Z ciemności nie wyłonił się ryczący przeraźliwie Eric.
Teraz Benny zbliżył się do progu, kropelki potu błyszczały mu na czole. Na ścianie koło schodów znalazł wyłącznik światła i zapalił je.
Również Rachael spływała potem, ale – podobnie jak w wypadku Bena – nie był to skutek letniego żaru. Jej zejście do pozbawionej okien piwnicy było ryzykowne. Istniało bowiem prawdopodobieństwo, że Eric kryje się gdzieś na zewnątrz i obserwuje dom. Widząc, że Rachael wraz ze swym przyjacielem schodzi do piwnicy, mógłby szybko wrócić do domu i zaatakować ich z góry w chwili, kiedy znajdowaliby się bezbronni na schodach. Tak więc Rachael została na progu, skąd miała widok na schody prowadzące w dół, na całą kuchnię, przejście do salonu oraz na otwarte drzwi wiodące na tylną werandę.
Benny zszedł po drewnianych stopniach najciszej, jak to było możliwe, choć nie sposób było uniknąć pewnych skrzypnięć i szumieć. Następnie zawahał się, w którą ruszyć stronę. Po chwili skierował się w lewo i zniknął Rachael z oczu. Przez jakiś czas kobieta widziała jeszcze na piwnicznej ścianie jego cień, duży i nieregularny, ale w miarę jak Ben się oddalał, cień malał i wreszcie odszedł za swym panem.
Rachael spojrzała w stronę salonu. Był pusty i panowała w nim cisza.
Odwróciła głowę w drugą stronę. Na moskitierze przysiadł olbrzymi żółty motyl i powoli wachlował skrzydłami.
Z dołu dobiegł jakiś hałas; nic poważnego – najprawdopodobniej Ben wpadł na coś.
Rachael spojrzała w głąb schodów wiodących do piwnicy. Nie dostrzegła jednak ani Bena, ani jego cienia.
Znów zerknęła na przejście do salonu. Spokój i cisza.
Drzwi na werandę. Tylko motyl.
I znów jakiś hałas z piwnicy, ale już mniejszy.
– Benny? – odezwała się cicho.
Nie odpowiedział. Zapewne nie słyszał jej. Powtórzyła jego imię prawie szeptem. Przejście do salonu, drzwi na werandę… Schody do piwnicy – ani śladu Bena.
– Benny – powtórzyła i zaraz potem ujrzała jakiś cień. Serce zabiło jej mocniej, gdyż cień wydał się bardzo dziwny, ale po chwili pojawił się również Ben we własnej osobie. Gdy zaczął iść po schodach, odetchnęła z ulgą.
– Nic tam nie znalazłem oprócz otwartego sejfu, ukrytego w ścianie za piecem do podgrzewania wody – powiedział, gdy był już w kuchni. – Sejf jest pusty, możliwe więc, że trzymał w nim akta, które teraz leżą porozrzucane po całym salonie.
Rachael chciała opuścić rewolwer, rzucić mu się na szyję, uściskać i wycałować po twarzy tylko dlatego, że wrócił cało z piwnicy. Chciała, by wiedział, jak bardzo jest szczęśliwa, że znów z nim jest, ale najpierw należało jeszcze sprawdzić garaż.
Porozumiewając się więc z Benem bez słów, usunęła krzesło spod ostatnich drzwi i otworzyła je. Przyjaciel i tym razem ją osłaniał, trzymając gotową do strzału dubeltówkę. W garażu również nie było Erica.
Stojąc w progu, Benny wymacał na ścianie wyłącznik światła, przekręcił go, ale żarówka była tak słaba, że nawet w połączeniu z sączącymi się przez okienko promieniami słońca nie zdołała wystarczająco oświetlić garażu; wciąż pozostawał on w półmroku. Z kolei Benny uruchomił mechanizm podnoszenia drzwi wjazdowych. Zwinęły się do góry z chrzęstem, trzaskiem i turkotem i do pomieszczenia wlało się jasne, żółte światło.
– Już lepiej – powiedział Ben i wszedł do środka.
Rachael podążyła za nim i zobaczyła czarnego mercedesa 560 SEL, jeszcze jeden dowód, że Eric tu był.
Podnoszące się drzwi wznieciły tuman kurzu, który opadał powoli, podświetlany z zewnątrz przez snop promieni słonecznych. Przebudzone pająki ruszyły po krokwiach i zaczęły tkać swe nowe sieci.
