Выбрать главу

Ale w tej ostatniej chwili, w tej już prawie agonii, nagle rozpacz jego i przestrach zmieniły się we wściekłość; ryknął tak strasznie, jak żaden tur nie ryczy, i zwinąwszy konia na miejscu, zwrócił się na przeciwnika.

– Zagłobę gonisz! – krzyknął nacierając z szablą wzniesioną.

W tej chwili nowe stado płonących maźnic rzucono z okopów; uczyniło się widno. Burłaj spojrzał i zdumiał.

Nie zdumiał usłyszawszy imię, bo go nigdy w życiu nie słyszał; ale poznawszy męża, którego jako Bohunowego przyjaciela ugaszczał niedawno w Jampolu[2989].

Ale właśnie ta nieszczęsna chwila zdumienia zgubiła mężnego wodza mołojców, bo nim się opamiętał, ciął go pan Zagłoba przez skroń i jednym zamachem zwalił z konia.

Było to na oku wszystkiego wojska. Radosnym wrzaskom usarskim odpowiedział okrzyk przerażenia mołojców, którzy widząc śmierć starego lwa czarnomorskiego stracili resztę ducha i zaniechali wszelkiego oporu. Których nie wyrwał z toni Subagazi, ci zginęli wszyscy do jednego – bo jeńców wcale tej straszliwej nocy nie brano.

Subagazi pierzchnął ku taborom, goniony przez starostę krasnostawskiego i lekką jazdę. Szturm na całej linii okopów był odparty – tylko pod taborem kozackim wrzała jeszcze wysłana w pogoń jazda.

Okrzyk tryumfu i radości wstrząsnął całym obozem oblężonych, a potężne okrzyki aż ku niebu się wzbiły. Krwawi żołnierze, okryci potem, pyłem, czarni od prochu, z ociekłymi twarzami, i brwią jeszcze zmarszczoną, z płomieniem jeszcze nie zgasłym w oczach, stali oparci na broni, chwytając piersiami powietrze, gotowi znów zerwać się do boju, gdyby tego zaszła potrzeba.

Ale powoli wracała i jazda z krwawego żniwa pod taborem; potem zjechał na pobojowisko sam książę, a za nim regimentarze, pan chorąży, pan Marek Sobieski, pan Przyjemski. Cały ten świetny orszak posuwał się z wolna wzdłuż okopu.

– Niech żyje Jeremi! – wołało wojsko. – Niech żyje ojciec nasz!

A książę bez hełmu kłaniał się głową i buławą na wszystkie strony.

– Dziękuję waszmościom! Dziękuję waszmościom! – powtarzał dźwięcznym, donośnym głosem.

Po czym zwrócił się do pana Przyjemskiego.

– Ten okop jest za duży! – rzekł.

Przyjemski skinął głową na znak zgody.

I przejechali wodze zwycięscy od zachodniego aż do wschodniego stawu, opatrując pobojowisko, szkody, jakie nieprzyjaciel w wałach porobił, i same wały.

Tymczasem poza orszakiem książęcym uniesieni zapałem żołnierze nieśli wśród okrzyków, na ręku, do obozu pana Zagłobę, jako największego tryumfatora w dniu dzisiejszym. Ze dwadzieścia tęgich rąk podtrzymywało w górze okazałą postać wojownika, wojownik zaś, czerwony, spocony, machając rękoma dla utrzymania równowagi, krzyczał co siły:

– Ha! Zadałem mu pieprzu! Umyślnie udałem ucieczkę, żeby go za sobą wywabić. Nie będzie nam więcej psubrat burłajował! Mości panowie! Trzeba było dać przykład młodszym! Na Boga! ostrożnie, bo mnie uronicie i potłuczecie. Trzymajcieże dobrze, macie trzymać! Miałem z nim robotę, wierzcie mi! O szelmy! Lada hultaj dziś szlachcicowi się nadstawia! Ale mają za swoje. Ostrożnie! Puśćcie – do diabła!

– Niech żyje! Niech żyje! – krzyczała szlachta.

– Do księcia z nim! – powtarzali inni.

– Niech żyje! Niech żyje!!!

Tymczasem hetman zaporoski, przypadłszy do swego taboru, ryczał jak dziki ranny zwierz, darł żupan na piersiach i kaleczył sobie twarz. Starszyzna, ocalała z pogromu, otoczyła go w ponurym milczeniu, nie niosąc ani słowa pociechy, a jego obłęd prawie pochwycił. Wargi miał spienione, piętami bił w ziemię, obu rękoma szarpał włosy w czuprynie.

– Gdzie moje pułki?... Gdzie mołojcy?... – powtarzał chrapliwym głosem. – Co powie chan, co powie Tuhaj-bej! Wydajcie mnie Jaremie! Niech moją głowę na pal wbiją!

Starszyzna milczała ponuro.

– Czemu mnie worożychy wiktorię przepowiadały? – ryczał dalej hetman. – Urezać szyje wiedźmom!... czemu mnie mówiły, że Jaremę dostanę?

Zwykle, gdy ryk tego lwa wstrząsał taborem, pułkownicy milczeli – ale teraz lew był zwyciężony i zdeptany, szczęście zdawało się go opuszczać, więc klęska uzuchwaliła starszyznę.

