Выбрать главу

— Przepraszam pana, ale to już jest czepianie się drobiazgów, panie inżynierze! — skrzywił się z rozdrażnieniem Azarow.

— Ale te drobiazgi wytworzyły nasz sąd o panu, innych danych nie było. Albo jeszcze taki drobiazg, że taka… taki… no, słowem, Chiłobok, dzięki pana pobłażliwości czy poparciu, jak pan woli, nadaje ton Instytutowi. Pewnie, przy Chiłoboku przewagę intelektualną można odczuwać nawet w łaźni!

Twarz Azarowa spurpurowiała; co innego, kiedy człowiek sam dochodzi do jakiegoś wniosku, a co innego, kiedy mówią o tym podwładni. Kriwoszein zrozumiał, że przesadził, i spuścił z tonu.

— Chciałbym, żeby mnie pan właściwie zrozumiał, panie profesorze. Bardzo chcielibyśmy, żeby pan uczestniczył w naszej pracy, dlatego właśnie, a nie po to, żeby pana obrażać, mówię wszystko, co myślę. Wielu rzeczy jeszcze nie rozumiemy: człowiek jest systemem złożonym, a maszyna, która go wytwarza, jest złożona jeszcze bardziej. Pracy starczy tu dla tysiąca pracowników. To jest właśnie nasze marzenie: wciągnąć do pracy mądrych, utalentowanych, wykształconych ludzi… Ale, widzi pan, w tej pracy nie wystarczy być tylko uczonym.

— Chciałbym mieć nadzieję, że jednak zaznajomi mnie pan bardziej szczegółowo z treścią pracy. — Azarow stopniowo opanowywał się odzyskując poczucie humoru i wyższości. — Być może jednak przydam się panu i jako pracownik naukowy, i jako człowiek.

— Oby tak było! Oczywiście, najprawdopodobniej zaznajomimy pana… nie ja sam decyduję, ale zaznajomimy. Pan jest nam potrzebny.

— Panie inżynierze — profesor wzruszył ramionami. — Przepraszam bardzo, ale czy pan przypadkiem nie ma zamiaru dyskutować sprawy dopuszczenia mnie do waszej pracy z pańskim praktykantem-laborantem?! O ile się orientuję, nikogo więcej w pracowni nie ma.

— Tak, z nim też… O Boże! — Kriwoszein ciężko westchnął. — Gotów pan jest uwierzyć, że maszyna może zrobić człowieka, ale dopuścić, że w pracy laborant może znaczyć więcej od pana, to jest już ponad pańskie siły! Nawiasem mówiąc, Faraday też był laborantem, ale czyim, tego już dzisiaj nikt nie pamięta… Musi pan się jednak przyzwyczaić do myśli, że jeśli przyjdzie pan do nas — a mam nadzieję, że pan przyjdzie! — wtedy skończy się to protekcjonalne „jesteśmy waszymi ojcami, a wy naszymi dziećmi”. Będziemy pracować i tyle. Nikt z nas nie jest geniuszem, ale też nie ma między nami Chiłoboków…

Spojrzał na Azarowa — i urwał wstrząśnięty: profesor uśmiechał się! Uśmiech był nie tak fotogeniczny jak dla fotoreporterów i nie tak inteligentny jak podczas obliczonej na aplauz repliki na Radzie Naukowej czy seminarium, ale prosty i szeroki. Wyglądało to niezbyt pięknie wskutek obfitości zmarszczek, które pojawiły się na twarzy Azarowa, ale bardzo sympatycznie.

— Niech pan posłucha — powiedział profesor — urządził mi pan taką łaźnię, że… no, głupstwo(1). Strasznie się cieszę, że pan żyje!

— Ja też — tylko tyle potrafił odpowiedzieć Kriwoszein.

— A co będzie z milicją?

— Myślę, że i ich uda mi się… no, jeśli nie uciszyć, to choćby uspokoić.

Kriwoszein pożegnał się i wyszedł. Azarow długo siedział bębniąc palcami po szklanym blacie biurka.

— No, tak… — powiedział.

I ani słowa więcej.

„O czym jeszcze trzeba pamiętać? — przypominał sobie Kriwoszein idąc ku przystankowi trolejbusowemu. — Aha, jeszcze tamto.”

