Выбрать главу

— Szukam pana Williama de Worde’a — zahuczał głos nad nimi.

Ogromny troll przesłaniał światło z piwnicznej klapy.

— To ja — powiedział William.

— Patrycjusz zaraz cię przyjmie — oznajmił troll.

— Ale ja nie byłem umówiony z lordem Vetinarim…

— No tak… — odparł troll. — Byś się zdziwił, ilu ludzi umawia się z lordem Vetinarim i nic o tym nie wie. Więc się lepiej pospiesz. Ja bym się spieszył na twoim miejscu.

* * *

W ciszy słychać było jedynie tykanie zegara. William przyglądał się niespokojnie, jak — na pozór zapomniawszy o jego obecności — Vetinari raz jeszcze uważnie czyta „Puls”.

— Bardzo… interesujący dokument — oświadczył Patrycjusz, odkładając arkusz. — Ale zmuszony jestem zapytać… dlaczego?

— To ten mój list z nowinami — odparł William. — Tylko że większy. No bo… ludzie chcą wiedzieć o różnych rzeczach.

— Jacy ludzie?

— No… właściwie wszyscy.

— Naprawdę? Powiedzieli panu?

William przełknął ślinę.

— Eee… Niby nie. Ale, jak pan wie, piszę swoje listy z nowinami już od dłuższego czasu…

— Do rozmaitych zagranicznych notabli i podobnych osób. — Vetinari pokiwał głową. — Do ludzi, którzy muszą wiedzieć. Wiedza jest elementem ich profesji. Ale to sprzedaje pan wszystkim na ulicy. Zgadza się?

— Raczej tak, wasza lordowska mość.

— Ciekawe. W takim razie nie spodoba się panu teza, że państwo przypomina trochę jedną z dawnych galer? Miały rzędy wioślarzy pod pokładem, a na górze sternika i całą resztę. Oczywiście w interesie wszystkich leży, by statek nie zatonął. Ale daję panu pod rozwagę, że może jednak nie jest w interesie wioślarzy, by wiedzieć o każdej ominiętej mieliźnie, każdej kolizji, jakiej udało się uniknąć. To by ich niepokoiło, gubiliby rytm. Wioślarze muszą tylko wiedzieć, jak wiosłować. Hmm?

— I że mają dobrego sternika — dodał William. Nie zdołał powstrzymać tego zdania. Samo się wypowiedziało. I zawisło w powietrzu.

Vetinari rzucił mu spojrzenie, które trwało o kilka sekund dłużej, niż to było konieczne. A potem natychmiast jego twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.

— To oczywiste. Powinni wiedzieć, naturalnie. Żyjemy przecież w wieku słów. Pięćdziesięciu sześciu rannych podczas bójki w tawernie, co? Zdumiewające. Jakie jeszcze wieści ma pan dla nas?

— No więc… tego… Jest bardzo zimno…

— Naprawdę? Coś podobnego…

Na biurku lorda Vetinariego maleńka góra lodowa uderzyła o ściankę kałamarza.

— Tak, i wybuchła też… mała… burda na spotkaniu kółka gospodyń.

— Burda, tak?

— No, właściwie to raczej zamęt[4]. I jeszcze komuś wyrosło zabawnie ukształtowane warzywo.

— To prawdziwa sensacja. A jaki to kształt?

— No… śmieszny, wasza lordowska mość.

— Panie de Worde, czy mogę panu udzielić pewnej rady?

— Oczywiście, wasza lordowska mość.

— Niech pan będzie ostrożny. Ludzie lubią, kiedy mówi im się to, co już wiedzą. Proszę o tym pamiętać. Robią się niespokojni, kiedy przekazuje im pan nowości. Nowości… no cóż, nowości nie są takie, jak się spodziewają. Chcieliby się dowiadywać, że… powiedzmy… pies ugryzł człowieka. Nie chcą czytać o tym, że człowiek ugryzł psa, bo to na świecie nie powinno się zdarzać. Krótko mówiąc, ludzie myślą, że chcą nowin, od A do Z, ale tak naprawdę zależy im na… starzynach. Widzę, że zaczyna pan już to rozumieć.

— Tak, proszę pana — odparł William.

Nie był całkiem pewny, czy w pełni wszystko zrozumiał, był jednak pewny tego, że ta część, którą zrozumiał, wcale mu się nie podoba.

— Jak mi się zdaje, Gildia Grawerów chciałaby omówić kilka spraw z panem Dobrogórem, Williamie. Ja jednak zawsze uważałem, że powinniśmy iść naprzód, ku przyszłości.

— Tak, wasza lordowska mość. Trudno byłoby iść w innym kierunku.

I znowu nastąpiło to za długie spojrzenie, a potem nagłe rozjaśnienie twarzy.

