— Cóż mam mu mówić?
— To, czego ja nie będę mógł napisać… Ale trzeba to misternie podsuwać. Niech cię Bóg broni, abyś się wydał z tym, żeś ode mnie słyszał, jakobym korony pragnął. Na to jeszcze za wcześnie… Ale mów, że tu wszystka szlachta na Żmudzi i na Litwie o tym mówi i chętnie to widzi, że sami Szwedzi głośno o tym wspominają; żeś to i przy osobie króla słyszał… Będziesz zważał, kto tam z dworzan z panem marszałkiem konfident, i podsuniesz mu taką myśclass="underline" niech Lubomirski przejdzie do Szwedów, a w nagrodę zażąda małżeństwa Herakliusza z Radziwiłłówną, a potem niech Radziwiłła na Wielkie Księstwo popiera, to Herakliusz je z czasem odziedziczy. Nie dość na tym; podsuń i to, że gdyby Herakliusz raz litewską włożył koronę, tedyby go z czasem i na polski tron powołano, a tak w dwóch rodach dwie korony na powrót by się złączyć mogły. Jeśli się tam tej myśli oburącz nie pochwycą, to pokażą się małymi ludźmi. Kto wysoko nie mierzy i wielkich zamysłów się zlęknie, ten niech się laską, buławką, kasztelanijką kontentuje, niech służy i kark zgina, przez pokojowców na łaskę zarabia, bo niczego lepszego niewart!… Mnie do czego innego Bóg stworzył i dlatego śmiem wyciągnąć rękę po wszystko, co tylko w mocy człowieczej, i dojść aż do tej granicy, jaką sam Bóg potędze ludzkiej postawił!
Tu książę wyciągnął rzeczywiście ręce, jakby chciał w nie jakąś niewidzialną koronę pochwycić, i rozgorzał cały jak pochodnia, ale wtem ze wzruszenia znowu mu powietrza zabrakło w gardzieli.
Po chwili uspokoił się jednak i rzekł przerywanym głosem:
— Ot… gdy dusza leci… jakoby do słońca… choroba mówi swoje memento[528]… Niech się co chce dzieje… Wolę, żeby mnie śmierć zastała na tronie… niż w królewskiej antykamerze[529]…
— Może medyka zawołać? — pytał Kmicic.
Radziwiłł począł kiwać ręką.
— Nie trzeba… nie trzeba… Już mi lepiej… Ot! i wszystko, co miałem ci powiedzieć… Prócz tego oczy miej otwarte, uszy otwarte… Bacz i na to, co Potocczyzna pocznie. Oni kupą chodzą, a Wazom wierni… i potężni… Koniecpolski[530] a Sobiescy także nie wiadomo, jak się przechylą… Patrz i ucz się… Ot, i duszność przeszła… Zrozumiałeś wszystko expedite[531]?
— Tak jest. Jeśli w czym pobłądzę, to z własnej winy.
— Listy już mam popisane, jeno kilka zostaje. Kiedy chcesz ruszyć?
— Dziś jeszcze! Jak najprędzej!…
— Nie maszże jakiej prośby do mnie?
— Wasza książęca mość!… — zaczął Kmicic.
I urwał nagle.
Słowa z trudnością wychodziły mu z ust, a na twarzy malował się przymus i zmieszanie.
— Mów śmiało! — rzekł hetman.
— Proszę — rzekł Kmicic — aby tu miecznik rosieński i ona… jakowej krzywdy nie doznali!…
— Bądź pewien. Ale to widzę, że ty tę dziewkę jeszcze miłujesz?
— Nie może być! — rzekł Kmicic. — Zali ja wiem!… Godzinę ją miłuję, godzinę nienawidzę… Diabeł jeden wie! Skończyło się wszystko, jakom rzekł… jedna męka została… Nie chcę ja jej, ale nie chcę, by ją inny brał… Wasza książęca mość niech tego nie dopuści… Sam nie wiem, co gadam… Jechać mi, jechać jak najprędzej! Niech wasza książęca mość nie zważa na moje słowa. Bóg mi wróci rozum, jeno za bramę wyjadę…
— Rozumiem to, że póki z czasem afekt nie ostygnie, to choć się samemu nie chce, przecie parzy myśl, że inny weźmie. Ale bądź o to spokojny, bo nikogo tu nie dopuszczę, a wyjechać stąd, nie wyjadą. Wkrótce wszędy pełno będzie obcego żołnierza i niebezpieczno!… Najlepiej ją do Taurogów wyprawię, pod Tylżę, gdzie księżna bawi… Bądź spokojny, Jędrek!… Idź, gotuj się do drogi, a przychodź do mnie na obiad…
Kmicic skłonił się i wyszedł, a Radziwiłł począł oddychać głęboko. Rad był z wyjazdu Kmicica. Zostawała mu jego chorągiew i jego nazwisko, jako stronnika, a o osobę mniej dbał.
