Выбрать главу

– Jestem komendantem i oficerem politycznym Plutonu Wysadzania Mostów. Chcę się widzieć z waszym dowódcą! – Jego wypowiedź zagłuszyła kolejna seria strzałów w powietrze.

Żołnierze plutonu gramolili się bezładnie z ziemi, wpadając na siebie nawzajem. Kawalerzyści puścili wodze i rozproszyli szyki z powodu panującego na ulicy zamieszania. Wierzchowce mieszanej rasy były niskie, ruchliwe i zwinne. Skacząc pomiędzy tymi, którzy nie zdążyli jeszcze się podnieść i tymi, co już wstali i przewrócili się znowu, przypominały stado sprytnych dzikich kocurów. Za pierwszym szeregiem posuwał się kolejny; ludzie na ulicy kręcili się bezładnie i wpadali na siebie, wydając przestraszone okrzyki, po czym, zrezygnowani, upodabniali się do roślin zakorzenionych w ziemi i niezdolnych do żadnego sensownego ruchu. Wszystkie konie przeszły ulicą, a ludzie wciąż nie rozumieli, co właściwie się wydarzyło. Nadszedł pluton mułów. Lśniące zwierzęta maszerowały w karnych szeregach, niosąc żołnierzy równie dumnych jak one same, z karabinami w dłoniach. Na przeciwległym końcu ulicy kawaleria zwarła szyki i ruszyła stępa z powrotem; otoczeni z dwóch stron ludzie skupili się pośrodku. Niektórzy próbowali się wymknąć zaułkami w bok, lecz zostali odcięci przez członków plutonu rowerowego, odzianych w czerwone cywilne ubrania, dosiadających maszyn marki Camel. Strzelali oni sprytnym uciekinierom pod nogi, wzbijając tumany kurzu, i gnali ich z powrotem w stronę głównej ulicy. W końcu wszyscy żołnierze Plutonu Wysadzania Mostów zostali spędzeni na krótki odcinek ulicy przed bramą Szczęśliwej Rezydencji. Dlaczego nie wpadli do środka i nie zorganizowali oporu, czyniąc z niej swoją twierdzę? Ponieważ szpiedzy Simy Ku już dawno wkradli się między żołnierzy i korzystając z zamieszania, zamknęli główną bramę, a przed nią i za nią zainstalowali miny.

Żołnierze na mułach na komendę pozsiadali ze swych wierzchowców i usunęli się na bok, robiąc przejście dla dowódców. Żołnierze Plutonu Wysadzania Mostów oraz stłoczeni wśród nich nieszczęśni cywile patrzyli w stronę szpaleru. Przeczuwałem, że ci, na których przybycie czekaliśmy, mają coś wspólnego z rodziną Shangguan.

Słońce już prawie zaszło za piaszczysty wał; widać było jedynie melancholijną różaną poświatę, otaczającą czubki drzew. Czerwono-złote wrony przelatywały nad strzechami lepianek ludzi spoza wioski. Kilka nietoperzy beztrosko popisywało się akrobacjami lotniczymi w wieczornym powietrzu. Zapadła cisza; ważne osobistości miały się pojawić już za chwilę.

„Zwycięstwo! Zwycięstwo!" – dwa potężne okrzyki wydarły się z ust kawalerzystów na koniach i mułach. W końcu nadjechali przywódcy. Przybyli z zachodu, dosiadając wielbłądów ozdobionych czerwonym jedwabiem.

Sima Ku miał na sobie oliwkowozielony mundur z wełny w najlepszym gatunku, na głowie przekrzywioną łódkowatą czapkę, zwaną przez nas „oślą czapką". Dwa medale wielkości końskich kopyt dźwięczały na jego piersi; był przepasany pasem pełnym srebrzyście lśniącej amunicji, u prawego biodra zwisał mu rewolwer. Wielbłąd wyciągnął długą szyję, wywinął lubieżne wargi, zastrzygł ostro zakończonymi psimi uszami i zamrugał oczyma; jego powieki porastały długie, gęste rzęsy. Postukując wielkimi, podkutymi, parzystymi kopytami, machając długim, cienkim ogonem, z napiętymi pośladkami maszerował szpalerem utworzonym przez pluton mułów, niczym okręt, którego dumnym kapitanem był Sima Ku. Sztywno wyprostowane nogi dowódcy w butach z najwyższej jakości cielęcej skóry wyglądały jak dwa kilofy. Sima Ku wypiął pierś, pochylił się nieznacznie do tyłu i podniósł dłoń w białej rękawiczce, by poprawić swoją „oślą czapkę". Jego miedzianej barwy pociągła twarz wyglądała na niezwykle twardą; czerwone znamiona na policzkach przypominały przemarznięte liście klonu. Oblicze to było jakby wyciosane z purpurowego drewna sandałowego, a następnie pokryte trzema warstwami oleju tungowego, chroniącego przed wilgocią i rozkładem. Kawalerzyści na koniach i mułach klepnęli dłońmi w kolby swoich karabinów i wznieśli chóralny okrzyk.

