– Trzy kule w g-głowę? – powtórzył Erast Pietrowicz, zainteresowany tą barwną anegdotą z życia Dzikiego Zachodu. Jakież tu jednak krwawe obyczaje.
– Tak. Z dziesięciu kroków! Ted jest nie tylko szybki, ale ma świetne oko. Raz, już dawno, widziałam prawdziwą strzelaninę w corralu. Siedmiu ludzi grzmociło do siebie bez przerwy przez dwie minuty i żaden nie trafił. Tylko jednemu odstrzeliło czubek nosa, a i to rykoszetem. A Ted, jeśli już wyciągnie broń, to nie chybi. Teraz jest u nas na ranczu pierwszym tophandem. To główny pomocnik szefa kowbojów, który odpowiada za stado. Z krowami Ted radzi sobie nie za bardzo, ale ludzi trzyma o tak. – Ashleen zacisnęła małą ale silną pięść. – Rustlerzy naszego stada nie tykają. No co pan tak patrzy? Nie wie pan, co to są rustlerzy? Wy ze Wschodu jesteście jacyś dziwni. Rustlerzy to złodzieje, którzy kradną krowy i wypalają na nich swoje piętno… Oj, niech pan patrzy! – przerwała sama sobie panna Cullighan. – Już widać Splitstone. Wysiądę na rozwidleniu. Stamtąd jest bliżej do naszego rancza. Dziękuję za podwiezienie. Jest pan bardzo miły.
Już siedząc we własnej bryczce, nagle spojrzała z powagą na stojącego obok Fandorina.
– Wie pan co… – I umilkła, jakby niezdecydowana. – Niech pan włoży ten swój cylinder, bo panu głowę przepali. Już wrzesień, a tak praży… Co to ja chciałam… Zatrzyma się pan przecież w Splitstone? Poza tym i tak nie ma gdzie. Są tam numery pod Głową Indianina i w Great Western. Więc niech pan weźmie numer w Great Western, dobrze?
– Ten h-hotel jest lepszy?
– Nie, gorszy. Ale tak będzie lepiej – odpowiedziała zagadkowo panna. – Niech pan obieca!
– Dlaczego mam się zatrzymać w gorszym hotelu? – spytał z uśmiechem Fandorin.
– Proszę obiecać i już. Niech mi pan da słowo dżentelmena.
Jej ogromne oczy patrzyły na niego niemal błagalnie, nie sposób było odmówić.
– Dobrze. Zatrzymam się w Great Western. Słowo honoru.
– I niech pan nie wychodzi na ulicę. Wszystko, czego pan będzie potrzebował, przyniosą panu do numeru. – Ashleen potrząsnęła swymi boskimi kędziorami, dotknęła lejców. – Wio! Jazda, jazda!
I na ostatek krzyknęła:
– Jak będą panu potrzebne konie, niech pan przyjeżdża do nas! Powiem, żeby z pana za bardzo nie zdarli!
Miasto pastuchów
„Miasto” – to słowo brzmiące dumnie, zakładające istnienie skrzyżowań, placów, gmachów użyteczności publicznej i przynajmniej dwóch, trzech tysięcy mieszkańców. W Splitstone niczego takiego nie było. Miasto, położone najbliżej Dream Valley składało się z jednej, jedynej ulicy, nad którą unosił się żółty pył. Dwa szeregi drewnianych, parterowych lub jednopiętrowych domów, na tyłach zagrody dla koni i szopy.
Przesiadłszy się na kozioł, by mieć lepszy widok, Fandorin przyglądał się osadzie, niezgrabnie uczepionej zbocza łagodnego wzgórza.
Stangret skrzywił się i odwrócił twarz, całą swoją postawą dając do zrozumienia, że patrzenie na tak nędzny widok jest poniżej jego godności.
Masa zaś powiedział:
– U nas w Rosji takiej dziury nie nazwano by nawet „siołem”, skoro nie ma w niej cerkwi.
Istotnie, kościoła nie było, stała tylko jakaś oblazła wieżyczka z dzwonem, ale bez krzyża na szczycie. Może strażnica?
– Kiedyś pewnie mieszkało tu dużo ludzi – dzielił się swymi obserwacjami Japończyk, wskazując spory cmentarz z poprzekrzywianymi nagrobkami. – Ale większość poumierała.
Erast Pietrowicz zapytał stangreta:
– Jak sądzę, Splitstone pamięta lepsze czasy?
– Wątpię, sir. Lepszych czasów nigdy tu nie było i chyba nie nadejdą – odrzekł ten pogardliwie i splunął. – Co tu dużo gadać: miasto pastuchów.