Rachael i Ben ostrożnie obeszli samochód, zaglądając do wnętrza (w stacyjce zostawiono kluczyki) i nawet pod spód. Ale Erica nigdzie nie było.
Całą długość tylnej ściany garażu zajmował świetnie wyposażony warsztat. Nad blatem stołu znajdował się stelaż z zaczepami na narzędzia, a każde z nich wisiało na swoim miejscu, zaznaczonym przez obrysowanie jego konturu. Dzięki temu Rachael mogła łatwo stwierdzić, że brakuje siekiery, ale nie zastanawiała się dłużej nad tym faktem, gdyż jej celem nie było przeprowadzenie inwentaryzacji, lecz znalezienie miejsca, gdzie mógłby się ukryć Eric. W garażu nie było miejsca na tyle obszernego, żeby mogło stanowić kryjówkę dla dorosłego mężczyzny. Kiedy więc Benny znów się odezwał, nie starał się nawet ściszyć głosu.
– Zaczynam się zastanawiać, czy nie odjechał już stąd.
– Ale to jest jego mercedes.
– To garaż na dwa samochody. Skąd wiesz, że nie trzymał tu przez cały czas drugiego auta – jeepa albo pickupa o napędzie na cztery koła, którym mógł czmychnąć po tych górskich drogach? Może wiedział, że istnieje prawdopodobieństwo, iż feds [9] dowiedzą się, co ze sobą zrobił, i będą chcieli dostać go w swoje łapy? Myślę, że wsiadł do jeepa czy jakiegoś innego pojazdu i zwiał.
Rachael patrzyła na czarnego mercedesa, który wyglądał jak wielka śpiąca bestia. Potem podniosła oczy na pajęczyny u krokwi. Wreszcie skierowała wzrok na skąpaną w słońcu piaszczystą drogę. Cisza tej górskiej reduty wydawała jej się mniej ponura niż zaraz po przybyciu. Oczywiście, daleko było temu miejscu do tego, by móc je nazwać spokojnym, pogodnym czy przyjaznym, ale na pewno stało się jakby mniej obce.
– Dokąd mógł pojechać? – spytała.
Benny wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Ale jeśli dokładnie przeszukam ten dom, to może natrafię na coś, co przybliży nam trop.
– Czy mamy dość czasu na poszukiwania? Kiedy wczoraj zostawialiśmy Sarah Kiel w szpitalu, nie wiedziałam jeszcze, że federalni idą tym samym śladem. Prosiłam ją, by nikomu nie mówiła o tym, co się stało, ani nie zdradziła tego miejsca. W najgorszym razie zakładałam, że zaczną węszyć i starać się coś od niej wydobyć wspólnicy Erica, ale na ich zakusy dziewczyna byłaby odporna. Nie sądzę jednak, żeby mogła zbyć byle czym agentów federalnych. A jeśli w dodatku uwierzy, że jesteśmy zdrajcami ojczyzny, to na pewno uzna za słuszne zameldować o istnieniu tego domu. Prędzej czy później oni tu będą.
– Zgadzam się z tobą – powiedział w zamyśleniu Benny, wpatrując się w mercedesa.
– A więc nie mamy czasu na zastanawianie się, dokąd pojechał Eric. W końcu na podłodze poniewierają się tu akta „Wildcard”. Musimy je pozbierać i ulotnić się. Te papiery wystarczą nam za dowód.
Benny potrząsnął głową.
– Posiadanie akt jest ważne, może nawet decydujące, ale nie jestem przekonany, że to wystarczy.
Rachael patrzyła na niego rozgorączkowana, trzymając lufę pistoletu skierowaną ku górze, aby przypadkowo wystrzelony nabój nie odbił się rykoszetem od betonowej podłogi lub ściany.
– Słuchaj, przecież tu mamy wszystko czarno na białym. Wystarczy, że podamy to do prasy…
– Po pierwsze – przerwał jej Benny – w tych aktach jest, jak mi się wydaje, dużo szczegółów technicznych: wyniki testów laboratoryjnych, jakieś wzory i żaden reporter tego nie pojmie. Musiałby zabrać je do porządnego genetyka, żeby przetłumaczył to wszystko na zrozumiały język.
– No i co?
– No i taki genetyk mógłby okazać się niekompetentny albo konserwatywny w podejściu do tego, co w genetyce jest możliwe, a co nie. W obu wypadkach zlekceważyłby więc sprawę i powiedział reporterowi, że wszystko to żart, mistyfikacja.