Owszem, Kmicic, wyjechawszy, mógł mu oddać znaczne posługi; w Kiejdanach ciężył mu już od dawna. Hetman pewniejszym był go z daleka niż z bliska. Dzika fantazja i zapalczywość Kmicica mogły lada chwila sprowadzić w Kiejdanach wybuch i zerwanie, nader niebezpieczne dla obydwóch. Wyjazd usuwał niebezpieczeństwo.
— Jedźże, diable wcielony, i służ! — mruknął książę poglądając na drzwi, którymi odszedł chorąży orszański.
Następnie zawołał pazia i rozkazał prosić do siebie Ganchofa.
— Obejmiesz chorągiew Kmicicową — rzekł mu — i komendę nad całą jazdą. Kmicic wyjeżdża.
Przez zimną twarz Ganchofa przebiegł jakoby błysk radości. Omijała go misja, ale spotykała wyższa szarża.
Skłonił się więc w milczeniu i rzekł:
— Wierną służbą za łaskę waszej książęcej mości się wypłacę!
Po czym wyprostował się i czekał.
— A co powiesz więcej? — rzekł książę.
— Wasza książęca mość! Przyjechał tu dziś rano szlachcic z Wiłkomierza, który przywiózł wieść, że pan Sapieha na waszą książęcą mość z wojskami ciągnie.
Radziwiłł drgnął, lecz w mgnieniu oka opanował wrażenie.
— Możesz odejść! — rzekł do Ganchofa.
Po czym zamyślił się głęboko.
Rozdział XXIV
Kmicic zajął się bardzo czynnie przygotowaniami do drogi oraz wyborem ludzi, którzy mieli mu towarzyszyć, postanowił bowiem nie jechać bez pewnej asystencji, raz dla bezpieczeństwa własnego, a po wtóre, dla powagi swojej poselskiej osoby. Pilno mu było, więc chciał ruszyć tegoż jeszcze dnia na noc lub jeśliby słota nie ustała, nazajutrz rano. Ludzi wynalazł wreszcie sześciu pewnych, którzy dawniej jeszcze pod nim służyli, w tych lepszych czasach, gdy się przed przyjazdem do Lubicza pod Chowańskim uwijał, starych zabijaków orszańskich, gotowych iść za nim choćby na kraj świata. Sama to była szlachta i bojarowie putni[532], ostatnie resztki potężnej niegdyś watahy, przez Butrymów wyciętej. Na czele ich stanął wachmistrz Soroka, dawny sługa Kmiciców, żołnierz stary i sprawny bardzo, chociaż liczne wyroki, za liczniejsze jeszcze swawole, nad nim ciążyły.
Po obiedzie dał hetman panu Andrzejowi listy i glejt do komendantów szwedzkich, z którymi młody poseł mógł się w znaczniejszych miastach spotykać; pożegnał go i wyprawił dość czule, prawie po ojcowsku, zalecając ostrożność i rozwagę.
Tymczasem pod wieczór niebo poczęło się wyjaśniać, mdłe słońce jesienne ukazało się nad Kiejdanami[533] i zaszło za czerwone chmury porozciągane długimi pasmami na zachodzie.
Nic nie stawało na przeszkodzie do drogi. Kmicic popijał właśnie strzemiennego z Ganchofem, Charłampem i kilkoma innymi oficerami, gdy o zmroku już wszedł Soroka i spytał:
— Jedziemy, panie komendancie?
— Za godzinę! — odparł Kmicic.
— Konie i ludzie gotowi, już na dziedzińcu…
Wachmistrz wyszedł, a oni poczęli się tym bardziej trącać kielichami, lubo Kmicic więcej udawał, że pije, niż pił w rzeczywistości. Nie w smak mu było wino i nie szło mu do głowy, nie rozweselało humoru, a tymczasem tamtym kurzyło się już z czupryn.
— Mości pułkowniku! — mówił Ganchof. — Poleć mnie łasce księcia Bogusława… Wielki to kawaler, jakiego drugiego nie masz w całej Rzeczypospolitej. Jak tam przyjedziesz, to jakobyś do Francji przyjechał. Inna mowa, inny obyczaj, a każdy dworności tam się może nauczyć snadniej jeszcze aniżeli na królewskim dworze.