Przy wjeździe wznosiła się olbrzymia, podziurawiona kulami tablica:
SPLITSTONE
THE MOST PEACEFUL TOWN ON THE PLAINS
Firearms Must be Checked at Marshall’s Office [37]
Wieczne samochwalstwo – tę cechę Amerykanów Fandorin uważał za najbardziej męczącą. Wszystko jest u nich most, greatest albo w najgorszym razie po prostu great. Jakby chcieli sami siebie przekonać o własnej wielkości.
Jedyna ulica Splitstone nazywała się oczywiście „Broadway” i zaczynała właśnie biurem szeryfa, o którym napisano na tablicy.
Porządku należy przestrzegać. Fandorin wszedł do nędznej szopy i wręczył swojego herstala stróżowi prawa, niepokaźnemu staruszkowi z purpurowym nosem. Szeryf wziął rewolwer i nawet nabazgrał nieczytelne pokwitowanie, ale nie wiadomo czemu wyglądał na strasznie zdziwionego.
Przyczyna tej dziwnej reakcji wyjaśniła się niezwłocznie. Wszyscy przechodnie, jakich widział Erast Pietrowicz z okna karety, mieli broń, nawet podrostki. Na werandzie sklepu z szyldem „MELVIN SCOTT. TOWARY RÓŻNE”, oparłszy nogi na balustradzie, siedział człowiek ze zgasłym cygarem w ustach – ten nie wiadomo dlaczego miał nawet dwa rewolwery. Spod nisko nasuniętego kapelusza połyskiwały oczy, patrzące wprost na obcego.
W ogóle zresztą nie brakowało ludzi, chcących się przyjrzeć wytwornemu ekwipażowi. Mężczyźni w szerokoskrzydłych kapeluszach i butach z ostrogami przeprowadzali karetę wzrokiem. Wielu wyglądało z okien. Mister Star miał rację: jego przedstawiciela natychmiast zauważono. Powitało go jednak milczenie – gapie nie odzywali się ani słowem, tylko w skupieniu poruszali szczękami, od czasu do czasu spluwając brązowym tytoniowym sokiem.
Stangret zatrzymał perszerony w samym środku miasteczka, między dwoma największymi budynkami – też drewnianymi, ale z pewną pretensją do elegancji. Budynek po lewej stronie (saloon pod Głową Indianina) ozdobiono kolumnami i balkonikami, a budynek po lewej (restauracja, saloon i hotel Great Western) postawił na kolory – na fasadzie powiewały aż cztery pasiasto-gwiaździste sztandary plus ogromna flaga stanu Wyoming: biały bizon na błękitnym polu.
Pamiętając o słowie danym perle prerii, Fandorin kazał Masie zanieść bagaże na prawo. Stangret pożegnał się, z trudem zawrócił potężną karetą, omal nie przewracając tarasu jednego z saloonów, i majestatycznie opuścił żałosne „miasto pastuchów”.
Fandorin chciał w ślad za kamerdynerem wejść na schody hotelu Great Western, kiedy z tyłu dało się słyszeć:
– Erast Pietrowicz? Pan Fandorin?
Na schodach Głowy Indianina stał niemłody mężczyzna z zaniedbaną rzadką brodą. Patrzył na przybyłego z przymilnym uśmiechem. Nawet gdyby ten człowiek nie odezwał się po rosyjsku, co do jego przynależności narodowej nie mogło być cienia wątpliwości. Spod bezkształtnej białej panamy, jakie zwykle noszą letnicy w Jałcie, zwisały ostrzyżone po chłopsku włosy; tołstojowska koszula przepasana rzemykiem; zgrzebne portki wpuszczone w jałowicze buty z cholewami – Amerykanie nie potrafią takich robić. Fandorin skłonił się lekko i nieznajomy uśmiechnął się jeszcze przymilniej.
– Serdecznie witamy w naszych stronach! Jestem Łukow, Kuźma Kuźmicz, do usług. Przewodniczący wspólnoty „Promień Światła”.
Rodak drobnym kroczkiem przeszedł przez drogę i wyciągnął białą, dziwnie gładką jak na farmera dłoń.
– Bardzom rad! Tak na pana czekaliśmy, tak czekaliśmy! Przyjechałem tu do gminy odebrać ze sklepu deliwery, a w telegrafie kejbl od czcigodnego Mawrikija Christoforowicza. Od rana na pana czekamy. Już nawet zamówiłem lencz w restauracji, bardzo suty, z winem – aby pana należycie ugościć. – Szerokim gestem wskazał Głowę Indianina. – Bardzo proszę posilić się po podróży. Trzy dania, i nawet z winem!