— Ma wasza książęca mość rację! — odrzekł Szczaniecki. — Kubek w kubek to samo powiadali Radziejowski i Opaliński pod Ujściem. Cieszmy się, mości panowie! Na pohybel[514] Janowi Kazimierzowi!…
To rzekłszy pan Szczaniecki odsunął z łoskotem krzesło, wstał i wyszedł z sali.
— Win najlepszych, jakie są w piwnicach! — zakrzyknął książę.
Pan marszałek pobiegł spełnić rozkazy. W sali zawrzało jak w ulu. Gdy pierwsze wrażenie minęło, szlachta poczęła rozprawiać nad wiadomościami i dyskutować. Wypytywano pana Suchańca o szczegóły z Podlasia i przyległego Mazowsza, które już Szwedzi zajęli.
Po chwili wtoczono do sali smoliste ankary i poczęto odbijać w nich gwoździe. Humory ożywiły się i stopniowo stawały się coraz lepsze.
Coraz częstsze głosy jęły powtarzać: „Stało się! Nie ma już rady!” — „Może będzie lepiej! Trzeba się zgodzić z fortuną!” — „Książę nie da nas ukrzywdzić!” — „Lepiej nam niż innym… Niech żyje Janusz Radziwiłł, wojewoda nasz, hetman i książę!”
— Wielki książę litewski! — krzyknął znowu pan Jurzyc.
Ale tym razem nie odpowiedziało mu już milczenie ani śmiech — owszem, kilkadziesiąt zachrypłych gardzieli ryknęło naraz:
— Życzym tego! Z serca i duszy życzym! Niech nam żyje! Niech panuje!
Magnat wstał z twarzą czerwoną jak szmat purpury.
— Dziękuję wam, panowie bracia!… — rzekł poważnie.
W sali od świateł i oddechów ludzkich uczyniło się duszno jak w łaźni.
Panna Aleksandra przechyliła się przez Kmicica ku miecznikowi rosieńskiemu.
— Słabo mi — rzekła — chodźmy stąd.
Jakoż twarz jej była blada, a na czole lśniły krople potu.
Lecz miecznik rosieński rzucił niespokojnym wzrokiem na hetmana w obawie, czy mu porzucenie stołu nie będzie za złe poczytane. W polu był to odważny żołnierz, lecz z całej duszy bał się Radziwiłła.
Tymczasem, na domiar złego hetman rzekł w tej chwili:
— Wróg mój, kto ze mną wszystkich toastów do dna nie spełni, bom dziś wesół!
— Słyszałaś? — rzekł miecznik.
— Stryju, ja nie mogę dłużej, mnie słabo! — rzekła błagalnym głosem Oleńka.
— To odejdź sama — odpowiedział miecznik.
Panna wstała usiłując wymknąć się tak, aby niczyjej uwagi nie zwrócić; lecz sił jej brakło i chwyciła w niemocy za poręcz krzesła.
Nagle objęło ją silne rycerskie ramię i podtrzymało już prawie mdlejącą.
— Ja waćpannę odprowadzę! — rzekł pan Andrzej.
I nie pytając o pozwolenie objął jej kibić jakoby żelazną obręczą, lecz ona ciężyła mu coraz bardziej, wreszcie nim doszli do drzwi, zwisła bezwładnie na jego ramieniu.
Wówczas on wziął ją na ręce, tak lekko jak dziecko, i wyniósł z sali.
Rozdział XXIII
Tegoż wieczora, po skończonej uczcie, pan Andrzej pragnął koniecznie widzieć się z księciem, ale odpowiedziano mu, że książę zajęty jest tajemną rozmową z panem Suchańcem.
Przyszedł więc nazajutrz z rana i natychmiast został przed oblicze pańskie przypuszczony.
— Wasza książęca mość — rzekł — przyszedłem z prośbą.
— Co chcesz, abym dla cię uczynił?
— Nie mogę tu dłużej żyć. Każdy dzień większa dla mnie męka. Nic tu po mnie w Kiejdanach[515]. Niech wasza książęca mość wymyśli mi jaką funkcję, niech mnie wyśle, gdzie chce. Słyszałem, że pułki mają na Zołtareńkę[516] ruszać. Pójdę z nimi.
— Rad by Zołtareńko pohałasował z nami, ale mu nijak do nas, bo tu już szwedzka protekcja, a my też na niego bez Szwedów nie możemy… Graf Magnus okrutnie wolno się posuwa i wiadomo dlaczego! Dlatego, że mi nie ufa. Ale także ci to źle w Kiejdanach przy naszym boku?
