Выбрать главу

– Lart i Est sprzysięgli się przeciw tobie, wzięli cię jak w kleszcze…

– Tak. Ale to jeszcze nie wszystko.

– Pokonali cię. Stałeś się rzeczą, meblem.

– Tak. Ale to ciągle nie wszystko.

– Źle z tobą…

Odwrócił się gniewnie.

– „Źle”?! Ja… – zaciął się. Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby i powiedział spokojnie: – Przestałem być magiem, Jaszczurko.

Stała w półmroku, nie mógł więc zobaczyć jej twarzy.

– Coś ty powiedział?

– To, co słyszałaś.

Powoli usiadła na ławie.

– Więc ty… jesteś… Jakże to? Kim teraz jesteś?

– Byłym czarownikiem – podkreślił ze złością. – Odtrąconym konkurentem. Niepotrzebną rzeczą, którą zniszczyli i wyrzucili precz. Wywalili i zapomnieli, doskonale się bez niej obchodząc!

Nie wytrzymała i głośno, żałośnie załkała. Marran uśmiechnął się krzywo.

– Nie rozpaczaj… Masz świetną okazję zaproponować mi opiekę.

Patrzyła na niego wstrząśnięta. Chciała coś powiedzieć, ale się na to nie zdobyła. Pochyliła się, wodząc machinalnie palcem po krawędzi spodeczka. Potem znowu wciągnęła powietrze… i wypuściła, nie mówiąc ani słowa. Płomyki świec zakołysały się.

Oderwał wzrok od obrusa.

– No dobrze, mów.

Przygryzła wargę i powiedziała, patrząc gdzieś w bok:

– Możesz na mnie krzyczeć, mówić, co chcesz… Zawsze mnie lubiłeś poniżać. Wytłumacz tylko! Wytłumacz, co zaszło między nami. To było jakby zaćmienie. Byłeś…

– Wybrańcem losu.

Kobieta spojrzała na niego bystro, aż zacisnął zęby.

– Śmiej się, śmiej… Najwyższy czas trochę się pośmiać. Światłości niebiańska, przecież Legiar wybaczył ci to, czego nie wybaczył nikomu na świecie! Pan Baltazar Est, ten mroczny cudak grał z tobą jak równy z równym! I oto, co z tego wyszło.

Zamilkła. Patrzył na nią z niekłamaną ciekawością.

– Mów dalej.

– Chciałabym zapytać, Raulu, za co cię tak… Tylko nie kłam.

Lekko się uśmiechnął.

– A jak myślisz?

– Myślę, że sam się doigrałeś. Wynosiłeś się ponad innych, pomiatałeś nimi… Są rzeczy, za które…

Jej twarz nagle zastygła strachem. Mruknęła, jakby się usprawiedliwiając:

– Przecież musiała być jakaś przyczyna…

Zapiał radośnie pierwszy poranny kogut. Ten krzyk nie przyniósł ulgi Raulowi, ale podpowiedział mu wyjście z sytuacji.

– Zaraz się rozwidni. Pójdę sobie.

– Dokąd?

– W daleką drogę. Nie obawiaj się, nie zamierzam korzystać z gościnności twojej rodziny.

– Trzeba było wcale nie przychodzić! – wybuchła.

– Niepotrzebnie przyszedłem…

– Niepotrzebnie!

Ruszył ku drzwiom i natknął się w półmroku na ciężki, rogaty wieszak. Odskoczył, jak odrzucony gigantyczną pięścią. Zachłysnął się, upadł na podłogę, zakrywając twarz dłońmi i zwijając się w skurczach.

Kobieta napełniła pospiesznie szklanicę ciemną cieczą, mamrotała zaklęcia, zaplatała dłońmi niewidzialne przędziwo…

Marran nie od razu doszedł do siebie. Długo patrzył w półotwarte drzwiczki piecyka, powtarzając: to ogień. Ogień.

– Raulu, ocknij się… Tamto się skończyło. Teraz znów jesteś żywy i będziesz żył.

Coś nieprzyjemnie zachrzęściło. Marran zgniótł szklankę w dłoni z resztkami napoju i spoglądał bezmyślnie jak białą serwetę znaczą ciemne krople krwi.

– Pan Legiar tak mnie lekceważy, że nawet nie raczył osobiście zdjąć zaklęcia. Posłał chłopaka…

Odpowiedziała zmęczonym westchnieniem. Odbierając z jego dłoni okruchy szkła, ostrożnie przejechała palcem po linii stłuczenia.

– Posłuchaj mnie, Raulu. Nigdy mnie nie słuchałeś, więc zrób to chociaż ten jeden raz. Nic nie wraca i niczego się nie da naprawić. Zapomnij o nich, a będziesz żył…

Odstawiła na stół znów całą szklankę.

