Выбрать главу

— André!… — zawołała słabym głosem Agnes.

Organista wysunął się z mechanizmu. Trzymał w ręku drewnianą płytę ze skomplikowanym systemem sprężyn.

— O, witaj — powiedział.

— E… kto to jest? — spytała Agnes, cofając się przed organistą.

— Kto? Och, to bibliotekarz. Nie wydaje mi się, żeby miał jakieś imię. Jest bibliotekarzem na Niewidocznym Uniwersytecie, ale co ważniejsze, jest też ich organistą. A okazało się, że nasze organy to Johnson,[7] tak jak ich. Dał nam kilka części zamiennych…

— Uuk!

— Przepraszam… Pożyczył nam kilka części zamiennych.

— Gra na organach?

— Tak, w sposób zadziwiająco chwytny.

Agnes uspokoiła się. Stwór chyba nie zamierzał jej atakować.

— Aha — powiedziała. — No tak… To chyba całkiem naturalne. Pamiętam, czasami do naszej wsi przychodzili kataryniarze i miewali takie milutkie małpisz…

Zabrzmiał głośny akord. Orangutan uniósł drugą rękę i dobrotliwie pogroził Agnes palcem.

— Nie lubi, kiedy się go nazywa małpiszonem — wyjaśnił André. — Za to chyba ciebie polubił.

— Skąd wiesz?

— Zwykle nie traci czasu na ostrzeżenia.

Cofnęła się jeszcze o krok i chwyciła młodego człowieka za ramię.

— Możemy porozmawiać?

— Zostało tylko parę godzin, a naprawdę chciałbym naprawić…

— To ważne!

Wyszedł z nią za kulisę. Za nimi bibliotekarz uderzył kilka klawiszy na wpół zreperowanej klawiatury, po czym skrył się pod nią.

— Wiem, kim jest Upiór — szepnęła Agnes.

André przyjrzał się jej uważnie. A potem wciągnął głębiej w cień.

— Upiór nie jest kimś — powiedział cicho. — Nie bądź głuptasem. To po prostu Upiór.

— Chodzi mi o to, że jest kimś innym, kiedy zdejmie maskę.

— Kim?

— Czy powinnam zawiadomić pana Kubła i pana Salzellę?

— Kim? Zawiadomić ich o kim?

— To Walter Plinge.

Znowu zaczął się jej przyglądać.

— Jeśli będziesz się śmiał — uprzedziła Agnes — to… to cię kopnę.

— Przecież Walter nie jest nawet…

— Ja też w to nie wierzyłam, ale powiedział, że widział Upiora w szkole baletowej, a tam są lustra na wszystkich ścianach, a on byłby całkiem wysoki, gdyby się porządnie wyprostował, i w dodatku chodzi często po piwnicach…

— Daj spokój…

— Wczoraj w nocy zdawało mi się, że słyszę, jak śpiewa na scenie, kiedy już wszyscy poszli.

— Widziałaś go?

— Było ciemno.

— No tak… — zaczął lekceważąco André.

— Ale potem słyszałam, tego jestem już pewna, jak mówi do kota. Normalnie mówi. Jak całkiem normalny człowiek. Musisz przyznać, że… że jest dziwny. Czy nie wydaje ci się taką właśnie osobą, która nosiłaby maskę, żeby ukryć, kim jest naprawdę? — Spuściła głowę. — Widzę, że nie chcesz słuchać…

— Nie! Nie, tylko sądzę… no…

— Pomyślałam, że lepiej się poczuję, jeśli komuś powiem.

André uśmiechnął się w mroku.

— Jednak nikomu innemu raczej bym o tym nie wspominał.

Agnes przyglądała się własnym stopom.

— Przypuszczam, że moja teoria wydaje ci się naciągana…

André położył dłoń na jej ramieniu. Perdita wyczuła, że Agnes się skuliła.

— I czujesz się lepiej? — zapytał.

— Ja… sama nie wiem. Znaczy… no wiesz… Znaczy… nie wyobrażam sobie, żeby on kogoś skrzywdził… Strasznie mi głupio…

— Wszyscy są zdenerwowani. Nie przejmuj się.

— Tylko… nie chciałabym, żebyś mnie uznał za głuptasa…

— Jeśli chcesz, będę miał oko na Waltera — obiecał. — Ale teraz lepiej wrócę do pracy — dodał. Rzucił jej kolejny uśmiech, jasny i szybki jak letnia błyskawica.

— Dzię…

Ale on szedł już w stronę organów.

Ten sklep zaopatrywał dżentelmenów.

— To nie dla mnie — wyjaśniła niania Ogg. — To dla przyjaciela. Ma sześć stóp wzrostu, bardzo szeroki w ramionach.

— Nogawka po wewnętrznej?

— O tak.

Rozejrzała się. Właściwie czemu ma się ograniczać? W końcu to jej pieniądze.