– Jaremie ne zderżysz[2990] – mruknął ponuro Stepka.

– Zgubisz nas i siebie! – ozwał się Mrozowicki.

Hetman skoczył ku nim jak tygrys.

– A kto sprawił Żółte Wody[2991]? Kto Korsuń[2992]? Kto Piławce[2993]?

– Ty! – rzekł szorstko Woronczenko – ale tam Wiśniowieckiego nie było.

Chmielnicki porwał się za czuprynę.

– Ja chanowi przyrzekł dziś nocleg w zamku! – wył w rozpaczy.

Na to Kułak:

– Co ty chanowi przyrzekał, to twoja głowa! Ty jej pilnuj, by ci z karku nie spadła... ale do szturmu nas nie pchaj, rabów[2994] bożych nie gub! Wałami Lachów otocz, szańce każ sypać pod puszki[2995] – inaczej hore tobi[2996].

– Hore tobi! – powtórzyły ponure głosy.

– Hore wam! – odrzekł Chmielnicki.

I tak oni rozmawiali groźnie jak grzmoty... Wreszcie Chmielnicki zatoczył się i rzucił na pęki owczych skór pokrytych dywanami w rogu namiotu.

Pułkownicy stali nad nim ze zwieszonymi głowami i długi czas trwało milczenie. Na koniec hetman podniósł głowę i zakrzyknął chrapliwie:

– Horyłki[2997]!...

– Nie będziesz pił! – warknął Wyhowski. – Chan przyszle[2998] po ciebie.

Tymczasem chan siedział o milę drogi od pola bitwy, nie wiedząc, co się na placu dzieje. Noc była spokojna i ciepła, więc siedział przed namiotem wśród mułłów[2999] i agów – i w oczekiwaniu na nowiny pożywał daktyle ze srebrnej misy, obok stojącej, czasem zaś poglądał na wyiskrzone niebo, mrucząc:

– Mahomet Rosullah...

Wtem na spienionym koniu przypadł zadyszany, okryty krwią Subagazi; zeskoczył z siodła i zbliżywszy się szybko, począł bić pokłony, czekając na zapytanie.

– Mów! – rzekł chan ustami pełnymi daktylów.

Subagaziemu słowa paliły płomieniem wargi, ale nie śmiał przemówić bez zwykłych tytułów, rozpoczął więc, bijąc ciągle czołem, w następujący sposób:

– Najpotężniejszy chanie wszystkich ord, wnuku Mahometa, samodzielny monarcho, panie mądry, panie szczęśliwy, panie drzewa zaleconego od Wschodu do Zachodu, panie drzewa kwitnącego...

Tu chan skinął ręką i przerwał. Widząc na twarzy Subagaziego krew, a w oczach ból, żal i rozpacz, wypluł nie dojedzone daktyle na rękę, następnie oddał je jednemu z mułłów, który przyjął je z oznakami czci nadzwyczajnej i zaraz spożywać począł – chan zaś rzekł:

– Mów prędko, Subagazi, i mądrze: azali[3000] obóz niewiernych wzięty?

– Bóg nie dał!

– Lachy?

– Zwycięscy.

– Chmielnicki?

– Pobity.

– Tuhaj-bej?

– Ranny.

– Bóg jeden! – rzekł chan. – Ilu wiernych poszło do raju?

Subagazi wzniósł oczy w górę i wskazał krwawą ręką na wyiskrzone niebo.

вернуться

2989

Jampol (w obwodzie winnickim) – miasto w pld.-zach. czesci Ukrainy, polozone w jarze na lewym brzegu Dniestru (dzis przy granicy z Moldawia), w XVII w. lokalny osrodek handlowy.

вернуться

2990

Jaremie ne zderzysz (z ukr.) – Jeremiemu nie dasz rady.

вернуться

2991

Zolte Wody – uroczysko i futor kozacki nad rzeka Zolta w pld. czesci Ukrainy; dzis miasto z kopalniami rud zelaza i uranu, polozone ok. 100 km na zachod od Dniepropietrowska; bitwa pod Zoltymi Wodami (1648) zakonczyla sie kleska wojsk polskich.

вернуться

2992

Korsun (dzis ukr.: Korsun-Szewczenkiwskij) – miasto na srodkowej Ukrainie nad rzeka Ros, w sredniowieczu zamek wladcow kijowskich, w XVII w. rezydencja Wisniowieckich; w bitwie pod Korsuniem (1648) Kozacy Chmielnickiego wraz z Tatarami zwyciezyli wojska polskie.

вернуться

2993

Pilawce – wies w centralnej czesci Ukrainy, ok. 30 km na pld. wschod od Konstantynowa; miejsce kleski wojsk polskich w starciu z Kozakami i Tatarami (1648).

вернуться

2994

rab (daw.) – sluga.

вернуться

2995

puszka (daw.) – dzialo, armata.

вернуться

2996

hore tobi (ukr.) – biada tobie.

вернуться

2997

horylka (z ukr.) – wodka.

вернуться

2998

przyszle – dzis popr.: przysle.

вернуться

2999

mulla – nauczyciel, znawca prawa islamskiego.

вернуться

3000

azali (starop.) – czy, czyz.