Miał rację. Ze skał można było widzieć i ostrzeliwać całą przestrzeń. Prawdziwy cud, że wartownik ich nie zauważył – dzięki ostrożności Scotta.
– Naprawdę nic się nie da zrobić? – zapytał zafrasowany Erast Pietrowicz. – Nie ma innego przejścia?
Scott wyszczerzył zęby.
– Innego przejścia nie ma, ale trafiłeś w dziesiątkę, przyjacielu. Można ich zamknąć w środku jak niedźwiedzia w gawrze. Za tymi skałami ustawić strzelców, żeby trzymali wąwóz na muszce. Tak ze czterdziestu, pięćdziesięciu ludzi. I wtedy można prowadzić rokowania. Przewaga będzie po naszej stronie. Możesz to uznać za dodatkową konsultację. Razem dwadzieścia.
– Osiemnaście pięćdziesiąt. Za konsultację przysługuje mi trzydziestoprocentowa zniżka – tym samym tonem odparł Fandorin, czując, że zaczyna być prawdziwym Amerykaninem.
Znowu na służbie
– Dream Valley to nie mój teren – chyba już po raz dwudziesty powtórzył szeryf Ned O’Leary. – Niech się pan zwróci do szeryfa federalnego w Crooktown.
– Nie ma na to czasu – po raz dwudziesty pierwszy powiedział Fandorin. – Trzeba ratować dziewczynę.
Melvin Scott siedział na parapecie i pociągał z butelki. Nie brał udziału w rozmowie – po prostu przyprowadził Erasta Pietrowicza do splitstońskiego stróża porządku i najwyraźniej uznał swoją misję za zakończoną.
– Tyle że szeryf federalny też nie będzie tym sobie zawracać głowy. – O’Leary zapatrzył się w zadumie na brzęczącą muchę. – Przecież nikogo nie zabito. Wielka mi rzecz, porwali babę. Może chcą się z nią ożenić.
„Pink” uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. Szeryf z wyraźną zawiścią popatrzył na butelkę w jego ręku.
– I w ogóle, panowie, już wieczór, skończyłem urzędowanie. Idę do saloonu na kolację.
O’Leary podniósł się z godnością.
– Po prostu się boisz, stary szelmo – powiedział Scott, zatykając butelkę. – Ale skoro sam nie chcesz nadstawiać karku, może pozwolisz to zrobić innym?
Szeryf wcale się nie obraził. Wręcz przeciwnie – rozpromienił się i usiadł.
– Ależ proszę bardzo. – Wysunął szufladę i położył na stole dwie blaszane gwiazdy. – Dalej, podnieście obaj prawą rękę i powtarzajcie za mną: „Przysięgam przestrzegać praw federalnych i praw stanu Wyoming. Przysięgam nie nadużywać powierzonych mi uprawnień. Przysięgam…”.
– Zamknij się – przerwał mu „pink”, podsuwając obie gwiazdy Fandorinowi. – I możesz iść do diabła.
O’Leary chwycił kapelusz i wyskoczył za drzwi.
– Co to z-znaczy?
Erast Pietrowicz wziął jedną gwiazdę, obejrzał. Widniał na niej napis „Deputy Marshal” [43].
– Szeryf ma prawo zaprzysiąc dowolną liczbę zastępców. A ci z kolei mogą zebrać possi.
– Co zebrać? – nie zrozumiał Fandorin.
– Possi. No, oddział dobrowolnych obrońców prawa.
To pieszczotliwe określenie pochodzi zapewne od łacińskiego posse comitatus [44], pomyślał Erast Pietrowicz. Scott splunął w ślad za szeryfem.
– Nic więcej i tak byśmy od Neda nie wydębili. Tylko że pożytku z tego niewiele.
– Dlaczego?
– Nikt z tobą nie pójdzie. Jesteś tu obcy.
Wyszli na ulicę, zostawiając drzwi biura otwarte. Tak czy owak nie było tam co ukraść.
– A z t-tobą?
– Ze mną pewnie by poszli. Gdybym im obiecał dobrą zapłatę i po flaszce na dodatek. Ale ja nie mogę być zastępcą szeryfa. Po pierwsze, agentom Pinkertona tego nie wolno. A po drugie, już ci mówiłem: nie będę się pchać pod kule. We dwójkę przeciwko całej bandzie? Za żadne pieniądze!
