Sharp wykorzystał ten jej słaby punkt. W czasie dyskretnej rozmowy z pielęgniarką, przeprowadzonej w dyżurce i jedynie w obecności Peake’a, agent delikatnie zasugerował, że może wznowić w jej sprawie dochodzenie, tym razem na szczeblu federalnym. W ten sposób nie tylko uzyskał zgodę na współpracę, lecz także wywołał u kobiety potok łez. Na taki wyczyn Peake nie pozwoliłby sobie nigdy, chociażby z racji podobieństwa siostry Almy do nieustraszonej panny Jane Marple z powieści Agathy Christie.
Z początku wyglądało na to, że doktora Werfella będzie trudniej złamać. Kartotekę miał absolutnie czystą. Był w środowisku lekarskim bardzo szanowany, otrzymał nawet kiedyś nagrodę „Lekarz Roku”, przyznawaną przez AMA [6], sześć godzin tygodniowo pracował społecznie w bezpłatnej klinice dla inwalidów i zdawał się świętym pod każdym względem. Pod każdym… z wyjątkiem jednego. Otóż przed pięciu laty został oskarżony o oszustwo podatkowe. Jego wina wynikała wprawdzie z przeoczenia, a nie ze świadomego działania (Werfell nie przestrzegał ściśle ustalonych przez IRS [7] zasad księgowania dochodu), jednakże nieznajomość prawa nie stanowi czynnika łagodzącego. Lekarz przegrał sprawę przed sądem.
Nie minęło zatem pięć minut, a Werfell – przyparty do muru w sali, w której akurat nie było pacjentów – prawie czołgał się przed Sharpem na kolanach. Agent i jemu zagroził po prostu wznowieniem śledztwa przez IRS. Wprawdzie lekarz był pewny, że tym razem jego dokumenty są w porządku i nie można mu nic zarzucić, wiedział jednak, że obrona kosztowałaby go dużo czasu i pieniędzy, a poza tym ucierpiałaby na tym jego reputacja nawet w razie oczyszczenia z zarzutów. Kilkakrotnie spozierał na Peake’a, szukając u niego odruchów sympatii, bo zdawał sobie sprawę, że nie może na nią liczyć ze strony Sharpa. Peake jednak bardzo starał się naśladować szefa w jego kamiennej i niewzruszonej postawie wobec ludzi.
Werfell był człowiekiem inteligentnym i szybko pojął, że najlepszym wyjściem jest spełnić życzenia Sharpa. Wolał uniknąć koszmaru powtórnej kontroli podatkowej nawet za cenę złamania swych zasad. Zgodził się więc obudzić Sarah Kiel.
– Nie ma sensu winić się, doktorze, ani nie spać po nocach z powodu jakiejś tam, do niczego nie prowadzącej, etyki zawodowej – pocieszył go Sharp i poklepał lekarza swym potężnym łapskiem po ramieniu. Nagle, gdy Werfell już się złamał, stał się dla niego przyjacielski i czuły. – Dobro naszego kraju przede wszystkim. Nikt nie powinien podawać tego w wątpliwość, a tym bardziej oskarżać pana o niewłaściwe działanie.
Doktor Werfell nie cofnął się przed dotykiem Sharpa, ale nie wyglądał na zadowolonego. Nie zmienił wyrazu twarzy, nawet gdy przeniósł wzrok na Jerry’ego Peake’a.
Peake uśmiechnął się krzywo.
Lekarz wyprowadził obu mężczyzn z pustej sali na korytarz. Minęli dyżurkę, gdzie siedziała Alma Dunn, zerkając na nich bojaźliwie, choć starała się to ukryć, i weszli do izolatki. Spała tam po zażyciu silnych środków Sarah Kiel. Peake zauważył, że Werfell, który wcześniej przypominał mu swą majestatyczną postawą Dashiella Hammetta, teraz jakby skurczył się i zmalał. Twarz poszarzała mu, wyglądał starzej niż jeszcze przed kilkunastoma minutami.
Choć Peake podziwiał Ansona Sharpa za umiejętność wydawania rozkazów i żelazną konsekwencję w egzekwowaniu ich wykonania, nie bardzo wiedział, jak przenieść metody szefa na pole swojej własnej działalności. Chciał przecież nie tylko odnosić sukcesy jako agent, ale także stać się legendą. Legendą zaś stać się można tylko grając fair, a mimo to należycie egzekwując wykonanie poleceń. Zła sława to nie to samo co legenda i w gruncie rzeczy jedno wyklucza drugie. Przynajmniej tyle nauczył się po przeczytaniu pięciu tysięcy powieści kryminalnych.