Zaraz za wielbłądem Simy Ku kroczyło zwierzę dźwigające jego żonę, Shangguan Zhaodi. Jej twarz ani trochę się nie zmieniła w ciągu tych kilku lat – była wciąż tak samo świeża i łagodna. Zhaodi miała na sobie białą pelerynę z lśniącego jedwabiu, pod spodem kurtkę z żółtą lamówką i luźne jedwabne czerwone spodnie, a na stopach delikatne brązowe pantofelki ze skóry. Na obu nadgarstkach lśniły szmaragdowozielone jadeitowe bransolety, a na wszystkich palcach z wyjątkiem kciuków – złote pierścionki. Z uszu zwieszały się dwie kiście zielonych winogron; później dowiedziałem się, że też były zrobione z jadeitu.

Nie powinienem zapominać o moich dwóch czcigodnych siostrzenicach. Ich wielbłąd stąpał tuż za wierzchowcem Zhaodi; dwa kosze uplecione z nawoskowanych gałęzi były połączone grubymi linami, przechodzącymi pomiędzy garbami zwierzęcia. Siedząca w lewym koszu dziewczynka ze świeżymi kwiatami we włosach miała na imię Sima Feng; w prawym koszu, również z kwiatami we włosach, siedziała Sima Huang [21].

Kolejną osobą, która pojawiła się w zasięgu mojego wzroku, był Amerykanin Babbitt. Nie potrafiłem stwierdzić, ile ma lat, podobnie, jak nie umiem ocenić wieku jaskółki, lecz sądząc po zielonkawych, żywych błyskach w jego kocich oczach był jeszcze młodzieńcem; przypominał kogucika, który dopiero co nauczył się wdrapywać na kurze grzbiety. Złote piórka na jego głowie wspaniale lśniły, a ciało kołysało się w rytm kroków wielbłąda, lecz bez względu na wychylenie pozostawało w identycznej wyprostowanej pozycji, niczym drewniana figurka przymocowana do pływaka i puszczona na rzekę. Ta niezwykła umiejętność zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Gdy dowiedziałem się później, że Babbitt był pilotem Amerykańskich Sił Powietrznych, domyśliłem się, że siedział na wielbłądzie tak samo jak w kokpicie samolotu. Babbitt nie przyjechał na wielbłądzie, lecz wylądował bombowcem typu Camel o zmierzchu na głównej ulicy wioski w Północno-Wschodnim Gaomi.

Sima Ting zamykał pochód. Mimo że należał do zwycięskiego rodu, zwieszał smętnie głowę, a jego zakurzony wierzchowiec kulał.

Lu Liren odzyskał wigor. Podszedł do wielbłąda Simy Ku i zasalutował dowódcy arogancko, wzbijając w powietrze tuman kurzu.

– Komendancie Sima – rzekł podniesionym głosem – witamy oddział szanownych gości w naszej kwaterze głównej, w tym szczególnie radosnym dla całego kraju dniu!

Sima Ku ze śmiechu zakołysał się w przód i w tył, o mało nie spadając z wielbłąda. Klepnął w porośnięty futrem garb i zwrócił się do żołnierzy na osłach oraz do otaczającego go tłumu:

– Słyszeliście te bzdety? Kwatera główna! Goście! Ty wsiowy wielbłądzie, to jest mój dom, własność mojej rodziny! Kiedy moja matka mnie rodziła, jej krew lała się na tę ulicę! Wy pluskwy, dosyć się opiliście krwi Północno-Wschodniego Gaomi, nadszedł czas, żebyście poszli sobie stąd w diabły! Spieprzajcie do swoich zajęczych nor i oddajcie mi mój dom!

Było to gorące przemówienie, pełne wyrazistych sformułowań, o dźwięcznej formie, a każdemu zdaniu towarzyszyło emfatyczne klepnięcie w wielbłądzi garb. Za każdym uderzeniem wielbłąd potrząsał łbem, żołnierze wznosili okrzyk, a twarz Lu Lirena przybierała jeszcze bledszy odcień. W końcu wielbłąd, zirytowany ostatecznie, poruszył się, wyszczerzył zęby i wystrzelił nozdrzami nieco paskudnej, cuchnącej lepkiej substancji prosto w poszarzałą twarz Lu Lirena.

– Protestuję! – wrzasnął z furią Lu Liren, ocierając twarz ze śluzu.

– Stanowczo protestuję, złożę na was skargę u najwyższych władz!

вернуться

21

Oba imiona w języku chińskim oznaczają feniksa.