Выбрать главу

Wyrwałem mu łopatkę z ręki i wcisnąłem ją w dłoń Datha, który spojrzał na mnie z powątpiewaniem. Pomogłem mu, ale kazałem pokroić tort w pewien bardzo konkretny sposób, zilustrowany starym dowodem geometrycznym[1], którego Orolo nauczył mnie, gdy dopiero co zostałem fidem i przepłakałem całą noc z tęsknoty za dawnym życiem. Zajęło nam to dłuższą chwilę, ale kiedy uporaliśmy się z tym zadaniem, po twarzy Datha poznałem, że zrozumiał lekcję, i mogłem mu pogratulować.

— Doskonale — powiedziałem. — Właśnie odtworzyliśmy dowód geometryczny, który liczy sobie tysiące lat.

— To wtedy już znali takie ciasta?

— Nie, ale mieli ziemię i inne rzeczy, które musieli mierzyć i dzielić. Ta sama sztuczka sprawdza się także w innych sytuacjach.

— Mhm. — Dath pochłonął wierzchołek swojego kawałka tortu.

— Mówisz „mhm”, jakby to była błahostka, ale dla nas to wielka rzecz. Dlaczego sposób podzielenia tortu nadaje się do zastosowania przy podziale działki? Przecież ciasto i ziemia to dwie zupełnie różne rzeczy.

Trochę zamieszaliśmy w głowie Dathowi, który chciał po prostu zjeść kawałek ciasta, ale Cord szybko zorientowała się w sytuacji.

— Mam nad Dathem pewną przewagę — wtrąciła. — W pracy często rozważam różne problemy geometryczne. Ale odpowiedź jest taka, że geometria to… geometria. W czystej postaci. Nie ma znaczenia, do czego w praktyce zechcesz ją zastosować.

— Co ciekawe, podobne stwierdzenie odnosi się nie tylko do geometrii, ale także do innych dziedzin teoryki — powiedziałem. — Powiedzmy, że udowodnisz jakieś twierdzenie. Później ktoś inny może je udowodnić w zupełnie inny sposób, ale uzyska dokładnie ten sam wynik. I bez względu na to, kto i w której epoce będzie o tych dowodach dyskutował, obojętne, czy będzie je odnosił do tortu, czy pastwiska, zawsze uzyska tę samą odpowiedź. Wydaje się, że takie uniwersalne prawdy pochodzą z innego świata, z innego wymiaru egzystencji. To naturalne, że wierzymy w to, że ten inny świat naprawdę istnieje i jest czymś więcej niż tylko wytworem naszej wyobraźni. Chcielibyśmy się do niego przenieść.

— Najlepiej nie umierając po drodze — wtrącił Arsibalt.

— Kiedy wycinam jakiś element, bywa, że nie mogę przestać o nim myśleć — przyznała Cord. — Nie śpię, tylko cały czas wyobrażam sobie jego kształt. Czujecie coś podobnego, kiedy myślicie o swoich pracach?

— Naturalnie, czemu mielibyśmy nie czuć? Fascynację geometrią nosisz cały czas w głowie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko układ neuronów w mózgu, które w taki a nie inny sposób zostały połączone przez impulsy elektryczne, co nie zmieni faktu, że jest to niezależna rzeczywistość. I rozmyślanie o niej stanowi dla ciebie interesujący i satysfakcjonujący sposób spędzania czasu.

Rosk był terapeutą manualnym: nakładał ręce na ludzi i w ten sposób ich naprawiał.

— Miałem kiedyś pacjenta, który cierpiał z powodu ucisku na nerw, wywołanego niewłaściwą postawą — wtrącił. — Rozmawiałem o tym z moim nauczycielem przez piszczek: bez obrazu, tylko sam dźwięk. Odbyliśmy długą dyskusję o tym nerwie, o otaczających go mięśniach i ścięgnach, o tym, jak powinienem nimi manipulować, żeby zmniejszyć dolegliwość… I nagle uświadomiłem sobie, jakie to dziwne: obaj odnosiliśmy się do obrazu ciała tego człowieka, do modelu, który istniał w naszych głowach, ale także…

— Ale także w jeszcze innym miejscu — podpowiedziałem. — Wspólnym.

— Takie miałem wrażenie. W pierwszej chwili trochę się zląkłem, ale później przestałem o tym myśleć, żeby nie wyjść na dziwaka.

— Ten pomysł napawa ludzi lękiem od czasów Cnoüsa, a my tutaj mamy przytułek dla wszystkich tych, którzy nie mogą się od takich myśli opędzić — stwierdziłem. — Nie każdy się tu odnajdzie, ale to nieszkodliwe miejsce.

