Выбрать главу

Chorągwie pancerne książęce były tej nocy na pieszej służbie w obozie, więc pan Skrzetuski, pan Podbipięta, mały rycerz i pan Zagłoba na okopie, szepcąc ze sobą z cicha, w przerwach rozmowy wsłuchiwali się w szum deszczu padającego w fosę. Skrzetuski mówił:

– Dziwny mi jest ten spokój. Uszy tak przywykły do huku i hałasu, że cisza w nich dzwoni. Aby się tylko jaka zdrada in hoc silentio[3066] nie ukrywała.

– Od czasu jak jestem na pół racji, wszystko mi jedno! – mruczał posępnie Zagłoba. – Trzech rzeczy potrzebuje moja odwaga, a to: jeść dobrze, pić dobrze i wyspać się. Najlepszy rzemień, nie smarowany, zeschnie i popęka. Cóż dopiero, jeżeli w dodatku moknie jak konopie w wodzie? Deszcz nas moczy, a Kozacy międlą, jakże się z nas paździerze nie mają sypać? Miłe kondycje: bułka już florena kosztuje, a kwaterka gorzałki pięć. Tej śmierdzącej wody pies by w gębę nie chciał wziąć, bo już i studnie trupem nasiąknęły, a mnie się tak pić chce, jak i moim butom, które tak pyski pootwierały – jak ryby.

– Ale waścine buty i wodę piją nie przebredzając – rzekł pan Wołodyjowski.

– Milczałbyś, panie Michale. Nie większyś od sikory, to się ziarnkiem prosa pożywisz, a z naparstka napijesz. Ale ja Bogu dziękuję, że nie jestem taki misterny i że mnie nie kura z piasku zadnią nogą wygrzebała, ale niewiasta urodziła; dlatego potrzebuję jeść i pić jako człowiek, nie jak chrabąszcz, a żem od południa nic prócz śliny w gębie nie miał, dlatego mi i twoje żarty nie w smak.

Tu pan Zagłoba począł sapać gniewnie, a pan Michał wziął się za bok i tak mówił:

– Mam ja tu na udzie manierzynę[3067], com ją dziś Kozakowi wydarł, ale kiedy mnie kura z piasku wy grzebała, to już myślę, że i gorzałka tak nikczemnej persony nie będzie waści smaczna. W twoje ręce, Janie! – rzekł zwracając się do Skrzetuskiego.

– Daj, bo zimno! – rzekł Skrzetuski.

– Pij do pana Longina.

– Przechera z ciebie, panie Michale – rzekł Zagłoba – aleś chłop setny i to masz do siebie, że sobie odejmiesz, a drugiemu oddasz. Niechby się święciły te kury, co by takich żołnierzów jak ty z piasku wygrzebywały – ale ich na świecie podobno nie masz i nie o tobie myślałem.

– To weź waćpan od pana Podbipięty; nie chcę cię krzywdzić – rzekł pan Michał.

– Co waćpan robisz?... zostawże i mnie! – wołał z przestrachem Zagłoba spoglądając na pijącego Litwina. – Czego tak głowę zadzierasz? Bodaj ci tak już została! Za długie masz kiszki, niełatwo je nalejesz. Leje jak w spróchniałą sosnę! Żeby cię usiekli!

– Ledwiem co przechylił – rzekł pan Longinus oddając manierkę.

Pan Zagłoba przechylił lepiej i wypił do reszty; po czym parsknął i tak mówił:

– Cała to pociecha, że jeżeli się kiedy skończy nasza mizeria[3068], a Bóg pozwoli zdrowo wynieść głowy z tych terminów, to sobie we wszystkim wynagrodzimy. Jużci nam jakoweś chleby obmyślą. Ksiądz Żabkowski umie dobrze zjeść, ale go w kozi róg zapędzę.

– A co to za verba veritatis[3069] usłyszeliście dziś z księdzem Żabkowskim od Muchowieckiego? – pytał pan Michał.

– Cicho! – rzekł Skrzetuski – ktoś tu się z majdanu zbliża.

Umilkli, wtem jakaś ciemna postać stanęła koło nich i przyciszony głos spytał:

– A czuwacie?

– Czuwamy, mości książę – rzekł prostując się Skrzetuski.

– Pilno dawać baczność. Źle wróży ten spokój.

I książę przeszedł dalej, patrząc, czy gdzie sen nie przemógł utrudzonych żołnierzy. Pan Longinus ręce złożył

– Co to za wódz! Co to za wojennik!

– Mniej on od nas spoczywa – rzekł Skrzetuski. – Tak całe wały sam co noc obchodzi, aż het, do drugiego stawu.

– Dajże mu Boże zdrowie!

– Amen...

Nastało milczenie. Wszyscy wpatrywali się wytężonymi oczyma w ciemność, ale nic nie było widać – szańce kozackie były spokojne. Ostatnie światła na nich pogasły.

