– Pójdziemy pieszą...
– Dobrze to waćpannie przy jej dwudziestu leciech, ale nie mnie przy mojej cyrkumferencji[1429] chłopską modą podróżować. Choć i to źle mówię, bo tu lada chłop na szkapę się zdobędzie, a psi[1430] tylko chodzą na piechotę. Czysta desperacja, jak mnie Bóg miły. Jużci, nie będziem tu siedzieć, tylko pójdziemy, ale kiedy zajdziemy do onej Zołotonoszy? – nie wiem. Jeśli uciekać nawet i na koniu niemiło, to na piechotę ostatnia rzecz. Tedy przygodziło się już nam, co się mogło najgorszego przygodzić. Kulbaki[1431] musimy zostawić, a co do gęby włożyć, to na własnym karku dźwigać.
– Nie pozwolę ja na to, abyś waćpan sam dźwigał, a co będzie trzeba, to i ja też poniosę.
Zagłoba udobruchał się widząc takową determinację dziewczyny.
– Moja mościa panno – rzekł – a toż chyba byłbym Turkiem albo poganinem, gdybym na to pozwolił! Nie do dźwigania to te bieluchne rączki, nie do dźwigania te strzeliste pleczyki[1432]. Jakoś Bóg da, że i sam poradzę, jeno wypoczywać często muszę, bo nadtom był zawsze wstrzemięźliwy w jedle[1433] i napoju, od czego mam teraz dech krótki. Weźmiemy czapraki do spania i żywności trochę, a zresztą niewiele już jej zostanie licząc, że zaraz trzeba się dobrze pokrzepić.
Jakoż zabrali się do posiłku, przy którym pan Zagłoba, porzuciwszy swą zachwalaną wstrzemięźliwość, starał się o dech długi. Koło południa przyszli nad bród, którym widocznie od czasu do czasu przejeżdżali ludzie i wozy, bo po obu brzegach były ślady kół i kopyt końskich.
– Może to droga do Zołotonoszy? – rzekła Helena.
– Ba, nie ma się kogo spytać.
Ledwie pan Zagłoba skończył mówić, gdy z oddali doszedł ich uszu głos ludzki.
– Czekaj waćpanna, ukryjmy się – szepnął Zagłoba.
Głos zbliżał się coraz bardziej.
– Widzisz co waćpan? – spytała Helena.
– Widzę.
– Kto się zbliża?
– Dziad-ślepiec z lirą. Wyrostek go prowadzi. Teraz buty zdejmują. Przejdą ku nam przez rzekę.
Po chwili pluskanie wody oznajmiło, że istotnie przechodzą.
– Zagłoba wraz z Heleną wyszli z ukrycia.
– Sława Bohu! – rzekł głośno szlachcic.
– Na wiki wikiw – odpowiedział dziad. – A kto tam jest?
– Chrześcijanie. Nie bój się, dziadu, naści ortę.
– Szczob wam światyj Mikołaj daw zdorowla i szczastje[1434].
– A skąd, dziadu, idziecie?
– Z Browarków.
– A ta droga dokąd prowadzi?
– Do chutoriw, pane, do seła[1435]...
– A do Zołotonoszy nią dojdzie?
– Można, pane.
– Dawnoście wyszli z Browarków?
– Wczoraj rano, pane.
– A w Rozłogach byliście?
– Byli. Ale powiadają, że tam łycary prijszli, szczo bitwa buła[1436].
– Któż to powiadał?
– W Browarkach powiadali. Tam jeden z kniaziowej czeladzi przyjechał, a co powiadał, strach!
– A wyście go nie widzieli?
– Ja, pane, nikogo nie widzę, ja ślepy.
– A ówże wyrostek?
– On widzi, ale on niemowa, ja jeden jego rozumiem.
– Daleko też stąd do Rozłogów, bo my tam właśnie idziemy?
– Oj! Daleko!
– Więc powiadacie, żeście byli w Rozłogach?
– Byli, pane.
– Tak? – rzekł pan Zagłoba i nagle chwycił za kark wyrostka.
– Ha, łotry, złodzieje, łajdaki, na przeszpiegi chodzicie, chłopów do buntu podmawiacie! Hej, Fedor, Olesza, Maksym, brać ich, obedrzeć do naga i powiesić albo utopić! Bij ich, to buntownicy, szpiegi, bij, zabijaj!
Począł szarpać wyrostka i potrząsać nim silnie, i krzyczeć coraz głośniej. Dziad rzucił się na kolana prosząc o miłosierdzie, wyrostek wydawał przeraźliwe głosy właściwe niemowom, a Helena spoglądała ze zdumieniem na ową napaść.
– Co waćpan robisz? – pytała nie wierząc własnym oczom.