— Wasza książęca mość na mnie łaskaw, a przecie tak mi źle, iż i wypowiedzieć nie umiem. Prawdę mówiąc, myślałem, że inaczej wszystko pójdzie… Myślałem, że będziem się bili, że żyć będziem w ogniu i w dymie, na kulbace[517] dzień i noc. Do tego mnie Bóg stworzył. A tu siedź, słuchaj rozpraw i dysput, gnij w bezczynności albo poluj na swoich, zamiast na nieprzyjaciela… Nie mogę wytrzymać, po prostu nie mogę… Wolę sto razy śmierć, jak mi Bóg miły! Czysta męka!
— Wiem już, z czego ta desperacja pochodzi. Amory to, nic więcej! Gdy podstarzejesz, będziesz się śmiał z tych mąk. Widziałem to wczoraj, żeście na siebie z tą dziewczyną krzywi i coraz krzywsi.
— Nic mi do niej, a jej do mnie. Co było, to się i skończyło!
— A co to, ona wczoraj zachorowała?
— Tak jest.
Książę milczał przez chwilę.
— Radziłem ci już i jeszcze raz radzę — rzekł hetman — jeżeli ci o nią chodzi, to ją bierz, z jej wolą lub bez woli. Każę wam ślub dać. Będzie trochę krzyku i płaczu… Nic to! Po ślubie weźmiesz ją do swojej kwatery… i jeśli nazajutrz jeszcze będzie płakała, toś ba-i-bardzo!
— Ja proszę waszej książęcej mości o jakąś funkcję wojskową, nie o ślub! — odrzekł szorstko Kmicic.
— Tedy jej nie chcesz?
— Nie chcę. Ni ja jej, ni ona mnie! Choćby się też dusza we mnie podarła, nie będę jej o nic prosił. Chciałbym jeno być jak najdalej, ażeby o wszystkim zapomnieć, póki mi się rozum nie pomiesza. Tu nie ma nic do roboty, a bezczynność ze wszystkiego najgorsza, bo zmartwienie człowieka trawi jako choroba. Niech wasza książęca mość przypomni sobie, jak jej wczoraj jeszcze było ciężko, póki nowiny dobre nie przyszły… Tak mnie jest dziś i tak będzie. Co mam robić? Za głowę się ułapić, by jej gorzkie myśli nie rozerwały, i siedzieć? Co tu wysiedzę? Bóg wie, co to za czasy, Bóg wie, co to za jakaś wojna, której zrozumieć ani umysłem objąć nie mogę… od czego jeszcze ciężej. Ot, jak mi Bóg miły, jeśli wasza książęca mość mnie jako nie użyjesz, tedy chyba ucieknę, watahę zbiorę i będę bił…
— Kogo? — spytał książę.
— Kogo? — Pójdę pod Wilno i będę urywał, jakom Chowańskiego urywał. Puść wasza książęca mość ze mną moją chorągiew, to i wojna się zacznie!
— Twoja chorągiew tu mi potrzebna przeciw wewnętrznemu nieprzyjacielowi.
— Toż to i ból, toż to i męka w Kiejdanach z założonymi rękoma stróżować albo się za jakim Wołodyjowskim uganiać, którego by się przy strzemieniu za towarzysza mieć wolało.
— Ja funkcję dla ciebie mam — rzekł książę. — Pod Wilno cię nie puszczę ani chorągwi ci nie dam. Jeżeli zaś wbrew mojej woli postąpisz i zebrawszy watahę pojedziesz, to wiedz, że tym samym przestaniesz mi służyć.
— Ale ojczyźnie się przysłużę!
— Ten ojczyźnie służy, kto mnie służy. Jużem cię o tym przekonał. Przypomnij sobie także, żeś mi zaprzysiągł. Na koniec, gdy na wolentariusza[518] wyjdziesz, to zarazem wyjdziesz spod mojej inkwizycji, a tam sądy z wyrokami na cię czekają… Dla własnego dobra nie powinieneś tego czynić.
— Co tam teraz sądy znaczą!
— Za Kownem nic, ale tu, gdzie jeszcze kraj spokojny, nie ustały dotąd funkcjonować. Możesz się wprawdzie nie stawić, ale wyroki zapadną i będą nad tobą ciążyły aż do spokojniejszych czasów. Kogo raz do trąby włożą, temu i w dziesięć lat przypomną, a już szlachta laudańska przypilnuje, by ci nie przepomniano.