Выбрать главу

Chciała zawołać, sprawdzić, czy ktoś się odezwie. Ale powstrzymała się. Mogli wyjrzeć zaskoczeni jej krzykiem sąsiedzi, cali i zdrowi, zdumieni. Wyszłaby na idiotkę. Lekarka robiąca z siebie publicznie idiotkę w poniedziałek ma pustą poczekalnię we wtorek.

– …zostać tu po wieczne czasy – Lisa rozpływała się nad pięknem górskiej miejscowości.

– Nie czujesz się… zdenerwowana?

– A dlaczego?

– Przez tę ciszę.

– Uwielbiam taką ciszę. Ile w niej spokoju. Cisza była spokojna. Żadnych powodów do zdenerwowania. To dlaczego wszystkie nerwy skaczą mi jak zwariowane? – zasępiła się Jenny.

Otworzyła bagażnik i zaczęła wyjmować walizki siostry. Lisa sięgnęła po jedną i zamierzała wyjąć torbę z książkami.

– Żebyś się nie podźwigała – powiedziała Jenny. – Poza tym i tak trzeba będzie obrócić kilka razy.

Przecięły trawnik, doszły do wyłożonej kamieniami ścieżki biegnącej do frontowej werandy, gdzie malowane bursztynowo-purpurowym zachodem słońca otwierały się, rosnąc, kolejne cienie; kwiaty nocy.

Jenny uchyliła frontowe drzwi i weszła do ciemnego przedpokoju.

– Hildo, jesteśmy!

Jedyne światło w domu biło z głębi korytarza, zza otwartych kuchennych drzwi.

Jenny postawiła walizkę i zapaliła lampę w korytarzu.

– Hilda?

– Kto to jest Hilda? – spytała Lisa, składając bagaże na podłodze.

– Moja gosposia. Wie, o której powinnyśmy przyjechać. Spodziewałam się, że będzie właśnie przygotowywać kolację.

– Rany, masz gosposię! Na stałe?

– Mieszka w pokoju nad garażem. – Jenny odłożyła torebkę i klucze od samochodu na stoliczek stojący w przedpokoju pod dużym, oprawionym w mosiężne ramy lustrem.

Siostra zaimponowała Lisie.

– To jesteś dziana, co?

– Gdzie tam! – Jenny roześmiała się. – Ledwie mnie stać na Hildę. Ale też nie stać mnie na to, żeby bez niej funkcjonować.

Zastanawiając się, dlaczego pali się światło kuchenne, skoro Hildy nie ma w domu, Jenny szła korytarzykiem. Lisa krok w krok za nią.

– Jak mogłabym utrzymać stałe godziny przyjęć i odpowiadać na nagłe wezwania do trzech innych miejscowości w tych górach? Jadłabym tylko kanapki z serem i pączki gdyby nie Hilda.

– Dobrze gotuje?

– Wspaniale. A jeśli chodzi o desery, to zbyt wspaniale.

Kuchnia była wielkim pomieszczeniem z wysokim sufitem. Rondle, patelnie, olbrzymie łyżki i inne części ekwipunku kuchennego zwisały z błyszczącego wieszaka z nierdzewnej stali. Otaczał on wolno stojący blok kuchenny: cztery palniki, ruszt i ladę. Blaty były z ceramicznych płytek, szafki z ciemnego dębu. W głębi podwójny zlew, podwójny piekarnik, kuchenka mikrofalowa i lodówka.

Jenny prosto od drzwi podeszła do wbudowanego w ścianę stolika, przy którym Hilda planowała menu i układała listy zakupów. Jeśli zostawiła wiadomość, to tu. Ale nic nie było. Jenny właśnie odwracała się, kiedy usłyszała, jak Lisa głośno zaczerpnęła powietrza.

Dziewczyna obeszła blok kuchenny z drugiej strony. Stała teraz przy lodówce, wpatrując się w coś na podłodze przed zlewem. Twarz miała koloru mąki. Dygotała.

Zdjęta nagłym przerażeniem, Jenny szybko obeszła kuchenkę.

Hilda Beck leżała na plecach na podłodze. Martwa. Niewidzące oczy wlepiła w sufit. Odbarwiony język sztywno sterczał spomiędzy spuchniętych warg.

Lisa oderwała wzrok od nieżywej kobiety, spojrzała na Jenny. Otworzyła usta. Nie mogła wykrztusić słowa.

Jenny wzięła siostrę pod rękę, zaprowadziła na drugą stronę kuchenki, skąd nie było widać ciała. Objęła Lisę.

