Выбрать главу

Kiedy Kiki chodziła jeszcze do szkoły, Petrus wabił ją do swojego biura. Dość długo trwało, nim odważyła się tam pójść, ale mówił o jej niezwykłym wdzięku oraz charyzmie i obiecywał, że wylansuje ją w filmie i będzie wielką gwiazdą.

Już w czasie pierwszej wizyty poczęstował ją haszyszem. Spotykała się z nim dalej, a on zaczął jej dawać amfetaminę i heroinę. Po pewnym czasie stała się od niego zupełnie zależna i zgodziła się występować w jego filmach, żeby dostarczał jej narkotyki.

Kiedy skończyła szkołę i wyprowadziła się z domu, była już narkomanką i nie wystarczało jej to, co dawał jej Petrus. Mieszkała z innymi narkomanami w melinach i zaczęła się prostytuować, by zdobyć pieniądze.

W końcu wyjechała ze swoją paczką do Kopenhagi i już tam została.

Kiedy ojciec ją znalazł, sama oceniła, że jest nieodwracalnie uzależniona i nawet nie myśli o tym, by próbować coś z tym zrobić. Potrzebowała teraz tak dużych dawek, że musiała ciężko pracować, by zarobić na dzienną porcję.

Zrobił wszystko, co mógł, by przekonać ją do powrotu do domu, gdzie mogłaby się poddać kuracji odwykowej, ale oświadczyła, że nie chce już żyć i dalej będzie to robić, aż do ostatniej dawki, co pewnie nie potrwa długo.

Sture Hellström najpierw robił sobie wyrzuty, ale kiedy pomyślał, jaką zdolną i śliczną dziewczyną była jego córka, zanim trafiła na Waltera Petrusa, stwierdził, że wszystko jest wyłączną winą tamtego.

Wiedział, że Petrus regularnie odwiedza Maud Lundin, i postanowił zabić go tam. Zaczął śledzić Petrusa w drodze do Rotebro i wkrótce odkrył, że często bywa on sam w willi przez krótki czas rano.

Nocą szóstego czerwca, kiedy wiedział, że Petrus wybiera się do Maud Lundin, wsiadł w pociąg do Rotebro, zaczekał w garażu do rana, wszedł do domu i zabił Petrusa, nim ten zdążył zareagować.

Żałował tylko jednego. Broni, jaką miał do dyspozycji, musiał użyć z zaskoczenia. Gdyby miał broń palną, by mu grozić, najpierw by mu wygarnął, że zamierza go zabić i dlaczego.

Wyszedł z domu tylnymi drzwiami, kierując się przez pole, zagajnik i stary zarośnięty ogród na Enköpingsvägen. Potem wrócił na stację, wsiadł w pociąg na Dworzec Centralny, dojechał do Dworca Wschodniego, a stamtąd do Djursholm.

To było wszystko.

– Nigdy nie myślałem, że mógłbym zabić człowieka – kontynuował Sture Hellström. – Ale kiedy zobaczyłem swoją córkę na najgłębszym dnie, na jakie może spaść człowiek, a potem musiałem patrzeć, jak ta bogata tłusta świnia chodzi zadowolona z siebie, nie mogłem zrobić nic innego. Prawie się cieszyłem, kiedy podjąłem tę decyzję.

– Ale nie pomógł pan córce – zauważył Martin Beck.

– Nie, jej już nic nie może pomóc. Mnie też nie, jeśli o to chodzi.

Sture Hellström milczał przez chwilę, nim powiedział:

– Może byliśmy skazani od początku, Kiki i ja. Myślę jednak, że dobrze zrobiłem. Teraz przynajmniej nikogo już nie skrzywdzi.

Martin Beck siedział, patrząc na Sturego Hellströma. Wydawał się zmęczony, ale zupełnie spokojny. Żaden z nich nic nie mówił. Martin Beck wyłączył w końcu magnetofon, który szumiał przez ostatnią godzinę, i wstał.

– Chodźmy – rzucił.

Sture Hellström podniósł się od razu i poszedł przed Martinem Beckiem do drzwi.

Rozdział 11

W środku sierpnia Rebecka Lind została wyeksmitowana ze swojego mieszkania w południowym Sztokholmie.

Dom był stary i zaniedbany, a teraz mieli go wyburzyć, by w jego miejsce zbudować nowy budynek mieszkalny, w którym właściciel nieruchomości będzie pobierał trzy razy wyższy czynsz po zainstalowaniu niskostandardowych, lecz nowoczesnych udogodnień oraz zbędnych dekoracji marnej jakości, lecz pozorujących luksus.

