Выбрать главу

– Co musimy ustalić? – zapytał.

– Nie wiem… – szepnęła. – Kazali się nam dogadać, więc…

– Jestem gotów dogadywać się z tobą w każdej sprawie, od wydawniczego planu do Dekalogu, choć metod edytorstwa w ogóle nie znam, a z Dekalogu pamiętam tylko jedno przykazanie: „Nie pożądaj żony bliźniego swego nadaremno”.

Powinna była skwitować ten dowcip śmiechem, lecz może krępował ją erotyczny sens dowcipu, bo skomentowała tylko problem edytorskiej ignorancji:

– Edytorstwo jest mi równie obce co tobie, ale się nie lękam, dadzą nam przecież poligrafów, redaktorów, techników…

– Techników od pożądania?

Tym razem się zaczerwieniła, i skrzywiła wargi, jakby dając mu sygnał, że przegiął. Odzyskała wszelako dzięki temu pewniejsze brzmienie głosu:

– Mówili mi, że jesteś arogantem!

– I co ci jeszcze o mnie powiedzieli?

– Aby się nie przejmować.

– Mnie również mówili o tobie. Że jesteś kryptofeministką. I dodali, by się tym wcale nie przejmować… Jesteś kryptofeministką?

– Tak samo jak kosmitką, przybyłam na Ziemię prosto z Kosmosu.

– Widzę! – mruknął zachwycony.

– Po prostu interesuje mnie rola kobiet w krzewieniu kultury i cywilizacji, to wszystko. Chcę wydać dzięki naszej firmie moją pracę dyplomową o Emilii du Châtelet, francuskiej uczonej z czasów Woltera.

– Będziesz dalej pisała takie biografie geniuszek zmarłych przed wiekami?

– Nie tylko zmarłych. Teraz interesuje mnie Gertruda Himmelfarb, ona żyje.

– Kto?

– To badaczka historii, niegdyś trockistka, która odrzuciła lewicowość, zostając sztandarem konserwatyzmu, heroldką wiktoriańskiego kanonu wartości moralnych. Jej książka „The Roads to Modernity” mówi o etycznej dekadencji dzisiejszego świata. Czy mogłabym być jej wielbicielką, gdybym była feministką?

– Ja też szanuję wiktoriańskie wartości etyczne! – zapewnił Serenicki. – Każdego dnia od dziesiątej rano do szóstej po południu.

– Mówili mi, że lubisz sobie kpić ze wszystkiego. I że przy tym używasz różnych dziwactw językowych, gry słów, kalamburów, czy… czy tych, no… zapomniałam!

– Anagramów – podpowiedział Janek.

– Szczerze mówiąc… zapomniałam też co to są anagramy.

Wziął papierową serwetkę, skrobnął długopisem: „Jakub Bujak”, i rzekł:

– Spójrz. Imię jest tu anagramem nazwiska, trzeba tylko przestawić litery i sylaby.

Uśmiechnęła się pierwszy raz:

– Więc zdarza ci się nie świntuszyć grą słów?

– Ale rzadko. Świntuszyłem już jako gówniarz, pisałem kredą na tablicy różne dwuznaczne żarty, pamiętam jeden: „Sukces posuwania się garnizonowego tkwi w sprężystym kroku, a sukces posuwania garsonierowego tkwi w sprężystym kroczu”. „Pana Tadeusza” też recytowałem tak aluzyjnie, że nieomal porno:

„Kobieto, puchu marny, ty jesteś jak zdrowie,

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto zbadał puszcz litewskich przepastne krainy

Aż do samego środka, do jądra gęstwiny”…

Klasnęła kilka razy, tak się jej podobało:

– Trochę obsceniczne, ale świetne!

– Cieszę się, że i tym razem nie sprawiłem ci zawodu – rzekł Serenicki. – Jednak lubię też staropolskie rymowane gry słów, rymowanki o trochę trywialnych znaczeniach. Jak to:

„Siedziała na dębie

I dłubała w gębie,

A ludziska głupie

Myśleli, że w zębie”.

– Może być, nie zatkałam nosa i uszu.

– To był rym anonimowy. Staropolskie anonimowe zabawy rymami dają mi dużą radość. Posłuchaj:

„Czując w swym sercu wieszcze dreszcze,

Cudne twe dłonie jeszcze pieszczę.

Lśnił pięknie od tualet balet,

Najwięcej miał tam zalet walet”.

– Zgrabne! – przyznała. – Tylko nie brzmi zbytnio po staropolsku…

Teraz on zaklaskał:

– Brawo! Nadużyłem terminu „staropolski”, to są rymy dziewiętnastowieczne.