„…30 maja. A jednak ciekawe byłoby obliczyć: jechałem ze swoją zwykłą szybkością spacerową — 60 kilometrów na godzinę. Ten idiota w zielonym „Moskwiczu” przejeżdżał szosę w poprzek, to znaczy jego szybkość w stosunku do drogi była równa zeru. A i szybkość własna „Moskwicza”, szczerze mówiąc, niewiele różniła się od zera. Jakby traktorem jechał… Kto takim osłom daje prawa jazdy? Jeżeli już przecinasz szosę z naruszeniem przepisów, zrób to przynajmniej szybko! A ten… to szarpnie do przodu na metr, to zahamuje. Kiedy zrozumiałem, że „Moskwicz” mnie nie przepuści, nie zdążyłem nawet nacisnąć na hamulce.

…Wiktor Krawiec, który pojechał na osiemnasty kilometr po resztki motocykla, dotychczas kręci głową.

— Miałeś szczęście, aż dziw! Gdybyś ciągnął siedemdziesiątką, to teraz ze szczątków „Jawy” budowałbym ci pomnik, a na tabliczce rejestracyjnej, połykając łzy, malował napis: „Tu leży Kriwoszein — inżynier i motocyklista”.

Tak, ale gdybym ciągnął siedemdziesiątką, to nie wpakowałbym się na niego!

Ciekawe, jak przypadkowe okoliczności ogniskują się w fatalnym wypadku. Gdybym nie zatrzymał się w lesie na papierosa i aby posłuchać kukułki („Kukułko, kukułko, ile będę żył?” — wykukała mi pięćdziesiąt lat), gdybym przejechał jeden czy drugi zakręt z trochę mniejszą czy trochę większą szybkością, minęlibyśmy się i kaady pomknąłby w swoją stronę. A tak na równej drodze, przy doskonałej widoczności władowałem się w jedyny samochód, jaki pojawił się na szosie!

Przelatując nad motocyklem, zdążyłem tylko pomyśleć; „Kukułko, kukułko, ile będę żył?”

Wstałem o własnych siłach. „Moskwicz” miał wgnieciony bok.

Przestraszony kierowca wycierał krew z nie ogolonej gęby — lecąc, wybiłem łokciem szybę. Dobrze mu tak, bałwanowi! Moja biedna „Jawa” leżała na asfalcie. Od razu stała się jakby krótsza. Latarnia, przednie koło, widelec, rama, zbiornik paliwa — wszystko to było rozbite, spłaszczone, zniekształcone.

…Zatem początkową prędkość 17 metrów na sekundę wytraciłem na odcinku mniejszym niż metr. Moje ciało doznało przy tym przeciążenia równego… 15 przyspieszeniom ziemskim! Ho, ho!

Nie, człowiek jest jednak doskonałym urządzeniem! Moje ciało w czasie krótszym od jednej dziesiątej sekundy zdążyło zwinąć się i ustawić tak, aby jak najdogodniej przyjąć uderzenie — na łokieć i ramię. A Walerka dowodził, że człowiek nie nadąża za współczesną techniką. To nie takie pewne! Przecież gdyby uszkodzenia, jakie odniósł motocykl, przełożyć na terminologię biologiczną, to ma on strzaskaną głowę, połamane kończyny przednie, klatkę piersiową i kręgosłup. Dobra była maszyna, sama się o szybkość prosiła…

Co prawda, moje prawe ramię i klatka piersiowa doznały znacznych przeciążeń. Trudno mi unieść prawą rękę. Pewnie trzasnęły żebra.

Tak więc wszystko zmierza ku jednemu. Teraz już płynny układ maszyny-matki ma co we mnie naprawiać i to ni” tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz ciała. Pod tym względem „Moskwicz” nawinął się w odpowiednim momencie. Zasłuży się nauce…”

Rozdział piąty

— Proszę wypisać przepustkę na wyniesienie zwłok.

— A gdzie zwłoki?

— Zaraz będą. (Strzela do siebie.)

— Masz babo placek! A kto je wyniesie?

Z legendy singapurskiej

Milicjant Hajewoj siedział w dyżurce i rozpływając się z czułości pisał list na urzędowym papierze. „Witaj, Walu! Pisze do Pani Aleksander Hajewoj. Nie wiem, czy pani mnie pamięta, czy nie całkiem, a ja nijak nie mogę zapomnieć, jak pani na mnie patrzyła koło estrady za pomocą swoich czarnych i pięknych oczu, a księżyc był wielki i koncentryczny. Droga Walu! Niech Pani przyjdzie jutro wieczorem do parku imienia tow. T. Szewczenko, ja dyżuruję tam do 24.00…” Wszedł Onisimow z brwiami surowo zmarszczonymi. Hajewoj zerwał się hałasując krzesłem i poczerwieniał.

вернуться

1

Czytelnik proszony jest, by nie zapominał, że czyta powieść fantastycznonaukową (przyp. aut.)