– Można by ich zejść jak susłów we śnie! – mruknął Wołodyjowski.

– Kto wie? – odrzekł Skrzetuski.

– Sen mnie tak morzy – mówił Zagłoba – że aż mi oczy pod wierzch głowy uciekają, a spać nie wolno. Ciekawym, kiedy będzie wolno? Czy strzelają, czy nie strzelają, ty stój pod bronią i kiwaj się od fatygi, jak Żyd na szabasie. Psia służba! Sam nie wiem, co mnie tak rozbiera: czy gorzałka, czy ranna irytacja za ów impet, któreśmy niesłusznie obaj z księdzem Żabkowskim wytrzymać musieli?

– Jakże to było? – pyytał pan Longinus. – Zacząłeś waćpan mówić i nie skończyłeś.

– To teraz opowiem: może się jakoś ze snu wybijemy! Poszliśmy rano z księdzem Żabkowskim na zamek w tej myśli, żeby to co do przegryzienia znaleźć. Chodzimy, chodzimy, zaglądamy wszędzie – nie ma nic, wracamy źli. Aż na podwórzu spotykamy ministra kalwińskiego[3070], któren kapitana Szenberka na śmierć gotował, tego, co go wczoraj postrzelili pod chorągwią pana Firlejową. Ja mu tedy mówię: „Będziesz się tu, szołdro, włóczył i dyzgusta[3071] Bogu czynił? – jeszcze niebłogosławieństwo na nas ściągniesz!” A on, widać dufając w protekcję pana bełskiego, rzecze: „Taka dobra nasza wiara, jak i wasza, albo i lepsza!” Jak to powiedział, ażeśmy skamienieli ze zgrozy. Ale ja nic! Myślę sobie: jest ksiądz Żabkowski, niechże będzie dysputa. A mój ksiądz Żabkowski aż parska i zaraz z argumentami: zmacał go pod żebro, on zaś nic na tę pierwszą rację nie odrzekł, bo jak się wziął toczyć, tak aż o ścianę się oparł. Wtem nadszedł książę z księdzem Muchowieckim i na nas: że to hałasy i swary wszczynamy! Że to nie czas, nie miejsce i nie argumenta! Zmyli nam głowy jak żakom – a bodaj czy słusznie, bo utinam sim falsus vates[3072], ale te ministry pana Firleja ściągną jeszcze na nas jakie nieszczęście...

– A ówże kapitan Szenberk nie rewokował[3073]? – pytał pan Michał.

– Gdzie tam! umarł w bezecności, jak i żył.

– Że też to ludzie wolą się i zbawienia wyrzec jak swego uporu! – westchnął pan Longinus.

– Bóg nas od przemocy i od czarów kozackich broni – mówił dalej Zagłoba – a oni Go jeszcze obrażają. Czy waściom wiadomo, że wczoraj z tego tam ot szańca kłębkami nici na majdan strzelano? Żołnierze powiadali, że zaraz w tym miejscu, gdzie kłębki padały, ziemia jakoby trądem się pokryła...

– Wiadoma rzecz, że przy Chmielnickim czarni za rękodajnych służą – rzekł żegnając się Litwin.

– Czarownice sam widziałem – dodał Skrzetuski – i powiem waszmościom...

Dalsze słowa przerwał pan Wołodyjowski, który ścisnął nagle ramię Skrzetuskiego i szepnął:

– Cicho no!...

Po czym skoczył nad sam brzeg okopu i słuchał pilnie.

– Nic nie słyszę – rzekł Zagłoba.

– Ts!... deszcz zagłusza! – odpowiedział Skrzetuski.

Pan Michał począł kiwać ręką, aby mu nie przeszkadzano, i czas jeszcze jakiś słuchał pilno, na koniec zbliżył się do towarzyszów[3074].

– Idą – szepnął.

– Daj znać księciu! Poszedł ku kwaterom Ostroroga – odszepnął Skrzetuski – my zaś pobieżymy ostrzec żołnierzy.

I zaraz z miejsca puścili się wzdłuż okopu, zatrzymując się co chwila i szepcąc wszędy po drodze czuwającym żołnierzom:

вернуться

3066

in hoc silentio (lac.) – w takiej ciszy.

вернуться

3067

manierzyna – manierka, buteleczka blaszana na alkohol.

вернуться

3068

mizeria (z lac.) – nedza, bieda.

вернуться

3069

verba veritatis (lac.) – slowa prawdy.

вернуться

3070

minister kalwinski – pastor, duchowny protestancki, wyznawca doktryny Kalwina.

вернуться

3071

dyzgust (lac.) – przykrosc, niesmak.

вернуться

3072

utinam sim falsus vates (lac.) – obym byl falszywym prorokiem; obym sie mylil.

вернуться

3073

rewokowac (lac. revoco: odwoluje) – nawrocic sie.

вернуться

3074

towarzyszow – dzis popr. forma D. lm: towarzyszy.