W pokoju Sarah Kiel panowały cisza – jeśli pominąć jej głośny i nieco chrapliwy oddech – oraz półmrok. Pewną widoczność zapewniały jednak stojąca przy łóżku lampka, a także cienkie smugi ostrego pustynnego światła, przedzierające się przez szpary między zaciągniętymi na oknie ciężkimi zasłonami.
Trzej mężczyźni stanęli przy łóżku – doktor Werfell i Sharp z jednej, Peake zaś z drugiej strony.
– Sarah – rzekł spokojnie Werfell. – Sarah?
Nie odpowiadała, więc lekarz powtórzył jej imię i lekko potrząsnął za ramię.
Dziewczyna sapnęła, mruknęła, ale nie obudziła się. Werfell podniósł jej powiekę, obejrzał źrenicę, po czym ujął za nadgarstek i zmierzył puls.
– Nie obudzi się sama przez… prawdopodobnie godzinę.
– To zrób pan coś, żeby ją obudzić natychmiast! – syknął zniecierpliwiony Sharp. – Już o tym rozmawialiśmy!
– Dam jej zastrzyk na przeciwreakcję – rzekł Werfell, zmierzając w stronę zamkniętych drzwi.
– Niech pan tu zostanie – powiedział Sharp i wskazał palcem przycisk na kawałku kabla zwisającego przy jednej z barierek łóżka. – Od tego ma pan pielęgniarki.
– To będzie działanie niezgodne z etyką lekarską – oznajmił Werfell. – Nie chcę więc wciągać w to żadnej z sióstr.
Wyszedł, a drzwi zamknęły się za nim z cichym westchnieniem.
Sharp spojrzał na śpiącą dziewczynę i powiedział:
– Ale laska!
Peake zamrugał oczami ze zdziwienia.
– Niezła! – dodał Sharp, nie odrywając od niej wzroku.
Peake spojrzał na nieprzytomną nastolatkę i starał się dojrzeć w niej „niezłą laskę”, ale nie było to proste. Jej blond włosy – potargane i tłuste, gdyż w narkotycznym śnie pociła się obficie – poprzylepiały się nieestetycznie mokrymi strąkami do czoła, policzków i szyi. Prawe oko miała podbite i spuchnięte, a na twarzy widniały liczne rany i skaleczenia, z zaschniętymi smugami krwi i strupami. Prawy policzek szpecił olbrzymi siniak, ciągnący się od podbitego oka aż po szczękę. Górna warga była pęknięta i nabrzmiała. Dziewczynę przykryto prawie po szyję, wystawała tylko prawa ręka, która musiała być odsłonięta, gdyż złamany palec był usztywniony, a dwa paznokcie miała wyrwane. Jej dłoń przypominała bardziej długie ptasie szpony niż ludzką kiść.
– Gdy wprowadziła się do Lebena, miała piętnaście lat – powiedział cicho Sharp. – Teraz nie może mieć więcej niż szesnaście.
Jerry Peake skierował swą uwagę na szefa i przyglądał mu się tak uważnie, jak Anson Sharp patrzył na Sarah Kiel. Nagle intuicja podpowiedziała mu coś, co o mało nie zwaliło go z nóg: Anson Sharp, zastępca dyrektora DSA, był pedofilem sadystą!
W jego zielonych oczach o drapieżnym wyrazie dostrzegł perwersyjną żądzę. Zrozumiał, że Sarah Kiel wydała się Sharpowi „niezłą laską” nie dlatego, że akurat wyglądała tak korzystnie, lecz dlatego, że miała szesnaście lat i była ciężko poturbowana. Szef przeniósł swe pełne czułości i entuzjazmu spojrzenie z podbitego oka dziewczyny na jej spuchnięty policzek. Widok ten działał na niego zapewne równie podniecająco jak kobiece piersi i pośladki na normalnego mężczyznę. Tak, to był trzymający się w cuglach sadysta, zboczeniec, który swe chore żądze skierował na tory powszechnie szanowanej działalności i dawał upust rozpierającej go energii, realizując ambicje zawodowe. To dzięki temu tak szybko znalazł się prawie na samym szczycie w DSA. Ale nie zmieniało to prawdy, że Anson Sharp był sadystą i pedofilem.