— Rzeczywiście. Miłego dnia, panie de Worde. Aha… i proszę uważać, jak pan chodzi. Jestem przekonany, że nie chciałby się pan stać nowinami… prawda?

* * *

Wracając na Błyskotną, William obracał w myślach słowa Patrycjusza. A nie jest rozsądnie zamyślać się zbyt głęboko, gdy chodzi się po ulicach Ankh-Morpork.

Przeszedł obok Gardło Sobie Podrzynam Dibblera i ledwie skinął mu głową. Zresztą Dibbler był zajęty. Miał dwóch klientów. Dwóch jednocześnie, jeśli jeden z nich nie podpuszcza drugiego, zdarzało się niezwykle rzadko. Ale ci dwaj trochę go niepokoili. Sprawdzali towar.

G.S.P. Dibbler sprzedawał swoja kiełbaski i paszteciki w całym mieście, nawet przed bramą Gildii Skrytobójców. Potrafił dobrze oceniać ludzi, zwłaszcza kiedy chodziło o ocenę, kiedy trzeba skręcić niewinnie za róg, a potem uciekać ile sił w nogach. Właśnie uznał, że miał pecha, stojąc w tym miejscu… I że jest już za późno.

Nieczęsto spotykał zabójców. Morderców owszem, ale mordercy mieli zwykle jakieś powody, a poza tym na ogół mordowali przyjaciół i krewnych. Spotykał też wielu skrytobójców, ale skrytobójstwo miało pewien styl, a nawet pewne zasady.

Ci ludzie byli zabójcami. Ten większy, ze śladami białego proszku na marynarce i otoczony zapachem naftaliny, był zwykłym brutalnym zbirem, żaden problem. Ale tego mniejszego, z przylizanymi włosami, otaczał zapach gwałtownej i okrutnej śmierci. Nieczęsto człowiek miał okazję spojrzeć w oczy kogoś, kto zabija, ponieważ w danym momencie wydaje się to niezłym pomysłem.

Ostrożnie poruszając rękami, Dibbler odsłonił specjalną sekcję swojej tacy, sekcję wysokiej klasy, zawierającą kiełbaski, których składniki były 1) mięsem, 2) pochodzącym z określonego czworonogiego zwierzęcia, 3) prawdopodobnie lądowego.

— Mogę też polecić panom te oto — powiedział, a ponieważ trudno się pozbyć starych przyzwyczajeń, nie mógł się powstrzymać i dodał: — Najlepsza wieprzowina.

— Dobre są, tak?

— Nigdy nie zechce pan zjeść innej, drogi panie.

Wtedy odezwał się ten drugi.

— A co z tymi poprzednimi?

— Słucham?

— Racice, świńskie smarki, szczury i co tam jeszcze wpadnie do …onej maszynki do mięsa.

— Panu Tulipanowi — wtrącił pan Szpila — chodzi o bardziej organiczne kiełbaski.

— Tak — potwierdził pan Tulipan. — Bardzo dbam o …one środowisko.

— Jest pan pewien? Nie, nie, oczywiście! — Dibbler uniósł dłoń. Zachowanie obu klientów się zmieniło. Najwyraźniej wszystkiego byli całkiem pewni. — No więc… Chce pan niedobrą… mniej dobrą kiełbaskę, tak? Hm…

— Żeby miała w środku …one paznokcie — odparł pan Tulipan.

— No więc, ehm… mam tu… mógłbym… — Dibbler zrezygnował. Był handlowcem. Człowiek sprzedaje, co sprzedaje. — Może opowiem panu o tych kiełbaskach — podjął, gładko zmieniając bieg wewnętrznego silnika na wsteczny. — Kiedy w rzeźni ktoś odrąbał sobie kciuk, nie zatrzymali nawet maszyny do mielenia. Prawdopodobnie nie znajdzie pan w niej żadnego szczura, ponieważ szczury omijają to miejsce. Są tam zwierzęta, które… No cóż, słyszał pan pewnie, jak mówią, że życie zaczęło się w czymś w rodzaju zupy? Tak samo te kiełbaski. Jeśli szuka pan niedobrej kiełbaski, nie znajdzie pan lepszej niż u mnie.

вернуться

4

Słowa przypominają ryby — pod takim względem, że pewne wyspecjalizowane typy mogą przetrwać np. jedynie w rafie koralowej, gdzie ich dziwaczne kształty i zastosowania chronione są przed groźbami otwartego morza. „Zamęt” i „burda” spotyka się tylko w niektórych rodzajach gazet (podobnie jak „napoje alkoholowe” spotykane są tylko w niektórych typach menu). Praktycznie nigdy nie używa się ich w normalnej rozmowie.