Выбрать главу

William Tenn

Ojciec rodziny

Gdy Stewart Raley dotarł na swoje miejsce w strato-odrzutowcu — pojeździe linii specjalnej, którym codziennie wracał z Centrum Biznesu Metropolii Nowojorskiej do podmiejskiego domku w stanie New Hampshire — prawie nie czuł nóg i dosłownie, autentycznie nic przed sobą nie widział.

Z czystego przyzwyczajenia, którego nabrał przez wieloletnie powtarzanie tych samych czynności, znalazł swoje normalne miejsce przy oknie obok Eda Greene’a; z przyzwyczajenia wcisnął guzik na oparciu siedzenia przed sobą i z przyzwyczajenia wreszcie spoglądał na maleńki ekran telewizyjny, gdzie nadawano popołudniowe wiadomości, choć żadnym zmysłem nie odbierał pospiesznie i z podnieceniem przekazywanych serwisów.

Wprawdzie słyszał jak przez mgłę ryk silników podczas startu, ale znów tylko z przyzwyczajenia zaparł się nogami o podłogę i napiął mięśnie brzucha w odpowiedzi na zaci-. skający się pas bezpieczeństwa. A to oznaczało, pomyślał, że coraz bardziej zbliżał się do chwili, gdy nie pomoże mu nawet rutyna, gdy w ogóle nic nie będzie w stanie mu pomóc. Przynajmniej nie w najgorszej tragedii, jaka może się przydarzyć człowiekowi żyjącemu w roku 2080.

— — Miałeś ciężki dzień, Stew? — przywitał go nieco podchmielony Ed Greene. — Wyglądasz, jakbyś padał z nóg.

Raley poczuł, że jego usta poruszają się, ale dopiero po chwili z gardła wydobył się dźwięk.

— Tak — wykrztusił w końcu. — To był ciężki dzień.

— No bo kto ci kazał harować w tym Solar Minerals? — wsiadł na niego Ed, zupełnie jakby Stewart na coś mu się uskarżał. — Te korporacje międzyplanetarne to w kółko tylko jedno: pracuj, pracuj i pracuj. Masz wystawić fakturę zaraz, w tej chwili, bo inaczej statek dostawczy z Neptuna odleci, a następny będzie za pół roku; masz za chwilę przepisać korespondencję z Merkurego, bo jak nie… Myślisz, że tego nie znam? Piętnaście lat temu robilem dla Outer Planet Pharmaceuticals i miałem tego, do diabła, po dziurki w nosie. Nie to, co teraz. Naciąganie klientów i księgowość w Centrum Biznesu Metropolii Nowojorskiej. Cicho. Czysto. Przyjemnie.

Raley kiwnął z wysiłkiem głową i roztarł sobie czoło. Nie bolała go głowa, choć bardzo chciał mieć jakąś migrenę. Wszystko jedno co, byle nie myśleć.

— Nie ma tu, rzecz jasna, wielkich kokosów — Ed roztrząsał na głos inny aspekt zagadnienia. — Nie ma wielkiej forsy, ale i nie dorobię się wrzodów. Pewnie do końca życia utknę w przedziale dwojga dzieci, ale żył będę długo i szczęśliwie. W moim biurze nikt się specjalnie nie przemęcza. Wiadomo, że Nowy Jork stoi tu od wieków i jeszcze długo będzie stał.

— Tak — odrzekł Raley wpatrzony w niewidzialny punkt na wprost siebie. — Na pewno. Nowy Jork jeszcze długo będzie stał.

— Człowieku, a coś ty dzisiaj taki znów ponury! Ganime-des też jeszcze trochę pobędzie! Nikt ci tego Ganimedesa nie ukradnie!

Frank Tyler, który siedział za nimi, wychylił się nad oparciem fotela.

— A może tak małego pokerka, panowie? — zaproponował. — Trzeba jakoś zabić te pół godziny.

Raley zupełnie nie miał ochoty na grę, ale rozumiał intencje Franka i nie mógł odmówić. Kolega z Solar Minerals słyszał, co mówił Greene — podobnie zresztą jak cały samolot — a tylko on wiedział, jaki ból handlarz nieruchomościami bezwiednie sprawiał Raleyowi. Na pewno robiło mu się coraz bardziej przykro i uznał, że trzeba za wszelką cenę zmienić temat.

„Nawet miło z jego strony” — pomyślał Raley, gdy wraz z Edem odwracali fotele, aby siąść twarzą do kolegów. W końcu dostał awans na stanowisko szefa Ganimedesa, na które Frank ostrzył sobie zęby. Ktoś inny na jego miejscu nawet by się cieszył, słysząc, jak Ed na niego wygaduje. Ale Frank nie był okrutny.