Marran przyjrzał się swojej dłoni. Głębokie skaleczenie prędko się zabliźniało.

W sąsiedniej izbie zaskrzypiało łóżko. Kobieta nastawiła czujnie ucha, lecz dzieciak pokręcił się chwilę, po czym ucichł. Spojrzała pytająco na Marrana. Ich oczy się spotkały.

– Niczego się nie da naprawić – powtórzył z wysiłkiem. – Masz rację. Jaszczurce odrasta ogon wiele razy, kiedy jest to konieczne. Ale nie wszyscy tak potrafią…

– Raulu – powiedziała stanowczo – pomogę ci bez względu na wszystko.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Dziękuję. Wiedziałem, że znajdę nowego opiekuna… zamiast starych!

Uniosła się.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić!

– Zamień mnie w cokolwiek – zaproponował bez cienia ironii. – Zobaczysz, jakie to łatwe.

Wstał także.

Stali naprzeciwko siebie, musiała więc zadrzeć głowę, żeby patrzeć mu w oczy.

Wtedy ją objął.

Zadrżała, jak schwytana łania. Podniósł ją z ziemi tak, że ich twarze znalazły się naprzeciwko siebie. Poddała się.

– Żegnaj – powiedział Raul Ilmarranien, w skrócie Marran. – Żegnaj, Jaszczurko. Nie przyjmę twej ochrony, tak jak ty kiedyś nie przyjęłaś mojej.

I ostrożnie postawił ją na podłodze.

Znowu patrzyli sobie w oczy, ona zaś unosiła głowę wyżej, niż było trzeba, żeby łzy nie spływały po policzkach. Uśmiechnął się z przymusem. Stanęła na palcach i szybko pocałowała jego spierzchnięte wargi po to, żeby w ostatniej sekundzie go odepchnąć.

Za szybami pojaśniało. Kobieta o imieniu Jaszczurka podeszła do okna, odwracając się od Marrana.

– To koniec – oznajmiła głucho. – Teraz odejdź.

Świece się dopaliły. Na stole pozostała biała serweta zabrudzona plamkami krwi.

Kiedy dotarłem do przystani, słońce kryło się już za górą bezkształtnych złotych obłoków. Lart był widoczny z daleka. Odziany w czerń, jak przystało na podróżującego maga, przechadzał się po molo. Wiatr rozwiewał malowniczo jego długi płaszcz.

Pokornie ustawiłem kuferek podróżny u jego wysokich butów.

– No i? – zapytał smutnym głosem.

Zdałem relację, pomijając jednak końcowy epizod.

– To wszystko? – upewniał się Lart, śledząc wzrokiem nadpływającą szalupę.

Zebrałem się na odwagę.

– Masz pozdrowienia, panie, od niejakiego Marrana.

Łódka powoli zbliżała się do molo. Lart przygryzł wargę i nic nie powiedział. Zdobyłem się więc na bezczelność.

– Prosiłbym, jeśli to możliwe, o uwolnienie mnie w przyszłości od podobnych doświadczeń.

Odwrócił się bez słowa i poszedł w stronę kłaniających się nam marynarzy z szalupy. Usiedli i prosili byśmy zajęli wcześniej opłacone miejsca.

*

W podwójnej kajucie, podobno najlepszej na tej łajbie, a mimo wszystko zadziwiająco ciasnej i ciemnej, zacząłem rozpakowywać bagaż, słuchając dochodzącej z górnego pokładu przez półotwarte okienko rozmowy Larta z kapitanem. Uzgadniali kurs. Mego pana, jak zwykle, kusiły rafy i mielizny, szyper nieśmiało oponował. W końcu zadźwięczały monety, co oznaczało koniec rozmowy. Zaskrzypiały schodki, zajęczały drzwi kajuty i wnętrze wypełniło się mętną wieczorną poświatą, czyli Lartem. Zaczepiał o wszystko końcem szpady, klnąc pod nosem. Pomogłem mu zdjąć płaszcz. Z pokładu dobiegały pospieszne rozkazy, łoskot łańcucha kotwicy i hałas odpływającego statku.

Lart zwalił się na koję, nie zdejmując butów. Zacząłem zapalać świecę, w tym jednak momencie dno statku zakołysało się, a ja wraz z nim. Omal nie upadłem na mego pana. Mruknął coś niemiłego. Przeprosiłem.

Korab wszedł na kurs, mając żagle napełnione z łaski czarodzieja pomyślnym, lecz niemniej bardzo chłodnym wiatrem. Jego powiew przeniknął mnie do kości, kiedy poszedłem dowiedzieć się o kolację. Kiedy wróciłem, zastałem swego pana w tej samej pozie i takim samym stanie ducha.