— Przynajmniej od czasu Trzeciej Łupieży — zauważył Rosk.

Stwierdzenie to samo w sobie było nad wyraz nieuprzejme, a beztroski ton Roska wzmocnił to wrażenie dziesięciokrotnie. Cord poczerwieniała na twarzy; domyślałem się, że po kolacji będą sobie mieli co nieco do powiedzenia. Nikt nie wiedział, czy Rosk zdaje sobie sprawę, jak potworną rzecz powiedział.

Ludzie zaczęli nas uciszać, ponieważ zbliżała się ta chwila rytu, w której przy głównym stole przedstawiano nowo przyjętych deklarantów. Kolekta objęła ośmioro podrzutków. Jedna z dziewczynek była chorowita i miała zostać w matemie jednorocznym, gdzie lekarze mogli się nią swobodnie zaopiekować. Dwójka zachowała jeszcze pępowiny, co oznaczało, że trafią do milenarystów, z krótkim przystankiem po drodze: mieliśmy je przenieść przez labirynt i oddać setnikom. Pozostałą piątka — minimalnie starsza, bez pępowin — miała trafić do setników.

Doczekaliśmy się także trzydziestu sześciu starszych kolektantów, z których siedemnastu (wśród nich Barb) miało trafić bezpośrednio do naszego matemu, a pozostałych czekał najpierw roczny pobyt u jednorazowców; przy odrobinie szczęścia mogli w przyszłości awansować.

Tuzin jednorazowców z poprzedniego roku awansował do naszego matemu. Dalsza dziewiątka przybyła do nas z innego koncentu, położonego w górach i tradycyjnie zasilającego nas świeżą krwią.

Wszystkich tych nowicjuszy zgromadzono przy głównym stole, powitano i nagrodzono oklaskami. Następnego dnia, po zamknięciu bramy, czekała ich druga, bardziej monotonna ceremonia powitalna, ale tego wieczoru to władze Saeculum zabawiały nas swoją specyficzną odmianą monotonii. Zgodnie z wielowiekową tradycją najwyższy rangą gryzipiórek obecny na kolacji powinien wstać i oficjalnie przekazać nam dzieci, które z tą chwilą opuszczały świat sekularny i przechodziły pod jurysdykcję matemową. Od tej pory to my mieliśmy zapewnić im dach nad głową, karmić je, opiekować się nimi w chorobie, urządzić im pogrzeb, gdyby zmarły, i wymierzyć karę, gdyby zachowywały się niewłaściwie. Ich sytuację można by porównać do zrzeczenia się obywatelstwa jednego kraju i przyjęcia drugiego — czyli z formalnego punktu widzenia był to akt niezwykłej wagi, który należało potwierdzić stosownie uroczystymi formułami i biciem w dzwon. Na mocy niemal równie wiekowej tradycji wzmiankowany wyżej urzędnik korzystał z nadarzającej się okazji, żeby „wygłosić krótki komentarz”.

W tym wypadku najważniejszym gryzipiórkiem był przybrany sznurem dziwoląg, który w pierwszym dniu apertu zameldował się o świcie przy Bramie Dekady wraz z towarzyszącym mu kontyngentem. Okazało się, że jest burmistrzem miasteczka.

Zaczął od tego, że podziękował dosłownie wszystkim — od samej góry (od Boga) do samego dołu i z powrotem do góry, na wszelki wypadek dorzucił ogólnikowe podziękowanie dla wszystkich pominiętych ludzi oraz istot nadnaturalnych, po czym przeszedł do rzeczy:

— Nawet ci z was, którzy mieszkają w Sauncie Edharze, z pewnością słyszeli już o tym, że nadzwyczajna korekta granic prefektur, zarządzona przez Jedenasty Krąg Arcymagistrów, zmieniła krajobraz polityczny, i to w sensie jak najbardziej dosłownym. Rada Plenarna Odzyskanych Satrapii podjęła decyzję bez precedensu i ulokowała pięć z ośmiu tetrarchii w zasięgu nowego pokolenia przywódców, którzy, co mogę wam uroczyście obiecać, będą znacznie bardziej niż ich poprzednicy wyczuleni na wartości hołubione przez wyborców należących do Nowego Antybazu, a także obywateli należących do innych ark lub nienależących do żadnej, a podzielających nasze zatroskanie…

— Skoro jest ich osiem, to dlaczego nazywa się je tetrarchiami? — zapytał Orolo.

Ojciec Jesry’ego posłał mu zirytowane spojrzenie. Bardzo uważnie słuchał burmistrza; ba, robił notatki z jego wystąpienia.