Tyle czasu zmarnowałem, pomyślał Fandorin. Najpierw na powrót z doliny, potem na przekonywanie szeryfa. Za jakieś dwie godziny będzie już ciemno.
– Nie we dwójkę. To raz. Nie będziesz musiał pchać się pod kule. To dwa. A zapłata będzie p-potrójna. To trzy. No już, jedźmy!
Scott przyglądał mu się zaciekawiony.
– Widzę, że role się zmieniły. Szefem znowu jesteś ty. Cóż, twoje „raz, dwa, trzy” brzmi nieźle. Ale wydaje mi się, że dziś już jest za późno.
– Nie szkodzi, obsadzić wyjście z wąwozu można i przy księżycu.
Zamiast odpowiedzieć, Melvin wyjął swój długolufy rewolwer, wycelował w górę, wystrzelił. Dzwon się nie odezwał.
– Mówię, że za późno. Pojedziemy jutro rano, jak się wyśpię.
Fandorinowi z rozdrażnienia drgnął kącik ust, ale nic nie mógł zrobić. Był zależny od tego człowieka.
– O k-której?
– Nie mam zegarka.
– A to co? – Erast Pietrowicz pokazał na złotą dewizkę, zwisającą z kieszeni kamizelki „pinka”.
Scott odrzekł smutnie:
– Nazbierałem na dewizkę, ale na zegarek na razie nie. O wschodzie słońca spotkamy się przy skrajnym domu.
Ziewnął, pomachał na pożegnanie ręką i powłócząc nogami, ruszył w stronę swojego sklepu.
Portier na widok Fandorina powtórzył te same słowa, co poprzednio:
– Ma pan list kulfonami od pańskiego Chińczyka.
– To Japończyk – odrzekł odruchowo Erast Pietrowicz, rozwijając kartkę.
Tym razem wiadomość była bardzo krótka.
„Przenieśliśmy się do sakaya”.
Sakaya, czyli miejsce, gdzie podaje się sake. Zapewne chodzi o saloon.
Niegdyś białe ubranie, zakurzone i brudne, zwłaszcza po przygodzie na skraju przepaści, zrobiło się nie do użytku. Erast Pietrowicz musiał się przebrać w czarne.
Poprzedniej nocy nie zmrużył oka, przez cały dzień nie miał nic w ustach. Na razie nie wiedział, czy uda mu się przespać, ale czemu by czegoś nie przekąsić?
Umył się, ogolił i przeszedł przez ulicę pod Głowę Indianina.
Było tam tłoczno i hałaśliwie, przy szynkwasie rechotali i klęli kowboje, ale na Erasta Pietrowicza patrzyli bez wrogości – nie stał się dla nich swoim, lecz przestał być obcy.
Właściciel, widząc u pasa gościa nowiuteńką kaburę, powiedział z aprobatą:
– „Russian”? A, to co innego. Od razu widać, że poważny z pana człowiek. Co podać?
Jedynym, co nie budziło podejrzeń w wyświechtanym menu, były jajka. Erast Pietrowicz zamówił pół tuzina surowych jaj (najlepszy środek na odbudowanie sił), chleb i kubek herbaty.
– Daleko panu do pańskiego Chińczyka. – Właściciel z szacunkiem wskazał na Masę, który siedział w najdalszym kącie, udając śpiącego – to znaczy odchylił się na oparcie krzesła i nasunął kapelusz na oczy. – Zeżarł dwa steki, pęto pieczonej kiełbasy i z dziesięć obarzanków. Teraz kima.
– To Japończyk – rzekł Fandorin, przysiadając się do swego kamerdynera.
Washington Reed też tu był, dwa stoliki dalej. Grał w kości z jakimś kowbojem. Przed Murzynem leżały na stole trzy żałosne monetki, przed jego partnerem – stos srebra i banknotów.
– Przestań ch-chrapać. Z twoją fizjonomią i apetytem konspiracja jest wykluczona.
Masa wyprostował się.
– Pozwól sobie zameldować, panie. Czarny człowiek spał w szopie do godziny trzeciej. Potem od razu przyszedł tutaj. Najpierw miał dużo pieniędzy. Potem wcale. Potem trochę wygrał. Teraz znów przegrywa.