Выбрать главу

– A nie koloryzujesz waść trocha o owych majętnościach?

– Ja nie koloryzuję, bo powtarzam to, com od niego słyszał, a on przecie póki żyje, nie zełgał, bo zresztą i na to za głupi.

– No, to będzie Anusia panią całą gębą! Ale co o nim waćpan mówisz, że głupi, na to się żadną miarą zgodzić nie mogę. Stateczny to mąż i tak roztropny, że w potrzebie nikt lepszej rady nie udzieli... a że nie frant[2608], to trudno. Nie każdemu dał Pan Bóg tak obrotny język jak waści. Co tu gadać! Wielki to rycerz i najzacniejszy człowiek, a dowód: że waćpan sam go miłujesz i rad go ujrzysz.

– Skaranie z nim boże! – mruknął Zagłoba. – Dlategom tylko rad, że mu będę panną Anną przypiekał.

– Tego ja waćpanu czynić nie radzę, bo to jest rzecz niebezpieczna... Jego choćby do rany przyłożyć, ale w takowym terminie pewnie by stracił cierpliwość.

– Niechby stracił! Uszy bym mu obciął jak panu Duńczewskiemu.

– Daj no waćpan pokój. Nieprzyjacielowi nie życzyłbym próbować.

– No, no, niech go jeno obaczę!

Życzenie to pana Zagłoby spełniło się prędzej, niż myślał. Dojechawszy do Końskowoli, postanowił Wołodyjowski zatrzymać się na odpoczynek, bo konie były już mocno zdrożone. Któż więc opisze zdziwienie obydwóch przyjaciół, gdy wszedłszy do ciemnej sieni zajazdu, w pierwszym spotkanym szlachcicu rozpoznali pana Podbipiętę.

– Jakże się waszmość masz! Siła[2609] czasu! Siła czasu! – wołał Zagłoba. – A że cię to Kozacy nie usiekli w Zamościu!

Pan Podbipięta brał z kolei obydwóch w ramiona i obcałowywał po policzkach.

– Oto żeśmy się spotkali, co? – powtarzał z radością.

– Gdzie jedziesz? – pytał Wołodyjowski.

– Do Warszawy, do księcia pana.

– Księcia nie ma w Warszawie. Pojechał do Krakowa z królem jegomością, przed którym ma nieść jabłko na koronacji.

– A mnie pan Weyher do Warszawy wyprawił z listem i z zapytaniem, gdzie książęce regimenta mają iść, bo już, chwalić Boga, w Zamościu niepotrzebne.

– To i nie potrzebujesz nigdzie jechać, bo my wieziemy ordynanse[2610].

Pan Longinus zasępił się, bo z duszy życzył sobie dotrzeć do księcia, zobaczyć dwór i szczególniej jedną małą osóbkę na tym dworze.

Zagłoba począł mrugać znacząco na Wołodyjowskiego.

– A taki do Krakowa pojadę – rzekł po chwili namysłu Litwin. – Kazali mnie list oddać, to oddam.

– Chodźmy do izby, każemy sobie piwa zagrzać – rzekł Zagłoba.

– A wy gdzie jedziecie? – pytał po drodze Longinus.

– Do Zamościa, do Skrzetuskiego.

– Porucznika nie ma w Zamościu.

– Masz babo placek! Gdzież on jest?

– Koło Choroszczyna gdzieś, gromi kupy swawolne[2611]. Chmielnicki cofnął się, ale jego pułkownicy po drodze palą, rabują i ścinają. Na tych starosta wałecki odkomenderował pana Jakuba Regowskiego, żeby ich znosił...

– I Skrzetuski jest z nim także?

– Takoż. Ale oni osobno chodzą, bo wielkie są między nimi emulacje[2612], o których waszmościom później opowiem.

Tymczasem weszli do izby. Zagłoba kazał zagrzać trzy garnce piwa, po czym zbliżywszy się do stołu, za którym Wołodyjowski z panem Longinem już zasiedli, rzekł:

– Bo waćpan, panie Podbipięta, nie wiesz największej i szczęśliwej nowiny, żeśmy z panem Michałem Bohuna na śmierć usiekli.

Litwin aż się z ławy podniósł.

– Braciaż wy rodzeni, możeż to być?

– Jak nas tu żywych widzisz.

– I wy jego we dwóch usiekli?

– Tak jest.

– Oto nowina! A Boże, Boże! – mówił Litwin plasnąwszy w dłonie. – Mówisz waćpan: we dwóch! Jak to we dwóch?

– Bom go naprzód przez fortele do tego doprowadził, że nas wyzwał – rozumiesz wasze? – po czym pan Michał pierwszy stanął i tak go, mówię waści, pokrajał jak wielkanocne prosię, rozebrał go jak pieczonego kapłona – rozumiesz wasze?

– To waść drugi nie stawał?