– Mówili mi, że kochasz nie staropolskie, lecz staroangielskie, zwłaszcza Szekspira.

– To prawda. Od dzisiaj głównie „Romea i Julię”, bez finałowego aktu. Pojmujesz, nadobna Klaro?

– Nie pojmuję! – fuknęła.

– Nie pojmując, skazujesz mnie na „Stracone zachody miłości”

– Dość tych głupstw!

– Chyba żebym, miast rezygnować, zdecydował się na „Poskromienie złośnicy”

– Przestań!

Lecz wcale nie chciała, by przestał, bo wówczas w środku dnia zgasłoby słońce i wchłonęłaby ją ciemność.

* * *

Europejski komunizm trzymał się dłużej niż faszyzm czy hitleryzm, jednak również okazał się „marnością nad marnościami”, jak prorokowała Biblia. Komuniści przez samą istotę i złą sławę swego systemu stali się kłopotliwi dla siebie samych, co ładnie ujmuje pewna poetycka strofa W. H. Audena:

„W przewidywaniu swym w zasadzie mieli rację,

Na wszelkie sytuacje tak przygotowani;

Niestety, sami byli swoją sytuacją”. *

System komunistyczny musiał tedy runąć prędzej czy później. Runął prędzej – A.D. 1989/1990. Wskutek przyczyn ekonomicznych, politycznych i psychologicznych. Politycznie musiał runąć, bo imperium sowieckie bankrutująco przegrało tzw. „wyścig zbrojeń” z Ameryką. Ekonomicznie musiał runąć nie tyle dlatego, że był gospodarczo niewydolny, ile dlatego, że nie dał rady się zreperować mimo szczerych chęci, które w Polsce okazali u schyłku PRL-u gensek Jaruzelski, premier Rakowski i minister Wilczek. Tzw. „reforma Rakowskiego i Wilczka” była nawet odważniejsza niż późniejsze reformy wodzów III RP w latach 90-ych XX wieku, jednak przyczyny psychologiczne skazywały na klęskę każdą reformę peerelowską. Wszystko tłumaczy żart o generale Jaruzelskim, który poprosił Pana Boga, by ten mu zjednał glorię męża opatrznościowego i reformatora, czyli miłość lub chociaż sympatię rodaków. Pan Bóg się zgodził: „- Dobrze, Wojtula, ty nigdy specjalnie nie szkodziłeś Kościołowi, więc pójdę ci na rękę – daję ci umiejętność chodzenia po wodzie. Kiedy twoi rodacy to zobaczą – zrozumieją, że jesteś wyniesiony”. Jaruzelski ucieszył się i ruszył ku Wiśle, aby sprawdzić otrzymaną zdolność. Gdy kroczył taflą rzeki koło mostu Poniatowskiego, zauważyli go siedzący przy brzegu wędkarze. Któryś splunął i rzekł bez krztyny szacunku: „- Zobaczcie, ten Jaruzel to nawet pływać, kurwa, nie potrafi!”. Żaden cud nie mógł już czerwonego systemu uratować.

I wówczas komuniści postanowili zagrać va banque: „uciec do przodu”. W zyskowny kapitalizm. Tę hazardową rozgrywkę przeprowadziła perfekcyjnie bezpieka generała Kiszczaka, mająca -dzięki „stanowi wojennemu” i radykalnej zmianie sztabu „Solidarności”- solidarnościową agenturę skupioną wokół Lecha Wałęsy (Kiszczak mówił jasno: „Głównym celem wprowadzenia «stanu wojennego» jest zmiana kierownictwa «Solidarności»”). Trik tzw. „transformacji ustrojowej”, która się dokonała przy Okrągłym Stole w 1989 roku, polegał m.in. na genialnym qui pro quo: solidarnościowi buntownicy okazali się socjalizującymi „wstecznikami” (bo związek zawodowy z natury rzeczy bal się antyproletariackiego „krwiożerczego kapitalizmu”), a „komuchy” okazały się prokapitalistycznymi reformatorami, czyli grabarzami systemu komunistycznego (gdyż pod stołem wynegocjowały z Wałęsowcami, Geremkowcami, Michnikowcami i Kuroniowcami łatwość grabienia infrastruktury przez nomenklaturę). Po latach tak opisze to qui pro quo Andrzej Gwiazda, solidarnościowy rywal Wałęsy, usunięty mackami bezpieki spod nóg „Lecha” jako kłoda zawadzająca nobliście przy budowaniu II „Solidarności”, tej zmierzającej do ugody, a nie do konfliktu: