Выбрать главу

– Panu Regowskiemu.

– A któż to ten pan Regowski?

– To wielki kawaler, porucznik pancerny spod chorągwi króla jegomości.

– Bodajże cię! – rzekł trzasnąwszy w palce Wołodyjowski. – To już ja wiem! Nie pamiętasz no waćpan, co nam pan Longinus opowiadał o nieprzyjaźni pana Skrzetuskiego z Regowskim? To przecie pana Łaszcza[2904] strażnika krewniak i za jego konfuzję ma do Skrzetuskiego odium[2905].

– Rozumiem, rozumiem! – zakrzyknął pan Zagłoba. – On to musiał Bohuna na złość puścić. Ale to kryminał taka sprawa i gardłem pachnie. Pierwszy będę delatorem[2906]!

– Daj go Boże spotkać – mruknął pan Michał – a pewnie do trybunałów nie pójdziemy.

Rzędzian nie wiedział dotąd, o co idzie, bo po odpowiedzi danej Zagłobie znów wysunął się naprzód do kniaziówny.

Jechali teraz wolno. Księżyc zeszedł, mgły, które z wieczora unosiły się nad ziemią, opadły – i noc zrobiła się widna. Wołodyjowski pogrążył się w zamyśleniu. Zagłoba przeżuwał jeszcze czas jakiś resztki przerażenia, na koniec rzekł:

– Dałżeby Bohun teraz i Rzędzianowi, gdyby go w ręce dostał!

– Powiedz mu waćpan nowinę, niech się strachu naje, a ja tymczasem pojadę przy kniaziównie – odpowiedział mały rycerz.

– Dobrze! Hej, Rzędzian!

– A czego? – pytał pachołek wstrzymując ponownie konie.

Pan Zagłoba zrównał się z nim i milczał przez chwilę, czekając, by Wołodyjowski i kniaziówna oddalili się dostatecznie; na koniec rzekł:

– Wiesz, co się stało?

– Nie wiem.

– Pan Regowski puścił Bohuna na wolność. Widziałem go w Płoskirowie[2907].

– W Płoskirowie? Teraz? – pytał Rzędzian.

– Teraz. A co? Nie zlatujesz z kulbaki?

Promienie księżyca padały prosto na pucołowatą twarz pachołka i pan Zagłoba nie tylko nie dojrzał na niej przerażenia, ale z największym zdziwieniem spostrzegł ów wyraz srogiej, zwierzęcej prawie zawziętości, który Rzędzian miał wówczas, gdy Horpynę mordował.

– Cóż? Ty się Bohuna nie boisz czy co? – pytał stary szlachcic.

– Mój jegomość – odparł pachołek – jeżeli jego pan Regowski puścił, to już ja sam muszę na nowo pomsty nad nim szukać za moją krzywdę i pohańbienie. Przecie mu tego nie daruję, bom poprzysiągł, i gdyby nie to, że pannę odwozimy, zaraz bym w jego tropy pojechał: niechże moje nie przepada!

„Tfu! – pomyślał Zagłoba – wolę, żem temu pachołkowi nijakiej krzywdy nie uczynił.”

Po czym popędził konia i po chwili zrównał się z kniaziówną i Wołodyjowskim. Po godzinie drogi przeprawili się przez Medwiedówkę i wjechali w las ciągnący się od samego brzegu rzeki dwoma czarnymi ścianami wzdłuż drogi.

– Już tę okolicę znam dobrze – rzekł Zagłoba. – Teraz ten bór niedługo się skończy, za nim będzie z ćwierć mili pola gołego, przez które idzie gościniec z Czarnego Ostrowu, a potem znów bory jeszcze większe, aż do Matczyna. Da Pan Bóg, że w Matczynie zastaniemy już chorągwie polskie.

– Pora już, żeby zbawienie przyszło! – mruknął Wołodyjowski.

Czas jakiś jechali w milczeniu, jasnym, oświeconym przez promienie księżyca, gościńcem.

– Dwa wilki drogę przeszły! – rzekła nagle Helena.

– Widzę – odparł Wołodyjowski. – A ot, trzeci!

Szarawy cień przemknął się istotnie o sto kilkadziesiąt kroków przed końmi.

– Ot, czwarty! – zawołała kniaziówna.

– Nie, to sarna; patrz waćpanna: dwie, trzy!

– Co, u licha! – zakrzyknął pan Zagłoba. – Sarny za wilkami gonią! Świat, widzę, przewraca się do góry nogami.

– Jedźmy no nieco prędzej – rzekł zaniepokojonym głosem pan Wołodyjowski. – Rzędzian! Bywaj! I z panną naprzód!

Pomknęli, ale Zagłoba pochylił się w pędzie do ucha Wołodyjowskiego i pytał:

– Panie Michale, a co tam nowego?

– Źle – odrzekł mały rycerz. – Widziałeś waść: zwierz z legowisk ze snu się zrywa i nocą pomyka.

– Oj! A co to znaczy?

– To znaczy, że go płoszą.

– Kto? Wojska – Kozacy albo Tatary – idą nam od prawej ręki.

– A może nasze chorągwie?

– Nie może być, bo zwierz umyka od wschodu, od Piławiec, więc pewno Tatarzy szeroką ławą idą.

– Umykajmy, panie Michale, na miły Bóg!

– Nie ma innej rady. Ej, żeby tak tu kniaziówny nie było, podeszlibyśmy pod same czambuły[2908], żeby z paru urwać, ale z nią... ciężka może być przeprawa, jeśli nas na oko wezmą.

– Bój się Boga, panie Michale. Skręćmy w lasy za tymi wilkami albo co?

– Nie może być, bo choćby nas zrazu nie dostali, to kraj przed nami zaleją, a potem jakże się wydostaniem?

– Niechże ich siarczyste pioruny zatrzasną! Tego nam tylko brakowało. Ej, panie Michale, czy się nie mylisz? Wilcy to przecież za koszem ciągną, nie przed nim pomykają.

– Które są po bokach, to ciągną za koszem i ze wszystkich okolic się zbierają, ale te, co na przedzie, to się płoszą. Widzisz no waść tam, na prawo, między drzewami: łuna świta!

– Jezusie Nazareński, Królu Żydowski!

– Cicho waść!... Siła[2909] jeszcze tego lasu?

– Zaraz się skończy.

– A potem pole?

– Tak jest. O Jezu!

– Cicho waść!... Za polem drugi las?

– Aż do Matczyna.

– Dobrze! Byle nas na tym polu nie najechali! Jeżeli się do drugiego lasu szczęśliwie przedostaniem, tośmy i w domu. Jedźmy teraz razem! Szczęściem kniaziówna z Rzędzianem na Burłajowych koniach.

Popędzili konie i zrównali się z jadącymi na przedzie.

– Co to za łuna na prawo? – pytała kniaziówna.

– Mościa panno! – odrzekł mały rycerz – tu nie ma co ukrywać. To mogą być Tatarzy.

– Jezus Maria!

– Nie trwóż się waćpanna! Szyja moja w tym, że im umkniemy, a w Matczynie nasze chorągwie.

– Dla Boga! Umykajmy! – rzekł Rzędzian.

Ucichli i mknęli jak duchy. Drzewa poczęły rzednąć, las kończył się – ale też i łuna nieco przygasła. Nagle Helena zwróciła się do małego rycerza.

– Mości panowie! – rzekła – przysięgnijcie mi, że żywa nie pójdę w ich ręce!

– Nie pójdziesz! – odrzekł Wołodyjowski – pókim ja żyw!

Zaledwie skończył, wypadli z lasu na pole, a raczej na step, który ciągnął się blisko ćwierć mili, a na którego przeciwległym końcu czerniła się znów wstążka lasu. Halizna[2910] ta, ze wszystkich stron odkryta, srebrzyła się teraz cała od promieni księżyca i było na niej tak prawie widno, jak w dzień.

– To najgorszy szmat drogi! – szepnął do Zagłoby Wołodyjowski – bo jeśli oni są w Czarnym Ostrowiu, to tędy pójdą, między lasami.

Zagłoba nie odrzekł nic, jeno piętami konia ścisnął.

Dobiegli już do połowy pola, przeciwległy las stawał się coraz bliższy, wyraźniejszy, gdy nagle mały rycerz wyciągnął rękę ku wschodowi.

– Patrz waść – rzekł do Zagłoby – widzisz?

– Krze jakoweś i zarośla w dalekości.

– Te krze się ruszają! W konie teraz, w konie, bo już nas dojrzą niezawodnie!

Wiatr zaświstał w uszach uciekających – zbawczy las zbliżał się coraz bardziej.

Nagle z owej ciemnej masy zbliżającej się od prawej strony pola doleciał naprzód jakoby szum podobny do szumu fal morskich, a w chwilę potem jeden ogromny krzyk targnął powietrzem.

– Widzą nas! – ryknął Zagłoba. – Psy! Szelmy! Diabły! Wilcy! Łajdaki!

Las był tak blisko, że uciekający czuli już prawie surowe i chłodne jego tchnienie. Ale też i chmura Tatarów stawała się coraz wyraźniejszą, a z ciemnego jej ciała poczęły wysuwać się długie odnogi, jakoby macki olbrzymiego potworu – i zbliżać się ku uciekającym z niepojętą szybkością. Wprawne uszy Wołodyjowskiego odróżniły już wyraźne wrzaski: „Ałła! Ałła!”

вернуться

2904

Laszcz Tuczapski, Samuel herbu Prawdzic (1588–1649) – straznik wielki koronny, awanturnik, 236 razy skazany na banicje za najazdy na sasiadow, ulaskawiony za zaslugi wojenne.

вернуться

2905

odium (lac.) – nienawisc, niechec.

вернуться

2906

delator (z lac.) – oskarzyciel, donosiciel.

вернуться

2907

Ploskirow (dzis: Chmielnicki) – miasto w zach. czesci Ukrainy, polozone nad rzeka Boh, w polowie drogi miedzy Tarnopolem a Winnica, ok. 25 km na polnoc od Jarmoliniec.

вернуться

2908

czambul (z tur. czapuclass="underline" zagon) – oddzial tatarski, dokonujacy najazdow w glebi terytorium przeciwnika, w celu odwrocenia jego uwagi od dzialan sil glownych.

вернуться

2909

sila (starop.) – duzo, wiele.

вернуться

2910

halizna – gola, odkryta przestrzen.