– No, patrzcie się! – rzekł Zagłoba. – Widzę, że waść musiałeś sobie krew puszczać i ze słabości na umyśle szwankujesz. Rozumiałżeś, że będę z trupem stawał albo że leżącego już będę docinał?

– Bo mówiłeś waść, żeście go we dwóch usiekli.

Pan Zagłoba ramionami ruszył.

– Świętej cierpliwości z tym człowiekiem! Panie Michale, zali[2613] nie obydwóch nas Bohun wyzwał?

– Tak jest – rzecze Wołodyjowski.

– Pojąłeś waść teraz?

– Niech i tak będzie – odparł Longinus. – To pan Skrzetuski szukał Bohuna pod Zamościem, a jego tam już nie było.

– Jak to go Skrzetuski szukał?

– Muszę już, jak widzę, wszystko ab ovo[2614] waćpanom opowiedzieć, właśnie tak, jak się odbyło – rzekł pan Longinus. – Zostaliśmy tedy, jak wiecie, w Zamościu, a wy ruszyliście do Warszawy. Na Kozaków nie czekaliśmy zbyt długo. Przyszły ich chmary nieprzejrzane spode Lwowa, że okiem wszystkich z murów nie objąłeś. Ale nasz książę tak Zamość opatrzył, że byliby pod nim dwa lata stali. Myśleliśmy, że nie będą wcale szturmowali i wielki był z tego powodu między nami smutek, bo każdy sobie rozkosze z ich klęski obiecywał, a że byli z nimi i Tatarzy, więc ja także miałem nadzieję, że mnie Pan Bóg miłosierny da moje trzy głowy...

– Proś go waćpan o jedną, proś o jedną, a dobrą – przerwał Zagłoba.

– A waćpan zawsze taki sam!... słuchać hadko[2615] – rzekł Litwin. – Myśleliśmy tedy, że nie będą szturmowali, oni tymczasem, jako to szaleni w swej zatwardziałości, zaraz wzięli się do budowania machin, a potem nuż szturmować! Pokazało się później, że Chmielnicki sam nie chciał, ale Czarnota, ich oboźny, wziął na niego napadać i mówić, że to go tchórz obleciał – że już z Lachami myśli się bratać – więc Chmielnicki pozwolił i pierwszego Czarnotę posłał. Co się działo, braciaszki, tego ja wam nie wypowiem. Świata zza dymu i zza ognia nie było widać. Poszli z początku odważnie, zasypali fosę, darli się na mury; aleśmy im tak przygrzeli, że potem i od murów, i od własnych machin pouciekali; dopiero wypadliśmy za nimi w cztery chorągwie i narżnęliśmy jak bydła.

Wołodyjowski zatarł ręce.

– Uch! żałuję, żem nie był na tym festynie – wykrzyknął z uniesieniem.

– I ja byłbym się tam przydał – rzekł ze spokojną pewnością Zagłoba.

– A już wtedy najwięcej dokazywali pan Skrzetuski i pan Jakub Regowski – mówił dalej Litwin – obaj wielcy kawalerowie, ale zgoła sobie nieprzyjaźni. Zwłaszcza pan Regowski krzywił się na Skrzetuskiego i byłby niezawodnie szukał okazji, gdyby nie to, że pan Weyher pod gardłem zabronił pojedynków. Nie rozumieliśmy z początku, o co panu Regowskiemu chodzi, aż i wyszło na wierzch, że to krewny pana Łaszcza[2616], którego książę z powodu pana Skrzetuskiego, jak pamiętacie, z obozu wypędził. Stąd złość w Regowskim do księcia, do nas wszystkich, a zwłaszcza do porucznika, stąd i emulacja między nimi, która obu w tym oblężeniu wielką sławą okryła, bo się jeden nad drugiego wysadzał. Obaj byli pierwsi i na murach, i w wycieczkach, aż wreszcie sprzykrzyło się Chmielnickiemu szturmować i regularne rozpoczął oblężenie, nie zaniedbując przy tym i fortelów, które by go do zdobycia miasta mogły doprowadzić.

вернуться

2608

frant – spryciarz.

вернуться

2609

sila (daw.) – wiele, duzo; tyle.

вернуться

2610

ordynans (z lac.) – rozkaz.

вернуться

2611

kupy swawolne – oddzialy nieprzyjacielskie, ktore odlaczyly sie od swojej armii.

вернуться

2612

emulacja (z lac.) – rywalizacja.

вернуться

2613

zali (starop.) – czy.

вернуться

2614

ab ovo (lac.: od jaja) – od poczatku.

вернуться

2615

hadko (z bialorus.) – przykro, obrzydliwie.

вернуться

2616

Laszcz Tuczapski, Samuel herbu Prawdzic (1588–1649) – straznik wielki koronny, awanturnik, 236 razy skazany na banicje za najazdy na sasiadow, ulaskawiony za zaslugi wojenne.