Выбрать главу

Po dziesięciu minutach siostra Alma powróciła w towarzystwie wysokiego, przystojnego mężczyzny w białym fartuchu. Miał on sokole rysy, gęstą rudawą i siwiejącą brodę oraz porządnie utrzymane wąsy. Peake’owi kogoś przypominał, ale agent nie wiedział kogo. Alma Dunn przedstawiła go jako doktora Hansa Werfella, naczelnego lekarza na nocnej zmianie.

Doktor Werfell spojrzał na zabłocone buty Peake’a, następnie na jego pogniecione nogawki spodni, i rzekł:

– Panna Kiel nie znajduje się w stanie krytycznym i myślę, że jeszcze dziś lub jutro będzie mogła opuścić szpital. Niemniej jednak ma za sobą ciężkie przeżycie psychiczne i uważam, że należy jej pozwolić, by doszła do siebie. Właśnie w tej chwili śpi i proszę jej nie przeszkadzać.

Nie patrz tak na moje buty, cholera! – pomyślał Peake, na głos zaś powiedział:

– Rozumiem pańską troskę o pacjentkę, doktorze, ale to sprawa wagi państwowej.

Werfell oderwał wreszcie wzrok od obuwia agenta i marszcząc brwi, odezwał się:

– Co szesnastoletnia dziewczyna może mieć wspólnego ze sprawami bezpieczeństwa państwowego?

– Ponad wszelką wątpliwość może – odparł Peake, starając się swej dziecinnej twarzy nadać wyraz stanowczości, który przekonałby Werfella o powadze sytuacji i zachęcił go do współpracy.

– Nie ma mowy, żeby ją obudzić – mimo to odmówił lekarz. – Jest pod wpływem środków nasennych i nie mogłaby udzielić panu rzetelnych informacji.

– Czy nie może pan podać jej czegoś, co wywołałoby kontrreakcję?

Marszcząc brwi, Werfell wyraził swoją dezaprobatę.

– Panie Peake, to jest szpital. Mamy pomagać ludziom w powrocie do zdrowia. A panna Kiel nie wróciłaby do zdrowia, gdybyśmy nafaszerowali ją lekami tylko po to, żeby wywołać kontrreakcję na inne leki i zadowolić niecierpliwego agenta federalnego.

Peake poczuł, że się rumieni.

– Nie namawiam pana, by łamał pan zasady etyki lekarskiej…

– Dobrze. – Patrycjuszowska twarz i maniery lekarza nie zachęcały do dyskutowania z nim. – W takim razie proszę poczekać, aż dziewczyna sama się obudzi.

Sfrustrowany i wciąż nie wiedzący, kogo przypomina mu doktor Werfell, Peake zaoponował:

– Ale ja myślę, że ona mogłaby nam powiedzieć, gdzie możemy znaleźć kogoś, kogo musimy znaleźć jak najszybciej.

– No cóż, jestem pewien, że pacjentka, gdy już obudzi się i będzie wypoczęta, odpowie na wszystkie pytania.

– A kiedy to nastąpi, doktorze?

– Hmm… za cztery godziny, może później…

– Co? Dlaczego tak długo…?

– Lekarz z nocnej zmiany zaaplikował jej lekki środek nasenny, ale to było dla niej za mało. Gdy odmówił podania czegoś mocniejszego, wzięła to, co miała.

– To, co miała?

– Tak, poniewczasie zorientowaliśmy się, że dziewczyna trzymała w torebce kilka tabletek benzedryny zawierającej amfetaminę.

– Bennies, uppers? [5]

– Tak. Zapakowane w woreczek foliowy. W drugim zaś woreczku miała środki uspokajające oraz nasenne. Dużo silniejsze od naszych, a więc na pewno zasnęła teraz bardzo głęboko. Oczywiście, skonfiskowaliśmy to, co jej zostało.

– Poczekam w jej pokoju – rzekł Peake.

– Nie – sprzeciwił się Werfell.

– No to na korytarzu.

– Obawiam się, że nie.

– A więc poczekam tu.

– Tu będzie pan przeszkadzał – oznajmił Werfell. – Zaczeka pan w pokoju dla odwiedzających, a my pana powiadomimy, kiedy pacjentka się obudzi.

– Poczekam tu – nalegał Peake, próbując nadać swej twarzy wygląd najbardziej srogi, nieustępliwy i poważny, na jaki było go stać.

– W pokoju dla odwiedzających – powtórzył rozeźlony Werfell. – I jeśli nie uda się pan tam natychmiast, poproszę naszych strażników, żeby zaprowadzili pana siłą.

Peake zawahał się. Żałował, że nie potrafi być bardziej agresywny.

– W porządku, ale ma mnie pan zawiadomić o tym, że się obudziła, natychmiast!

Zdenerwowany agent odwrócił się od lekarza i ruszył korytarzem w poszukiwaniu pokoju dla odwiedzających. Był zbyt zmieszany, by spytać, gdzie to jest. Odwrócił się i zobaczył, że doktor Werfell oddał się już całkowicie rozmowie z innym lekarzem. Dopiero wtedy uzmysłowił sobie, dlaczego twarz Werfella wydała mu się znajoma. Doktor był sobowtórem Dashiella Hammetta, groźnego detektywa z agencji Pinkertona i autora powieści kryminalnych, dobrze znanych takiemu fanatycznemu ich czytelnikowi jak Peake. No, to dlatego lekarz wydawał się uosobieniem autorytetu. O kurczę! Dashiell Hammett! Peake poczuł się dużo lepiej, gdy okazało się, przed kim to musiał ustąpić.

Rachael i Benny spali następne dwie godziny, po czym obudzili się prawie w tym samym czasie i znów zaczęli się kochać. Jej było tym razem jeszcze lepiej niż poprzednio. Kochanek poruszał się wolniej, namiętniej i w wyjątkowo dopasowanym do niej rytmie. Rachael miała mocne, giętkie ciało, które naprężone, czerpało wielką intensywną przyjemność z własnej wspaniałej formy fizycznej. Każde drgnięcie mięśnia, najmniejszy ich ruch dostarczały jej wyrafinowanej satysfakcji, płynącej nie tylko z faktu fizycznego złączenia z ciałem mężczyzny, ale także ze świadomości sprawnego funkcjonowania całego organizmu – mięśni, ścięgien, kości… Tylko to czyniło, że czuła się młoda i zdrowa, czuła, że żyje.

Miała szczególny dar wykorzystywania każdej chwili. Tak więc zaczęła wędrować dłońmi po ciele Bena, podziwiając jego smukłość, twardość mięśni na barkach, plecach i ramionach, jedwabistą delikatność skóry. Sławiła kołyszący ruch bioder mężczyzny uderzających o jej biodra, ocierających o siebie ud, chłonęła żar dotykających ją rąk, palącego gorąca ust całujących jej policzki, wargi, szyję, piersi.

Nie miała mężczyzny od prawie piętnastu miesięcy. I jeszcze nigdy w życiu nie kochała się tak jak teraz, jeszcze nigdy w życiu nie było jej tak dobrze, błogo i radośnie. Nigdy nie czuła się równie bezpieczna. Miała wrażenie, jakby do tej pory jedynie na wpół żyła, teraz zaś nadeszła godzina jej wskrzeszenia.

Gdy wygasła namiętność, przez chwilę leżeli w swych ramionach spokojnie, nie odzywając się, ale powoli delikatne światło kochania ustępowało miejsca dziwnemu niepokojowi. Zrazu Rachael nie wiedziała, co to jest, ale wkrótce rozpoznała ten szczególny, irracjonalny i najwyraźniej instynktowny lęk przed zakopaniem żywcem. Jej nagie ciało ogarnął jakiś chłód, a po plecach przeszły ciarki.

Spojrzała na Bena, który uśmiechał się lekko, i przez chwilę – wpatrując się w jego kochaną twarz, w jego oczy – doznała dziwnego, niepokojącego uczucia, że go straci.

Próbowała tłumaczyć sobie, że ta nagła obawa to naturalna reakcja trzydziestoletniej kobiety, która ma za sobą nieudane małżeństwo i nagle spotyka dzięki cudownemu zrządzeniu losu mężczyznę swych marzeń. Można to nazwać syndromem: „nie zasługuję na takie szczęście”. Kiedy życie wręcza nam wreszcie bukiet pięknych kwiatów, zwykle patrzymy podejrzliwie, czy między płatkami nie ukryła się osa. Przesąd wynikający głównie z niewiary w szczęście leżał chyba u podstaw natury ludzkiej, toteż nie było w tym nic dziwnego, że Rachael bała się stracić ukochanego.

Tak właśnie próbowała to sobie tłumaczyć. Wiedziała jednak, że ten nagły przestrach to coś więcej niż tylko zabobon, że to coś znacznie bardziej mrocznego. Ciarki na jej plecach przeniknęły aż do kręgów, zamieniając je w kostki lodu, chłód, który najpierw czuła na skórze, dotarł w głąb aż do kości.

Odwróciła się od Bena i wyrzuciła nogi poza krawędź łóżka, po czym wstała, naga i drżąca.

вернуться

[5] Bennies, uppers – slangowa nazwa środków zawierających amfetaminę (przyp. tlum.).