Ale pan Zagłoba wrzeszczał, przeklinał, poruszał całe piekło, wzywał wszystkich nieszczęść, klęsk, chorób – groził wszelkimi rodzajami mąk i śmierci.
Kniaziówna myślała, że mu się rozum pomieszał.
– Umykaj! – wołał na nią – nie przystoi ci patrzyć na to, co się tu stanie, umykaj, mówię.
Nagle zwrócił się do dziada:
– Zdejmuj przyodziewek, capie, a nie, to cię tu potnę na sztuki.
I obaliwszy wyrostka na ziemię począł go własnymi rękami obdzierać. Dziad, przerażony, zrzucił co prędzej lirę, torbę i świtkę.
– Zdziewaj wszystko!... Bogdaj cię zabito! – wrzeszczał Zagłoba.
Dziad począł ściągać koszulę.
Kniaziówna widząc, na co się zanosi, oddaliła się spiesznie, aby swej skromności widokiem nagich członków nie obrazić, a za uciekającą goniły jeszcze przekleństwa Zagłoby.
Oddaliwszy się znacznie, zatrzymała się, nie wiedząc sama, co począć. W pobliżu leżał pień obalonego przez wichry drzewa, siadła więc na nim i czekała. Do uszu jej dochodziły wrzaski niemowy, jęki dziada i warchoł czyniony przez pana Zagłobę.
Wreszcie umilkło wszystko. Słychać było tylko świergotanie ptaków i szmer liści. Po chwili dało się słyszeć sapanie i ciężki chód ludzki.
Był to pan Zagłoba.
Na ramieniu niósł przyodziewek zdarty z dziada i pacholęcia, w ręku dwie pary butów i lirę. Zbliżywszy się począł mrugać swoim zdrowym okiem, uśmiechać się i sapać.
Widocznie był w doskonałym humorze.
– Żaden woźny w trybunale nie nakrzyczy się tak, jakom się ja nakrzyczał! – rzekł. – Ażem ochrypł. Ale mam, czegom chciał. Wypuściłem ich nagich, jak ich matka porodziła. Jeśli mnie sułtan nie zrobi baszą albo hospodarem wołoskim[1437], to jest niewdzięcznikiem, gdyż przysporzyłem dwóch tureckich świętych. O łajdaki! Prosili, by im też choć koszule zostawić! Alem im rzekł, iż dość powinni być wdzięczni, że ich przy żywocie zostawiam. A zobacz no waćpanna. Wszystko nowe, i świty, i buty, i koszule. Maż[1438] tu być porządek w tej Rzeczypospolitej, gdy chamstwo tak zbytkownie się ubiera? Ale oni byli na odpuście w Browarkach, gdzie niemało zebrali grosiwa, toż sobie kupili wszystko nowe na jarmarku. Niejeden szlachcic tyle nie wyorze w tym kraju, ile dziad wyżebrze. Odtąd porzucam rycerskie rzemiosło, a będę dziadów na gościńcach obdzierał, bo widzę, że eo modo[1439] prędzej do fortuny dojść można.
– Ale na jakiż pożytek waćpan to uczyniłeś? – pytała Helena.
– Na jaki pożytek? Waćpanna tego nie rozumiesz? Tedy poczekaj trochę, zaraz się ów pożytek widocznie waćpannie ukaże.
To rzekłszy wziął połowę zdartego przyodziewku i oddalił się w krze zarastające brzegi. Po niejakim czasie w krzach ozwały się dźwięki liry, a następnie ukazał się... już nie pan Zagłoba, ale prawdziwy did[1440] ukraiński z bielmem na jednym oku, z siwą brodą. Did zbliżył się do Heleny śpiewając ochrypłym głosem:
Sokołe jasnyj, brate mij ridnyj,
Ty wysoko litajesz,
Ty szyroko widajesz.[1441]
Kniaziówna klasnęła w ręce i po raz pierwszy od ucieczki z Rozłogów uśmiech rozjaśnił jej śliczną twarz.
1434
Szczob wam swiatyj Mikolaj daw zdorowla i szczastje (z ukr.) – oby wam swiety Mikolaj dal zdrowie i szczescie.
1435
Do chutoriw, pane, do sela (ukr.) – do chutorow, panie, do wsi; chutor a. futor – pojedyncze gospodarstwo, oddalone od wsi; przysiolek.
1437
hospodar woloski – wladca Woloszczyzny, panstwa na terenach dzisiejszej pld. Rumunii, zaleznego od Imperium Osmanskiego.
1441
Sokole jasnyj... Ty daleko widajesz. (ukr.) – Sokole jasny, Bracie moj rodzony, Ty wysoko latasz, Daleko siega twoja wiedza i wladza.