Выбрать главу

– Bardzo złe, mości książę – rzekł dziwnym głosem młody oficer.

Nagła cisza zapanowała w zgromadzeniu, jakby je kto urzekł. Kielichy niesione do ust zawisły w połowie drogi, wszystkie oczy zwróciły się na Kuszla, na którego zmęczonej twarzy malowała się boleść.

– Lepiej byś tedy ich waść nie powiadał, gdym przy kielichu wesół – rzekł książę – ale gdyś już zaczął, to dokończ.

– Mości książę, wolałbym i ja nie być puszczykiem, bo mi ta wiadomość przez usta nie chce się przecisnąć.

– Co się stało? Mów!

– Bar[2097]... wzięty!

Tom II

Rozdział I

Pewnej pogodnej nocy na prawym brzegu Waładynki[2098] posuwał się w kierunku Dniestru orszak jeźdźców złożony z kilkunastu ludzi.

Szli bardzo wolno, prawie noga za nogą. Na samym przedzie, o kilkadziesiąt kroków przed innymi, jechało dwóch jakoby w przedniej straży, ale widocznie nie mieli żadnego do strażowania i czujności powodu, bo przez cały czas rozmawiali ze sobą, zamiast dawać baczenie na okolicę – i zatrzymując co chwila konie, oglądali się na resztę orszaku, a wówczas jeden z nich wołał:

– Pomału tam! pomału!

I orszak zwalniał jeszcze kroku, zaledwie posuwając się naprzód.

Na koniec wysunąwszy się zza wzgórza, które osłaniało go swym cieniem, orszak ów wszedł na przestwór oblany światłem księżyca i wtedy to można było zrozumieć ostrożność pochodu: oto w środku karawany idące obok siebie dwa konie dźwigały przywiązaną do siodełek kołyskę, w kołysce zaś leżała jakaś postać.

Srebrne promienie oświecały bladą jej twarz i zamknięte oczy.

Za kołyską jechało dziesięciu zbrojnych. Po spisach bez proporców można w nich było poznać Kozaków. Niektórzy prowadzili konie juczne, inni jechali luzem, ale o ile dwaj jadący na przedzie zdawali się nie zwracać najmniejszej uwagi na okolicę, o tyle ci oglądali się niespokojnie i trwożliwie na wszystkie strony.

A jednak okolica zdawała się być zupełną pustynią.

Ciszę przerywały tylko uderzenia kopyt końskich i wołanie jednego z dwóch jadących na przedzie jeźdźców, który od czasu do czasu powtarzał swą przestrogę:

– Pomału! Ostrożnie!

Na koniec zwrócił się do swego towarzysza.

– Horpyna, daleko jeszcze? – spytał.

Towarzysz, którego zwano Horpyną, a który w istocie był przebraną po kozacku olbrzymią dziewką, popatrzył w gwieździste niebo i odrzekł:

– Niedaleko. Będziemy przed północą. Miniemy Wraże Uroczyszcze, miniemy Tatarski Rozłóg, a tam już zaraz Czortowy Jar. Oj! źle by tam przejeżdżać po północku, nim kur zapieje. Mnie można, ale wam źle by było, źle! – Pierwszy jeździec wzruszył ramionami.

– Wiem ja – rzekł – że tobie czort bratem, ale na czorta są sposoby.

– Czort nie czort, a sposobu nie ma – odparła Horpyna. – Żeby ty, sokole, na całym świecie schowania dla swojej kniaziówny szukał, to by ty lepszego nie znalazł. Już i tędy nikt po północku nie przejdzie, chyba ze mną, a w jarze jeszcze żywy człowiek nogi nie postawił. Chce kto wróżby, to przed jarem stoi i czeka, póki nie wyjdę. Nie bój ty się. Nie przyjdą tam ani Lachy, ani Tatary, ani nikt, nikt. Czortowy Jar straszny, sam zobaczysz.

– Niech sobie będzie straszny, a ja mówię, że przyjdę, ile razy zechcę.

– Byłeś w dzień przychodził.

– Kiedy zechcę. A stanie czort w poprzek, to za rogi wezmę.

– Eh, Bohun! Bohun!

– Ej, Dońcówna, Dońcówna! ty się o mnie nie troszcz. Weźmie mnie czort czy nie weźmie, to nie twoja sprawa, ale to ci powiadam: radź ty sobie ze swoimi czortami, jak chcesz, byle na kniaziównę bieda nie przyszła, bo jeśli jej się co stanie, to ciebie z moich rąk ni czorty, ni upiory nie wydrą.

– Raz mnie już topili, jeszcze jak my nad Donem[2099] z bratem mieszkali, drugi raz już mi w Jampolu[2100] mistrz[2101] głowę golił, a dlatego mi nic. Ale to inna rzecz. Ja z przyjaźni dla ciebie będę jej strzegła, by jej i włos na głowie od duchów nie spadł, a przed ludźmi u mnie bezpieczna. Już ci się ona nie wymknie.

– A ty, sowo! jeśli tak mówisz, to czemu ty mnie wróżyła na biedę, czemu ty mi hukała nad uchem: „Lach przy niej! Lach przy niej!”?

– To nie ja mówiła, to duchy. Ale się może zmieniło. Jutro ci powróżę na wodzie w kole młyńskim. Na wodzie wszystko dobrze widać, jeno trzeba długo patrzyć. Sam zobaczysz. Ale ty wściekły pies: powiedzieć ci prawdę, to się sierdzisz i za obuch łapiesz...