Grali jak zwykle we czterech. Bruce Robertson, ilustrator książek, który siedział obok Franka, podniósł swoją olbrzymią teczkę i położył jako stół na środku. Frank rozpakował świeżą talię i pociągnęli karty, kto ma rozdawać. Padło na Eda Greene’a.

— Stawki jak zawsze? — upewnił się, tasując karty. — Dycha, dwie, trzy?

Kiwnęli głowami i Ed zaczął rozdawać. Ale wcale nie przestał mówić.

— Tłumaczyłem temu biedakowi — wyjaśnił im głosem, który chyba słyszał pilot w hermetycznej kabinie — że z handlu nieruchomościami masz przynajmniej jeden pożytek: nie dostaniesz zawału. Żona cały czas mnie zanudza, żebym znalazł sobie lepszą pracę. „Tak mi wstyd — mówi — że w moim wieku mam tylko dwójkę dzieci. Stewart Raley jest dziesięć lat od ciebie młodszy, a Marion niedawno urodziła już czwarte. Gdybyś choć w połowie był mężczyzną, też byś się wstydził. Gdybyś był mężczyzną, to byś coś z tym zrobił”. I wiecie, co ja jej na to? „Sheila — mówię — powiedz od razu, że masz ochotę na 36A”.

Bruce Robertson spojrzał na niego zdumiony.

— 36A?

— Prawda, ty jesteś szczęśliwym kawalerem! — parsknął śmiechem Ed Greene. — Poczekaj, aż się ożenisz. Wtedy zobaczysz, co to znaczy 36A. Będziesz myślał o tym przy jedzeniu, przy piciu i w czasie snu.

— Druczek 36A — wyjaśnił Bruce’owi Frank Tyler, zgarniając jednocześnie pulę — wypełnia się, kiedy składasz do BPR podanie o następne dziecko.

— Aha, rozumiem. Po prostu nie wiedziałem, że to ma taki numer. Ale czekaj, Ed. Przecież sytuacja finansowa to tylko jeden z czynników. Biuro Planowania Rodziny bierze jeszcze pod uwagę zdrowie rodziców, obciążenia dziedziczne, środowisko domowe…

— A nie mówiłem! — szydził Ed. — Kawaler! Kompletnie zielony, bezdzietny kawaler! Bruce Robertson posiniał.

— Niedługo się ożenię, panie Ed Greene — rzekł przez zaciśnięte zęby. — A wtedy będę miał więcej dzieci niż ty kiedykolwiek…

— Masz rację, że sytuacja finansowa to tylko jeden z czynników — pospiesznie wtrącił Frank Tyler, chcąc załagodzić sprawę. — Ale za to najważniejszy, a jeśli w rodzinie już jest kilkoro dzieci, właśnie na to BPR zwraca uwagę przede wszystkim, zanim podejmie decyzję.

— Zgadza się! — Ed przycisnął ręką karty zjeżdżające z rozchybotanej teczki. — Taki na przykład mój szwagier, Paul. Moja żona potrafi dniami i nocami: „Paul to, Paul tamto”; nic dziwnego, że o nim więcej słyszę niż o sobie. Paul jest współwłaścicielem Zjednoczenia Transportu Mars-Zie-mia, więc mieści się w przedziale osiemnaściorga dzieci. Jego żona jest raczej leniwa, nie dba, co ludzie mówią, więc mają tylko dziesięcioro, ale…

— Mieszkają w New Hampshire? — spytał Frank. Stewart Raley przed chwilą zauważył, że Frank spogląda na niego z troską. Najwidoczniej chciał zmienić temat, uznawszy, że rozmowa toczy się w niewłaściwym kierunku i mogła jeszcze bardziej dobić Raleya. Pewnie wszystko miał wypisane na twarzy.

Z tą twarzą trzeba coś zrobić, za kilka minut spotka się z Marion. Jeśli nie zachowa ostrożności, Marion natychmiast zgadnie.

— W New Hampshire? — powtórzył Ed z pogardą. — Mój szwagier Paul? Przy jego zarobkach? Nie, moi drodzy! Nie dla niego jakieś tam przedmieścia. Ma dom w prawdziwej wsi, na zachód od Zatoki Hudsona w Kanadzie. Lecz jak mówiłem, nie idzie mu z żoną najlepiej, wiecie, atmosfera w domu nie jest najlepsza dla dzieci. Ale myślicie, że mają jakiś kłopot z 36A? Nigdy w życiu! Po prostu wypełniają i wraca następnego dnia z wielkim niebieskim napisem „Wyrażono zgodę” na całą stronę. Rozumiecie, jak sobie w tym BPR pomyślą, na co u diabła ich stać, te wszystkie pierwszorzędne piastunki i specjaliści od psychologii, a jak dzieciak ma kłopoty z dorastaniem, to załatwiają najlepszego psychiatrę za największe pieniądze.