Wołodyjowski wstrzymał konia, bo od razu zrozumiał, że pewnie przyjdzie do jakowegoś zajścia, a lubił z duszy takie rzeczy pan Michał; pan Charłamp zaś zrównał się z nim i z początku nic nie mówił, sapał tylko i wąsami srodze ruszał, widocznie szukając wyrazów; na koniec ozwał się:
– Czołem, czołem, panie dragan[2510]!
– Czołem, panie pocztowy[2511]!
– Jak waszmość śmiesz nazywać mnie pocztowym? – pytał zgrzytając zębami pan Charłamp – mnie, towarzysza[2512] i rotmistrza? Ha?
Pan Wołodyjowski począł podrzucać obuszek[2513], który trzymał w ręku, całą uwagę skupiwszy niby na to tylko, by po każdym młyńcu chwytać go za rękojeść – i odrzekł jakby od niechcenia:
– Bo po pętelce nie mogę poznać szarży.
– Waść całemu towarzystwu uwłaczasz, którego nie jesteś godzien.
– A to dlaczego? – pytał z głupia frant Wołodyjowski.
– Bo w cudzoziemskim autoramencie służysz.
– Uspokójże się waćpan – rzecze pan Michał – choć w dragonach służę, przeciem jest towarzysz i to nie lekkiego, ale poważnego znaku pana wojewody – możesz tedy ze mną mówić jak z równym albo jak z lepszym.[2514]
Pan Charłamp pomiarkował się trochę, poznawszy, iż nie z tak lekką, jak mniemał, osobą ma do czynienia, ale nie przestał zębami zgrzytać, bo go zimna krew pana Michała do jeszcze większej złości doprowadziła – więc rzekł:
– Jak waćpan śmiesz mi w drogę włazić?
– Ej, widzę, waszmość okazji szukasz?
– Może i szukam, i to ci powiem (tu pan Charłamp pochylił się do ucha pana Michała i kończył cichszym głosem), żeć uszy obetnę, jeśli mi przy pannie Annie będziesz zastępował drogę.
Pan Wołodyjowski znów począł podrzucać obuszek bardzo pilnie, jakby to czas był właśnie na takową zabawę, i ozwał się tonem perswazji:
– Ej, dobrodzieju, pozwól jeszcze pożyć – zaniechaj mnie!
– O, nie! Nic z tego! Nie wymkniesz się! – rzekł pan Charłamp chwytając za rękaw małego rycerza.
– Ja się przecie nie wymykam – mówił łagodnie pan Michał – ale teraz na służbie jestem i z ordynansem[2515] księcia pana mojego dążę. Puść waść rękaw, puść, proszę cię, bo inaczej co mnie biednemu robić?... Chyba tym oto obuchem w łeb zajadę i z konia zwalę. – Tu pokorny z początku głos Wołodyjowskiego tak jakoś zasyczał jadowicie, że pan Charłamp spojrzał z mimowolnym zdziwieniem na małego rycerza i rękaw puścił.
– O! Wszystko jedno! – rzekł. – W Warszawie dasz mi pole, dopilnuję cię!
– Nie będę się krył, wszelako jakże to nam bić się w Warszawie? Raczże mnie waszmość nauczyć! Nie bywałem tam jeszcze w życiu moim, ja prosty żołnierz, alem słyszał o sądach marszałkowskich, które za wydobycie szabli pod bokiem króla lub interrexa[2516] gardłem karzą.
– Znać to, żeś waćpan w Warszawie nie bywał i żeś prostak, skoro się sądów marszałkowskich boisz i nie wiesz, że w czasie bezkrólewia kaptur[2517] sądzi, z którym sprawa łatwiejsza, a już o waścine uszy gardła mi nie wezmą, bądź pewien.
– Dziękuję za naukę i często o instrukcję poproszę, bo widzę, żeś waćpan praktyk nie lada i mąż uczony, a ja, jakom tylko infimę minorum[2518] praktykował, ledwie adjectivum cum substantivo[2519] pogodzić umiem, i gdybym waćpana chciał, broń Boże, głupim nazwać, to tyle tylko wiem, że powiedziałbym: stultus[2520], a nie stulta[2521] ani stultum[2522].
Tu pan Wołodyjowski począł znów podrzucać obuszek, pan Charłamp zaś aż zdumiał się, potem krew mu uderzyła do twarzy i szablę z pochwy wyciągnął, ale w tym samym mgnieniu oka i mały rycerz, chwyciwszy obuszek pod kolano, swoją błysnął. Przez chwilę patrzyli na się jak dwa odyńce, z rozwartymi nozdrzami i z płomieniami w oczach – lecz pan Charłamp zmiarkował się pierwszy, iż z samym wojewodą przyszłoby mu mieć sprawę, gdyby na jego oficera jadącego z rozkazem napadł – więc też i pierwszy szablisko na powrót schował.
– O! Znajdę cię, taki synu! – rzekł.
– Znajdziesz, znajdziesz, boćwino[2523]! – rzekł mały rycerz.
I rozjechali się, jeden do kawalkaty, drugi do chorągwi, które znacznie się przez ten czas zbliżyły, tak iż z kłębów kurzawy dochodził już tupot kopyt po twardym trakcie. Pan Michał wnet sprawił jazdę i piechotę do porządnego pochodu i ruszył na czele. Po chwili przycłapał ku niemu pan Zagłoba.
– Czego chciało od ciebie owo straszydło morskie? – spytał Wołodyjowskiego.
– Pan Charłamp?... Ej nic, wyzwał mnie na rękę.
