Tu dziewczyna podniosła oczy do nieba:
– Ratujże Ty mnie, Boże wielki a miłosierny, ratuj sierotę, ratuj nieszczęsną, ratuj zabłąkaną! Bądź wola Twoja, ale stań się miłosierdzie Twoje!
A przecie już stało się miłosierdzie, bo oto wyrwana jest z rąk najokropniejszych, cudem bożym, niezrozumiałym ocalona. Niebezpieczeństwo nie minęło jeszcze, ale może i zbawienie niedalekie. Kto wie, gdzie jest ten, którego sercem wybrała. Z Siczy[1399] musiał już wrócić, może jest gdzie na tym samym stepie. Będzie jej szukał i odnajdzie, a wtedy radość zastąpi łzy, wesele – smutek, groźby i trwogi miną raz na zawsze – przyjdzie spokój i pocieszenie. Dzielne, proste serce dziewczyny napełniło się ufnością i step szumiał słodko naokoło, a powiew, który tymi trawami kołysał, nawiewał zarazem myśli słodkie do jej głowy. Nie taka ona przecie sierota na tym świecie, gdy oto przy niej jeden dziwny, nieznany opiekun – a drugi, znany i kochany, zatroszczy się o nią, nie opuści, przyhołubi[1400] raz na zawsze. A to jest człowiek żelazny, mocniejszy i potężniejszy od tych, którzy na nią dybią w tej chwili.
Step szumiał słodko, z kwiatów wychodziły zapachy silne i upajające, czerwone głowy bodiaków[1401], purpurowe kistki roztocza, białe perły mikołajków i pióra bylicy pochylały się ku niej, jakby w tym kozaczku przebranym, o długich warkoczach, mlecznej twarzy i kraśnych ustach rozpoznawały siostrę-dziewczynę. Chyliły się tedy ku niej, jakby chciały mówić: „Nie płacz, krasnodiwo[1402], my także na opiece bożej!” Jakoż uspokojenie przychodziło do niej od stepu coraz większe. Zacierały się obrazy mordu i pogoni w umyśle, a natomiast ogarniała ją jakaś niemoc, ale słodka, sen począł kleić i jej powieki, konie szły wolno – ruch ją kołysał. Usnęła.
Rozdział XX
Obudziło ją szczekanie psów. Otworzywszy oczy, ujrzała w dali przed sobą dąb wielki, cienisty, zagrodę i żuraw studzienny. Wnet zbudziła towarzysza.
– Mości panie, zbudź się waszmość!
– Zagłoba otworzył oczy.
– A to co? A my gdzie przyjechali?
– Nie wiem.
– Czekajże wasanna. To jest zimownik[1403] kozacki.
– Tak i mnie się widzi.
– Pewnie tu czabanowie[1404] mieszkają. Niezbyt miła kompania. Czego te psy ujadają, żeby ich wilcy ujedli! Widać konie i ludzi pod zagrodą. Nie ma rady, trzeba zajechać, żeby nie ścigali, jak ominiem. Musiałaś i waćpanna się zdrzemnąć.
– Tak jest.
– Raz, dwa, trzy, cztery konie osiodłane – czterech ludzi pod zagrodą. No, niewielka potęga. Tak jest, to czabanowie. Coś żywo rozprawiają. Hej tam, ludzie! A bywaj no tu!
Czterech Kozaków zbliżyło się natychmiast. Byli to istotnie czabanowie od koni, czyli koniuchowie, którzy latem stad wśród stepów pilnowali. Pan Zagłoba zauważył natychmiast, że jeden z nich miał tylko szablę i piszczel[1405], trzej inni zbrojni byli w szczęki końskie poprzywiązywane do kijów, ale wiedział i to także, że tacy koniuchowie bywają to ludzie dzicy i często dla podróżnych niebezpieczni.