— I jeszcze czarny płaszcz, długie czarne rajtuzy, buty z takimi błyszczącymi klamrami, jeden z tych wysokich kapeluszy, płaszcz podbity czerwonym jedwabiem, muszkę i jakąś wytworną laskę z taką elegancką srebrną gałką… i jeszcze… czarną opaskę na oko.

— Opaskę?

— Tak. Może z cekinami albo czymś takim, bo to do opery.

Krawiec przyglądał się niani podejrzliwie.

— To bardzo nietypowe — oświadczył. — Dlaczego ten dżentelmen sam nie przyjdzie?

— Nie jest jeszcze dżentelmenem.

— Ależ madame, musimy znać jego rozmiary.

Niania Ogg rozejrzała się uważnie.

— Wie pan co? — zaproponowała. — Sprzedacie mi coś, co wygląda mniej więcej jak trzeba, a my go już tak poprawimy, żeby pasował. Przepraszam…

Skromnie odeszła na stronę…

…twing, twang, twong…

…i wróciła, wygładzając spódnicę. W ręku trzymała skórzany worek.

— Ile się należy? — spytała.

Krawiec spojrzał na worek obojętnie.

— Obawiam się, że nie zdołamy zrealizować tego zamówienia wcześniej niż na przyszłą środę.

Niania westchnęła. Coraz lepiej poznawała jedną z najbardziej fundamentalnych zasad fizyki. Czas to pieniądz. A zatem pieniądze to czas.

— Właściwie miałam nadzieję, że potrwa to nieco krócej — rzekła, potrząsając znacząco workiem.

Krawiec spojrzał na nią znad czubka nosa.

— Jesteśmy rzemieślnikami wysokiej klasy, madame. Myśli pani, że ile to powinno zająć?

— Co pan powie na dziesięć minut?

Dwanaście minut później wyszła ze sklepu z dużym pakunkiem pod pachą, pudłem z kapeluszem pod drugą i z hebanową laską w zębach.

Babcia czekała na zewnątrz.

— Masz wszystko?

— Aaak.

— Wezmę opaskę na oko, dobrze?

— Musimy mieć trzecią czarownicę — uznała niania, przekładając pakunki. — Ta młoda Agnes ma porządne, mocne ręce.

— Sama wiesz, że jeśli wyciągniemy ją stąd za kark, nigdy nie przestanie się skarżyć. Będzie czarownicą, kiedy zechce nią być.

Przed gmachem Opery skierowały się do wejścia dla aktorów.

— Dobry wieczór, Les! — zawołała wesoło niania zaraz za progiem. — Przestało swędzieć, co?

— Cudowną maść mi pani dała, pani Ogg — zapewnił odźwierny; jego wąs wygiął się w kształt, który mógł sugerować uśmiech.

— Pani Les zdrowa? Jak tam noga jej siostry?

— Coraz lepiej, pani Ogg. Miło, że pani pyta.

— To tylko Esme Weatherwax, która mi czasem pomaga — wyjaśniła niania.

Odźwierny skinął głową. Było jasne, że wszyscy przyjaciele niani Ogg są też jego przyjaciółmi.

— Żaden kłopot, pani Ogg.

Kiedy szły siecią zakurzonych korytarzy, babcia pomyślała — nie pierwszy raz zresztą — że niania dysponuje swoją całkiem osobistą magią.

Niania nie tyle wchodziła do różnych miejsc, ile raczej się wkręcała; podświadomie zapewne zmieniła swój naturalny talent do lubienia ludzi w naukę okultystyczną. Babcia Weatherwax nie miała wątpliwości, że przyjaciółka zna już imiona, historie rodowe, dni urodzin i ulubione tematy dyskusji połowy zatrudnionych tu osób. I pewnie zna też te kluczowe punkty zaczepienia, które skłaniają ludzi, by się przed nią otworzyli. Może to być rozmowa o dzieciach, o maści na bolące stopy albo jedna z tych naprawdę nieprzyzwoitych nianinych historyjek. Wszędzie ją przyjmowano, a po dwudziestu czterech godzinach ludzie uważali, że znają ją całe życie. I mówili jej o różnych sprawach z własnej i nieprzymuszonej woli! Niania dobrze żyła z ludźmi. Potrafiłaby nawet posąg skłonić, by wypłakał się jej na ramieniu i opowiedział, co naprawdę myśli o gołębiach.

вернуться

7

Bergholt Grimwald („Bezdennie Głupi”) Johnson był sławnym, a może raczej niesławnym wynalazcą z Ankh-Morpork. Znany z tego, że nigdy nie pozwalał, by jego liczbowy analfabetyzm, brak jakichkolwiek umiejętności i absolutna niezdolność zrozumienia istoty problemu stanęły mu na drodze rozwoju jako pierwszego Człowieka Kontrrenesansu. Wkrótce po zbudowaniu słynnej Zwalonej Wieży w Quirmie przeniósł swe zainteresowania do świata muzyki, w szczególności na wielkie organy i orkiestry mechaniczne. Przykłady jego prac wciąż pojawiają się na wyprzedażach, aukcjach, a całkiem często na wysypiskach.