilość książek. Dostarczali mu ich z Petersburga przyjaciele jego i Krupskiej, a także mieszkający we wsi Karatuzie Polak, inżynier-górnik, Eugenjusz Różycki, który, chociaż zajmował stanowisko urzędowe, sprzyjał wszystkim zesłańcom.
Na wygnaniu Włodzimierz wykończył swoją pracę o rozwoju kapitalizmem. Zaczął ją w więzieniu, gdzie pisał potajemne mlekiem na odwrotnej stronie arkusików, zapełnionych niewinnemi cytatami z dzieł autorów rosyjskich i zagranicznych. Tylko taki rękopis mógł się przedostać poza bramę więzienną. Mleko nalewał do małych kałamarzy, zrobionych z ugniecionego w palcach chleba.
– Pewnego razu do mojej celi sześć razy wchodzili dozorcy, więc sześć razy łykałem kałamarze! – ze śmiechem opowiadał Uljanow żonie i z westchnieniem dodawał żartobliwie.
– Szkoda, że prędko wypuścili mnie z więzienia! Trzeba byłoby dłużej nad tą książką popracować, bo tu nie tak łatwo o potrzebne materjały!
Na Syberji nagrzewał arkusiki nad lampą naftową, a zapisane mlekiem słowa ciemniały i występowały na białem tle.
Nie odrywając się od pracy, czytał i pisał Uljanow; wraz z Krupską, z polecenia Struwego, tłumaczył Engelsa i Webba, zarabiając dodatkowo. Było to niezbędne, bo rząd wyznaczył na jego utrzymanie tylko osiem rubli na miesiąc i zaledwie drobne sumy przysyłały co miesiąc Marja Aleksandrówna i siostra Włodzimierza – Elizarowa.
Jedyną rozrywką Uljanowa stanowiły dalekie przechadzki i polowania. Strzelał zające i cietrzewie zapamiętale, lecz ponieważ zbytnio się śpieszył, – zdobycz nie była obfita. Lubił jednak to namiętnie i nie opuszczał sposobności spędzenia czasu ze strzelbą w polu lub w lesie.
Podczas wypraw myśliwskich, poznał chłopa syberyjskiego, niezależnego, ufnego w swoje siły i prawie nie uznającego przedstawicieli obcych mu władz centralnych. Ujrzał Włodzimierz, rozumiejący duszę chłopa nadwołżańskiego, różnicę i podobieństwa, zachodzące pomiędzy ludnością syberyjską a rosyjską.
Różnica polegała na tem, że chłop syberyjski nie posiadał żądzy ziemi. Mógł mieć ją w dowolnej ilości.
Nie było tam obszarów, należących do szlachty, lub nadanych dekretem carskim urzędnikom i wojskowym za wierną służbę państwową.
Zupełnie inaczej czuł się chłop rosyjski. Pamiętał dokładnie i nigdy o tem nie zapomniał, że niegdyś, czy to za chanów mongolskich, czy za carów moskiewskich, ziemia należała do władcy, a uprawiana i wykorzystywana była przez ludzi od radła. Dopiero od Piotra Wielkiego, a szczególnie od czasów caryc Katarzyny II i Elżbiety, które obdarzały swoich kochanków majątkami ziemskiemi, zaczęto odbierać ziemię chłopom.
Wieśniacy nigdy nie uznawali tego i wciąż wyczekiwali na „białe pismo". Ten zagadkowy, mistyczny akt, urojony w mrocznych głębinach chłopskiego mózgu, miał zwrócić zagarniętą nieprawnie ziemię jej naturalnym właścicielom.