Rozmowa urwała się, słychać było tylko uderzenia kopyt o kamienie i jakieś głosy dochodzące od strony rzeki, podobne do sykania koników polnych.

Bohun nie zwrócił najmniejszej uwagi na owe głosy, które jednak wśród nocy mogły dziwić – podniósł twarz ku księżycowi i zamyślił się głęboko.

– Horpyna – rzekł po chwili.

– Czego?

– Ty czarownica, ty musisz wiedzieć: czy prawda, że jest takie ziele, że jak się go kto napije, to musi pokochać? Lubystka czy jak?

– Lubystka. Ale na twoją biedę nic i lubystka nie poradzi. Jeśliby kniaziówna innego nie kochała, to tylko dać jej się napić, ale jeśli kocha, to wiesz, co się stanie?

– Co?

– To jeszcze bardziej tego innego pokocha.

– Przepadnijże ty ze swoją lubystką! Umiesz ty źle wróżyć, a poradzić nie umiesz.

– To słuchaj: znam ja inne ziele, co w ziemi rośnie. Kto się go napije, dwa dni i dwie noce jak pień leży, o świecie nie wie. Tego ja jej ziela dam – a potem...

Kozak zatrząsł się na siodle i utkwił w czarownicy swe świecące w ciemności oczy.

– Co ty kraczesz? – spytał.

– Taj hodi[2102]! – zawołała wiedźma i wybuchnęła ogromnym, podobnym do rżenia klaczy, śmiechem.

Śmiech ów rozległ się złowrogim echem w rozpadlinach jarów.

– Suko! – rzekł watażka[2103].

Po czym oczy jego gasły stopniowo, popadał znów w zamyślenie, na koniec począł mówić, jakby sam do siebie:

– Nie, nie! Kiedy my Bar[2104] brali, ja pierwszy wpadł do klasztoru, by jej przed pijanicami bronić i łeb strzaskać każdemu, kto by się jej dotknął, a ona się nożem pchnęła – i teraz o bożym świecie nie wie. Dotknę jej ręką, to się znów pchnie albo do rzeki skoczy, nie upilnujesz, nieszczęsny!

– Ty w duszy Lach, nie Kozak, kiedy po kozacku nie chcesz dziewczyny zniewolić...

– Żeby ja był Lach! – Zawołał Bohun. – Żeby ja był Lach!

I za czapkę obu rękoma się chwycił, bo jego samego ból chwycił.

– Musiała cię urzec ta Laszka – mruknęła Horpyna.

– Ej, chyba urzekła! – odrzekł żałośnie. – Niechby mnie pierwsza kula nie minęła, niechbym na palu sobacze[2105] życie skończył... Jednej ja chcę na świecie i ta jedna mnie nie chce!

– Durny! – zawołała z gniewem Horpyna – toć ty ją masz!

– Stulże ty pysk! – zawołał z wściekłością Kozak. – A jak się ona zabije, to co? Ciebie rozerwę, siebie rozerwę, łeb o kamień rozbiję, ludzi będę gryzł jak pies! Ja by duszę za nią oddał, sławę kozacką oddał, uciekłby za Jahorlik[2106] hen! od pułków za świat, aby z nią, z nią żyć, przy niej zdychać... Ot, co! A ona się nożem pchnęła. I przez kogo? Przeze mnie! Nożem się pchnęła! Słyszysz?

– Nic jej nie będzie. Nie umrze.

– Jakby umarła, to ja by ciebie ćwiekami do drzwi przybił.

– Mocy ty żadnej nad nią nie masz.

– Nie mam, nie mam. Ja by wolał, żeby ona mnie nożem pchnęła; niechby i zabiła, byłoby lepiej.

вернуться

2097

Bar – miasto i twierdza w srodkowo-zach. czesci Ukrainy, polozone nad rzeka Row, ok. 60 km na poludnie od Chmielnika.

вернуться

2098

Waladynka – rzeczka, dzis na terenie Moldawii.

вернуться

2099

Don – rzeka w pld.-zach. czesci Rosji, wpada do Morza Azowskiego.

вернуться

2100

Jampol (w obwodzie winnickim) – miasto w pld.-zach. czesci Ukrainy, polozone w jarze na lewym brzegu Dniestru (dzis przy granicy z Moldawia), w XVII w. lokalny osrodek handlowy.

вернуться

2101

mistrz – kat.

вернуться

2102

Taj hodi (ukr.) – i dosyc.

вернуться

2103

watazka – dowodca oddzialu kozakow lub bandy rozbojnikow.

вернуться

2104

Bar – miasto i twierdza w srodkowo-zach. czesci Ukrainy, polozone nad rzeka Row, ok. 100 km na pln. wschod od Kamienca Podolskiego, 60 km na zachod od Winnicy.

вернуться

2105

sobaczy (z ukr.) – psi.

вернуться

2106

Jahorlik – rzeka w pld.-zach. czesci Ukrainy, lewy doplyw Dniestru; miasteczko i stanica wojskowa u ujscia rzeki Jahorlik do Dniestru, ok. 150 km na pld. od Braclawia, wowczas przy granicy z Moldawia i Turcja, dzis na terenie Moldawii.