– Masz tobie! – rzekł Zagłoba. – Na wylot cię swoim nosem przedziobie! Bacz, panie Michale, gdy się będziecie bili, abyś największego nosa w Rzeczypospolitej nie obciął, bo osobny kopiec trzeba by dla niego sypać. Szczęśliwy wojewoda wileński! Inni muszą podjazdy pod nieprzyjaciela posyłać, a jemu ten towarzysz z daleka go zawietrzy. Ale za co cię wyzwał?
– Za to, żem przy kolasce panny Anny Borzobohatej jechał.
– Ba! Trzeba mu było powiedzieć, żeby się do pana Longina do Zamościa udał. Ten by go dopiero poczęstował pieprzem z imbierem[2524]. Źle ten boćwinkarz trafił i widać mniejsze ma szczęście od nosa.
– Nie mówiłem mu nic o panu Podbipięcie – rzekł Wołodyjowski – bo nużby mnie zaniechał? Będę się na złość do Anusi z podwójnym ferworem zalecał: chcę też mieć swoją uciechę. A co my w tej Warszawie będziem mieli lepszego do roboty?
– Znajdziemy, znajdziemy, panie Michale! – rzekł mrugając oczyma Zagłoba. – Kiedy byłem za młodych lat deputatem do egzakcji[2525] od chorągwi, w której służyłem, jeździło się po całym kraju, ale takiego życia, jak w Warszawie, nigdzie nie zaznałem.
– Mówisz waćpan, że inne jak u nas na Zadnieprzu?
– Ej, co i mówić!
– Bardzom ciekaw – rzekł pan Michał. A po chwili dodał:
– A taki temu boćwinkowi wąsy podetnę, bo ma za długie!
Rozdział XI
Upłynęło kilka tygodni. Szlachty na elekcję zjeżdżało się coraz więcej. W mieście dziesięćkrotnie zwiększyła się ludność, bo razem z tłumami szlachty napływało tysiące kupców i bazarników z całego świata, począwszy od Persji dalekiej aż do Anglii zamorskiej. Na Woli zbudowano szopę dla senatu, a naokół bieliło się już tysiące namiotów, którymi obszerne błonia całkiem okryte zostały. Nikt jeszcze nie umiał powiedzieć, który z dwóch kandydatów: królewicz Kazimierz[2526], kardynał, czy Karol Ferdynand[2527], biskup płocki – zostanie wybrany. Z obu stron wielkie były starania i usilności. Puszczano w świat tysiące ulotnych pism, opiewających zalety i wady pretendentów: obaj mieli stronników licznych i potężnych. Po stronie Karola stał, jak wiadomo, książę Jeremi, tym groźniejszy dla przeciwników, że zawsze prawdopodobnym było, iż pociągnie za sobą rozmiłowaną w nim szlachtę, od której wszystko ostatecznie zależało. Ale i Kazimierzowi sił nie brakło. Przemawiało za nim starszeństwo, po jego stronie stawały wpływy kanclerza, na jego stronę zdawał się przechylać prymas, za nim obstawała większość magnatów, z których każden[2528] licznych miał klientów, a między magnatami i książę Dominik Zasławski-Ostrogski[2529], wojewoda sandomierski, po Piławcach[2530] zniesławion wprawdzie bardzo i nawet sądem zagrożony, ale zawsze największy pan w całej Rzeczypospolitej, ba! nawet w całej Europie, i mogący w każdej chwili niezmierny ciężar bogactw na szalę swego kandydata przyrzucić.
2513
obuszek – bron o ksztalcie zaostrzonego mlotka, o dziobie bardziej zagietym, niz ostrze nadziaka, sluzaca w bitwie do rozbijania zbroi przeciwnika.
2514
przeciem jest towarzysz i to nie lekkiego, ale powaznego znaku pana wojewody – towarzysz spod powaznego znaku nie mogl isc pod komende nawet generala wojsk cudzoziemskiego autoramentu; przeciwnie nawet: czesto general bywal oddawany pod komende towarzysza; aby tego uniknac, generalowie i oficerowie regimentow cudzoziemskich starali sie byc jednoczesnie towarzyszami w polskich. Takim towarzyszem byl i pan Wolodyjowski. [przypis autorski]
2516
interrex (lac.) – regent, sprawujacy wladze w okresie bezkrolewia, w XVI i XVII w. funkcje te pelnil najczesciej prymas.
2517
kaptur a. sad kapturowy – nadzwyczajny sad do spraw karnych (ale nie cywilnych), powolywany w czasie bezkrolewia.
2518
infima minorum (lac.) – najnizsza klasa w dawnej szkole polskiej, nauczano tam glownie podstaw gramatyki lacinskiej.
2526
Jan II Kazimierz Waza (1609–1672) – krol Polski w latach 1648–1668, syn krola Zygmunta III Wazy (1566–1632).
2527
Karol Ferdynand Waza (1613–1655) – ksiaze, syn krola Zygmunta III Wazy (1566–1632), biskup wroclawski i plocki, kandydat do tronu polskiego w 1648 r., po smierci Jeremiego Wisniowieckiego opiekun jego syna, Michala Korybuta Wisniowieckiego, przyszlego krola Polski.
2529
Zaslawski-Ostrogski, Wladyslaw Dominik (1618–1656) – ksiaze, koniuszy wielki koronny i starosta lucki, jeden z najbogatszych magnatow Korony.
2530
Pilawce – wies w centralnej czesci Ukrainy, ok. 30 km na pld. wschod od Konstantynowa; miejsce kleski wojsk polskich w starciu z Kozakami i Tatarami (1648).