Dziewczyna oddała uścisk. Mocno. Gorączkowo.

– Czujesz się dobrze, skarbie?

Lisa nie odpowiedziała. Nie mogła opanować dygotu.

Zaledwie sześć tygodni temu, wróciwszy po południu z kina, Lisa znalazła matkę leżącą na podłodze w kuchni, w ich domu w Newport Beach. Umarła w wyniku rozległego wylewu krwi do mózgu. Dziewczyna była zmiażdżona. Nie znając ojca, który zmarł, kiedy miała dwa lata, Lisa była wyjątkowo związana z matką. Jakiś czas po tej stracie pozostawała w głębokim szoku, oszołomiona i zrozpaczona. Powoli pogodziła się ze śmiercią matki, na powrót nauczyła się śmiać i cieszyć życiem. Przez ostatnie kilka dni wyglądała jak dawniej. A teraz to.

Jenny podprowadziła siostrę do stolika, kazała usiąść, przyklękła obok. Wyjęła chusteczkę higieniczną z pudełka leżącego na stoliku, osuszyła jej mokre czoło. Ciało dziewczyny miało nie tylko kolor lodowatej bieli. Również w dotyku było lodowate.

– Jak mogę ci pomóc, siostrzyczko?

– Nic… nic mi nie będzie – powiedziała drżącym głosem Lisa. Trzymały się za ręce. Uścisk dziewczyny był niemal bolesny. Odezwała się w końcu.

– Pomyślałam… Kiedy ją zobaczyłam… tak na podłodze… pomyślałam… to wariactwo, ale tak pomyślałam… że to mamusia. – Łzy zalśniły jej w oczach. Zapanowała nad nimi. – Wie… wiem, że mamusia nie żyje. I ta kobieta w ogóle nie jest do niej podobna. Ale to się tak nagle stało… taki wstrząs… i rozwaliło mnie.

Dalej trzymały się za ręce i uścisk Lisy z wolna słabł.

– Jak, lepiej? – zapytała po chwili Jenny.

– No. Trochę.

– Chcesz się położyć?

– Nie.

Puściła rękę Jenny, żeby sięgnąć po chusteczkę. Wytarła nos. Spojrzała na kuchenkę, za którą spoczywało ciało.

– To jest Hilda?

– Tak.

– Współczuję ci.

Jenny ogromnie lubiła Hildę Beck. Serce ściskało się jej z bólu, ale w tej chwili najważniejsza była Lisa.

– Siostrzyczko, chyba najlepiej będzie, jak cię stąd zabierzemy. Jak myślisz, może zaczekasz w gabinecie? Ja przez ten czas zbadam ciało. Potem muszę zadzwonić po szeryfa i koronera okręgowego.

– Zostanę tutaj z tobą.

– Lepiej będzie, jak…

– Nie! – powiedziała Lisa. Znów dostała dreszczy. – Nie chcę być sama.

– W porządku – uspokoiła ją Jenny. – Posiedź tu.

– Och, Jeeezu – żałośnie westchnęła Lisa. – Jak ona wyglądała… cała spuchnięta… cała sina. I ten grymas… Otarła oczy wierzchem dłoni.

– Ale dlaczego jest cała taka czarna i opuchnięta?

– Cóż, musiała umrzeć przed kilku dniami. Ale słuchaj, przestań myśleć o takich rzeczach, które…

– Jeśli umarła kilka dni temu – Lisa mówiła łamiącym się głosem – to dlaczego tu nie śmierdzi? Przecież powinno?

Jenny zastanowiła się. Oczywiście, powinno cuchnąć, jeśli Hilda Beck była tak długo martwa, że sczerniała, a tkanki obrzmiały do tego stopnia. Powinno. Ale nie cuchnęło.

– Jenny, co jej się stało?

– Jeszcze nie wiem.

– Boję się.

– Nie bój się. Nie ma powodu.

– Ten jej wyraz twarzy. To okropne.

– Tak czy inaczej, musiała umrzeć szybko. Chyba na nic nie chorowała. Brak śladów przemocy. Nie powinna była cierpieć.

– Ale… wygląda na to, że umarła krzycząc.

3

Martwa kobieta

Jenny Paige nigdy nie zetknęła się z takim stanem zwłok. Nic, czego nauczyła się na studiach i podczas praktyki, nie mogło wyjaśnić przedziwnego wyglądu ciała Hildy Beck. Kucnęła obok trupa i przyglądała mu się ze smutkiem i obrzydzeniem – ale równocześnie z ogromną ciekawością i stale rosnącym zdumieniem.