— Światła! — rzekł książę.
Harasimowicz poobjaśniał knoty od świec, po czym wyszedł i po chwili wrócił ze świecznikiem w ręku.
— Wasza książęca mość! — rzekł — czas na spoczynek, już drugie kury piały!
— Nie chcę! — rzekł książę. — Zdrzemnąłem się i zmora mnie dusiła. Co tam nowego?
— Jakiś szlachcic przywiózł list z Nieświeża od księcia krajczego, ale nie śmiałem wchodzić nie przyzwany.
— Dawaj co prędzej list!
Harasimowicz podał zapieczętowane pismo, książę otworzył i począł czytać, co następuje:
„Niech Waszą Książęcą Mość Bóg broni i powstrzyma od takowych zamysłów, które wieczną hańbę i zniszczenie domowi naszemu przynieść mogą. Za sam takowy zamiar nie o panowaniu, ale o włosiennicy[398] myśleć. Mnie też wielkość naszego domu na sercu leży, a najlepszy dowód w staraniach, jakie w Wiedniu czyniłem, abyśmy suffragia[399] w sejmach Rzeszy mieć mogli. Ale ojczyzny ani pana swojego za żadne nagrody i potęgę ziemską nie zdradzę, abym zaś po takiej siejbie żniwa hańby za życia i potępienia po śmierci nie zebrał. Wejrzyj Wasza Ks. Mość na zasługi przodków i na sławę niepokalaną i opamiętaj się, na miłosierdzie boskie, póki czas po temu służy. Nieprzyjaciel oblega mnie w Nieświeżu i nie wiem, zali to pismo dojdzie rąk Waszej Ks. Mości; ale chociaż każda chwila zgubą mi grozi, nie o ocalenie Boga proszę, jeno aby Waszą Ks. Mość od tych zamysłów powstrzymał i na drogę cnoty naprowadził. Choćby się już co złego uczyniło, jeszcze recedere[400] wolno i prędką poprawą zgładzić grzechy potrzeba. A ode mnie nie spodziewajcie się pomocy, bo to z góry oświadczam, że bez względu na związek krwi ja siły swoje z panem podskarbim i z wojewodą witebskim połączę i oręż mój sto razy prędzej przeciw Waszej Ks. Mości zwrócę, zanimbym do tej haniebnej zdrady miał dobrowolnie przyłożyć ręki. Bogu Waszą Książęcą Mość polecam.
Michał Kazimierz Radziwiłł[401], Książę na Nieświeżu i Ołyce, Krajczy W. Ks. Litewskiego.”
Hetman skończywszy list opuścił go na kolana i począł kiwać głową z bolesnym na twarzy uśmiechem.
— I ten mnie opuszcza, własna krew mnie się wypiera za to, żem chciał dom nasz nie znanym dotąd blaskiem przyozdobić!… Ha! trudno! Pozostaje Bogusław, i ten mnie nie opuści… Z nami elektor i Carolus Gustavus, a kto nie chce siać, ten i zbierać nie będzie…
— Hańby! — szepnęło sumienie.
— Wasza książęca mość raczy dać odpowiedź? — pytał Harasimowicz.
— Nie będzie odpowiedzi.
— Mogęż odejść i pokojowych przysłać?
— Czekaj… Czy warty pilno rozstawione?
— Tak jest.
— Ordynanse[402] do chorągwi rozesłane?
— Tak jest.
— Co robi Kmicic?
— Łbem o ścianę bił i krzyczał o potępieniu. Wił się jak piskorz. Chciał uciekać za Billewiczami, warty go nie puściły. Porwał się do szabli, musiano go związać. Teraz leży spokojnie.
— Miecznik rosieński wyjechał?
— Nie było rozkazu, żeby go wstrzymać.
— Zapomniałem! — rzekł książę. — Otwórz okna, bo duszno i astma mnie dusi. Charłampowi powiedz, żeby do Upity[403] po chorągiew ruszał i zaraz ją tu sprowadził. Pieniędzy mu dać, niech pierwszą ćwierć ludziom zapłaci i podochocić im pozwoli… Powiedz mu, że Dydkiemie w dożywocie po Wołodyjowskim weźmie. Astma mnie dusi… Czekaj!
— Wedle rozkazu waszej książęcej mości.
— Co robi Kmicic?
— Jako rzekłem waszej książęcej mości, leży spokojnie.