Tak przynajmniej bywało na sztokholmskim rynku nieruchomości, ale Rebecka niewiele o tym wiedziała. Poza tym wynajmowała z drugiej ręki, nie miała umowy i nie mogłaby, jak inni lokatorzy, rościć sobie prawa do równorzędnego lokum lub mieszkania na przedmieściu z niewysokim czynszem. Nawet gdyby miała umowę, na pewno by jej nie przeczytała ani nie pomyślała o tym, by poznać swoje prawa.

Po miesięcznym okresie wypowiedzenia przeniosła się ze swoją małą córeczką i skromnym dobytkiem do przyjaciół, którzy dzielili duże mieszkanie w równie zaniedbanej i zagrożonej wyburzeniem nieruchomości w tej samej dzielnicy.

Jeden pokój stał właśnie pusty i mogła nim rozporządzać przynajmniej przez jakiś czas. Znajdował się tuż przy kuchni – mały pokoik, w którym kiedyś mieszkały służące i kucharki.

Rebecka wstawiła do służbówki materac, cztery pomalowane na czerwono skrzynki po piwie, które służyły jako półki, duży pleciony kosz na pościel, ręczniki i ubrania oraz łóżeczko Camilli, które Jim zmajstrował z drewna przed wyjazdem.

Małą walizkę, którą miała ze sobą, odkąd wyprowadziła się z domu, ale właściwie nigdy nie zapakowała jej do pełna, wrzuciła pod łóżeczko Camilli. Leżały w niej jej szkolne rysunki, fotografie, listy i parę drobiazgów odziedziczonych po ciotce mamy, zawiniętych w starą, haftowaną makatkę. Leżał tam również pamiętnik, który dostała od mamy na piętnaste urodziny. Nie pisała w nim dużo – jej ostatnia notatka była sprzed ponad roku i brzmiała:

Zastanawiam się, czy powinnam podjąć pracę, czy chodzić do szkoły. Trzeba mieć pieniądze, żeby żyć w tym dziwnym świecie. To jest ta negatywna strona. Większość ludzi na ziemi kocha tylko pieniądze zamiast swoich bliźnich, ale wierzę, że kiedyś się przebudzą do prawdziwej rzeczywistości, zamiast żyć złudzeniami.

Rebecka cieszyła się, że ma dach nad głową i mieszka z przyjaciółmi, a okna jej pokoiku wychodzą na duży tylny ogród, w którym rosną dwa wysokie drzewa z rozłożystymi zielonymi koronami.

Nadal czekała na wiadomość od Jima. Kiedy ktoś z przyjaciół radził jej, by o nim zapomniała, bo na pewno puścił ją kantem, odpowiadała spokojnie, że zbyt dobrze go zna, by uwierzyć, że mógł ją zostawić bez słowa wyjaśnienia.

Wiedziała, że coś musiało mu się stać, i jej niepokój wzrastał z każdym upływającym dniem.

Zanim jeszcze podjęła fatalną próbę pożyczenia pieniędzy na podróż do Ameryki, napisała list do rodziców Jima na adres, który jej zostawił. Nie dostała odpowiedzi. Sklecenie listu kosztowało ją wiele trudu – angielski, którego uczyła się w szkole, znacznie się poprawił podczas roku spędzonego z Jimem, ale miała spore problemy z pisownią.

W tamten styczniowy dzień, kiedy Jim odwiedził ambasadę amerykańską, poszła tam razem z nim i czekała na zewnątrz. W jakiś miesiąc po czerwcowej rozprawie wróciła tam, by prosić o pomoc, ale kiedy próbowała się przecisnąć przez tłum demonstrantów, którzy z jakiegoś powodu zebrali się w pobliżu imponującego budynku, została ostro i brutalnie przepędzona przez policjanta. Zauważyła, że cały teren wokół ambasady był zagrodzony przez policję i dziewczyna z grupy demonstrujących powiedziała jej, że w ambasadzie odbywa się właśnie przyjęcie.

Nie miała pojęcia, że było to święto ONZ, i minęło trochę czasu, nim ponownie wybrała się do ambasady, z obawą że znów trafi na przyjęcie. Słyszała, że w ambasadach często świętowano, i wyrobiła sobie opinię, że ich głównym zadaniem jest organizowanie przyjęć.

Tym razem nie było policyjnego kordonu – tylko dwaj mężczyźni w mundurach, którzy powoli spacerowali tam i z powrotem chodnikiem u dołu schodów prowadzących do wejścia, wyposażeni w krótkofalówki.