Jakoż wszyscy czterej zbliżywszy się poglądali spode łba na przybyłych. W brązowych twarzach ich nie było najmniejszego śladu życzliwości.
– Czego chcecie? – pytali nie zdejmując czapek.
– Sława Bohu – rzekł pan Zagłoba.
– Na wiki wikiw[1406]. Czego chcecie?
– A daleko do Syrowatej?
– Nie znajem nikakij Syrowatej[1407].
– A ówże zimownik jak się zwie?
– Huśla.
– Dajcie no koniom wody.
– Nie ma wody, wyschła. A wy skąd jedziecie?
– Z Kriwoj Rudy.
– A dokąd?
– Do Czehryna[1408].
Czabanowie spojrzeli po sobie. Jeden z nich, czarny jak żuk i kosooki, począł wpatrywać się w pana Zagłobę, wreszcie rzekł:
– A czego wy z gościńca zjechali?
– Bo upał.
– Kosooki położył rękę na lejcach pana Zagłoby.
– Zleź no, panku, z konia. Do Czehryna nie masz po co jechać.
– I czemuż to? – spytał spokojnie pan Zagłoba.
– A widzisz ty tego mołojca[1409]? – rzekł kosooki ukazując jednego z czabanów.
– Widzę.
– On z Czehryna prijichaw. Tam Lachiw riżut[1410].
– A wiesz ty, chłopie, kto do Czehryna za nami jedzie?
– Kto takij?
– Kniaź Jarema!
Zuchwałe twarze czabanów spokorniały w jednej chwili. Wszyscy jakby na komendę poodkrywali głowy.
– A wiecie wy, chamy – mówił dalej pan Zagłoba – co Lachy robią z takimi, co riżut? Oni takich wiszajut[1411]! A wiecie, ile kniaź Jarema wojska prowadzi? A wiecie, że on nie dalej, jak pół mili stąd? A co, psie dusze? Dudy w miech? Jak to wy nas tu przyjęli? Studnia wam wyschła? Wody dla koni nie macie? A, basałyki! A, kobyle dzieci! Pokażę ja wam!
– Ne serdyteś, pane! Studnia wyschła. My sami do Kahamliku jeździm poić i wodę dla siebie nosimy.
– A, skurczybyki!
– Prostyte, pane[1412]. Studnia wyschła. Każecie, to skoczym po wodę.
– Obejdzie się bez was, sam pojadę z pachołkiem. Gdzie tu Kahamlik? – spytał groźnie.
– Ot, dwie staje stąd! – rzekł kosooki pokazując na pas zarośli.
– A do gościńca czy tędy muszę wracać, czy brzegiem dojedzie?
– Dojedzie, pane. Milę stąd rzeka do gościńca skręca.
– Pachołek, ruszaj przodem! – rzekł pan Zagłoba zwracając się do Heleny.
Mniemany pachołek skręcił konia na miejscu i poskoczył.
– Słuchać! – rzekł Zagłoba zwracając się do chłopów. – Jeśli tu podjazd przyjdzie, powiedzieć, żem brzegiem do gościńca pojechał.
– Dobrze, pane.
W kwadrans później Zagłoba jechał znów obok Heleny.
– W porę im księcia wojewodę wymyśliłem – rzekł przymrużając oko pokryte bielmem. – Będą teraz siedzieli cały dzień i czekali podjazdu. Drżączka ich porwała na samo imię książęce.
1399
Sicz Zaporoska – wedrowna stolica Kozakow Zaporoskich, oboz warowny na jednej z wysp dolnego Dniepru.
1408
Czehryn a. Czehryn (ukr. Czyhyryn) – miasto na srodkowej Ukrainie, polozone nad jednym z doplywow srodkowego Dniepru, jedna z najdalej wysunietych twierdz Rzeczypospolitej.
1410
On z Czehryna prijichaw. Tam Lachiw rizut (ukr.) – on z Czehryna przyjechal. Tam Polakow zabijaja.