— Prawda! mówiłeś… Każ go tu przysłać. Potrzebuję z nim mówić. Więzy każ mu zdjąć.
— Wasza książęca mość, to człowiek szalony…
— Nie bój się, ruszaj!
Harasimowicz wyszedł; książę zaś wyjął z weneckiego biurka pudełko z pistoletami, otworzył je i położył sobie pod ręką, na stole, przy którym usiadł.
Po kwadransie czasu wszedł Kmicic wprowadzony przez czterech trabantów[404] szkockich. Książę kazał odejść żołnierzom. Zostali sam na sam.
Zdawało się, że nie ma ani jednej kropli krwi w twarzy junaka, tak była blada; oczy tylko świeciły mu gorączkowo, ale zresztą był spokojny, zrezygnowany, lubo zdawał się być pogrążony w bezgranicznej rozpaczy.
Przez chwilę milczeli obaj. Przemówił pierwszy książę:
— Przysiągłeś na krucyfiksie, że nie opuścisz mnie!
— Potępiony będę, gdy tej przysięgi nie dotrzymam; potępiony będę, gdy jej dotrzymam! — rzekł Kmicic. — Wszystko mi jedno!
— Choćbym cię do złego prowadził, nie ty będziesz odpowiadał.
— Przed miesiącem groziły mi sądy i kary za zabójstwa… dziś wydaje mi się, żem wonczas był niewinny jak dziecko!
— Nim wyjdziesz z tej komnaty, będziesz się czuł rozgrzeszony ze wszystkich swych win dawniejszych — rzekł książę.
Nagle zmieniwszy ton spytał z pewną poufałą dobrodusznością:
— Co też sądzisz, co ja powinienem był uczynić wobec dwóch nieprzyjaciół, stokroć potężniejszych, przeciwko którym obronić tego kraju nie mogłem?
— Zginąć! — odpowiedział szorstko Kmicic.
— Zazdrościć wam, żołnierzom, którym wolno tak łatwo zrzucić gniotące brzemię. Zginąć! Kto śmierci w oczy patrzył i nie boi się jej, temu nic prostszego w świecie. Was głowa nie boli o to i żadnemu na myśl nie przyjdzie, że gdybym ja teraz wojnę zaciekłą rozniecił i, nie zawarłszy układu, zginął, tedyby kamień na kamieniu z tego kraju nie pozostał. Nie daj Bóg, aby się to stało, bo i w niebie nie znalazłaby dusza moja spoczynku. O, terąue quaterąue beati[405], którzy możecie zginąć!… Zali to myślisz, że i mnie żywot już nie cięży, żem niegłodny wiekuistego snu i odpocznienia? Ale trzeba kielich żółci i goryczy wychylić do dna. Trzeba ratować ten nieszczęśliwy kraj i dla jego ratunku pod nowym ugiąć się ciężarem. Niech zazdrośni posądzają mnie o pychę, niech mówią, że ojczyznę zdradzam dlatego, aby siebie wynieść — Bóg mnie widzi, Bóg sądzi, czy pragnę tego wyniesienia i czybym się nie zrzekł, gdyby inaczej być mogło… Znajdźcież wy, którzy mnie odstępujecie, środek ratunku; wskażcie drogę wy, którzyście mnie zdrajcą mianowali, a dziś jeszcze podrę ten dokument i wszystkie chorągwie ze snu rozbudzę, aby na nieprzyjaciela ruszyć.
Kmicic milczał.
— No! czemu milczysz? — zawołał podniesionym głosem Radziwiłł — czynię cię na moim miejscu hetmanem wielkim i wojewodą wileńskim, a ty nie giń, bo to nie sztuka, ale ratuj kraj: broń województw zajętych, pomścij popioły Wilna, broń Żmudzi przeciw szwedzkiemu najściu, ba! broń całej Rzeczypospolitej, wyżeń[406] z granic wszystkich nieprzyjaciół!… Porwij się samotrzeć[407] na tysiące i nie giń!… i nie giń, bo ci nie wolno, ale ratuj kraj!…
— Nie jestem hetmanem i wojewodą wileńskim — odparł Kmicic — i co do mnie nie należy, to nie moja głowa… Ale jeśli chodzi o to, by się porwać samotrzeć na tysiące, to się porwę!
— Słuchaj tedy, żołnierzu: skoro nie twoja głowa ma ratować kraj, to zostaw to mojej i ufaj!
— Nie mogę! — rzekł ze ściśniętymi zębami Kmicic.