Noc była jasna, ciepła. Przed cyrkiem snuły się jeszcze tłumy, ciekawe widzieć odjazd cezara, ale jakieś posępne i milczące. Tu i ówdzie ozwał się poklask i ścichł zaraz. Ze spoliarium skrzypiące wozy wywoziły wciąż krwawe szczątki chrześcijan.
Petroniusz i Winicjusz odbywali drogę w milczeniu. Dopiero w pobliżu willi Petroniusz spytał:
– Czy myślałeś o tym, com ci powiedział?
– Tak jest – odrzekł Winicjusz.
– Czy ty wierzysz, że teraz i dla mnie to jest sprawa największej wagi? Muszę ją uwolnić wbrew cezarowi i Tygellinowi. To jest jakby walka, w której zawziąłem się zwyciężyć, to jest jakby gra, w której chcę wygrać choćby kosztem własnej skóry... Dzisiejszy dzień utwierdził mnie jeszcze w przedsięwzięciu.
– Niech ci Chrystus zapłaci!
– Obaczysz.
Tak rozmawiając stanęli przed drzwiami willi i wysiedli z lektyki. W tej chwili jakaś ciemna postać zbliżyła się do nich i spytała:
– Czy tu jest szlachetny Winicjusz?
– Tak – odrzekł trybun – czego chcesz?
– Jestem Nazariusz, syn Miriam; idę z więzienia i przynoszę ci wiadomość o Ligii.
Winicjusz oparł mu rękę na ramieniu i przy blasku pochodni począł mu patrzeć w oczy, nie mogąc przemówić ani słowa, ale Nazariusz odgadł zamierające na jego wargach pytanie i odrzekł:
– Żyje dotąd. Ursus przysyła mnie do ciebie, panie, aby ci powiedzieć, że ona w gorączce modli się i powtarza imię twoje.
A Winicjusz odrzekł:
– Chwała Chrystusowi, który mi ją wrócić może.
Po czym wziąwszy Nazariusza poprowadził go do biblioteki. Po chwili jednak nadszedł i Petroniusz, aby słyszeć ich rozmowę.
– Choroba ocaliła ją od hańby, bo kaci boją się – mówił młody chłopiec. – Ursus i Glaukus lekarz czuwają nad nią dzień i noc.
– Czy stróże zostali ciż sami?
– Tak, panie, i ona jest w ich izbie. Ci więźniowie, którzy byli w dolnych więzieniach, pomarli wszyscy na gorączkę lub podusili się w zaduchu.
– Ktoś ty jest? – zapytał Petroniusz.
– Szlachetny Winicjusz mnie zna. Jestem synem wdowy, u której mieszkała Ligia.
– I chrześcijaninem?
Chłopiec spojrzał pytającym wzrokiem na Winicjusza, ale widząc, że ów modli się w tej chwili, podniósł głowę i rzekł:
– Tak jest.
– Jakim sposobem możesz wchodzić swobodnie do więzienia?
– Nająłem się, panie, do wynoszenia ciał zmarłych, a uczyniłem to umyślnie, aby przychodzić z pomocą braciom moim i przynosić im wieści z miasta.
Petroniusz począł się przypatrywać uważniej ślicznej twarzy chłopca, jego błękitnym oczom i czarnym, bujnym włosom, po czym spytał:
– Z jakiego kraju jesteś, pacholę?
– Jestem Galilejczykiem, panie.
– Czy chciałbyś, by Ligia była wolną?
Chłopiec podniósł oczy w górę:
– Choćbym sam miał potem umrzeć.
Wtem Winicjusz przestał się modlić i rzekł:
– Powiedz stróżom, by włożyli ją do trumny jak umarłą. Ty dobierz pomocników, którzy w nocy wyniosą ją razem z tobą. W pobliżu Cuchnących Dołów znajdziecie czekających z lektyką ludzi, którym oddacie trumnę. Stróżom obiecaj ode mnie, że dam im tyle złota, ile każdy w płaszczu zdoła unieść.
I gdy tak mówił, twarz jego straciła zwykłą martwotę, zbudził się w nim żołnierz, któremu nadzieja wróciła dawną energię.
Nazariusz zaś spłonął z radości i wzniósłszy ręce zawołał:
– Niech Chrystus uzdrowi ją, albowiem będzie wolna.
– Mniemasz, że stróże się zgodzą? – spytał Petroniusz.
– Oni, panie? Byle wiedzieli, że nie spotka ich za to kara i męka!
– Tak jest! – rzekł Winicjusz. – Stróże chcieli się zgodzić nawet na jej ucieczkę, tym bardziej pozwolą ją wynieść jako umarłą.
– Jest wprawdzie człowiek – rzekł Nazariusz – który sprawdza rozpalonym żelazem, czy ciała, które wynosimy, są martwe. Ale ten bierze nawet po kilka sestercji za to, by nie dotykał żelazem twarzy zmarłych. Za jeden aureus dotknie trumny, nie ciała.
– Powiedz mu, że dostanie pełną kapsę aureusów – rzekł Petroniusz. Ale czy potrafisz dobrać pewnych pomocników?
– Potrafię dobrać takich, którzy by za pieniądze sprzedali własne żony i dzieci.
– Gdzie ich znajdziesz?
– W samym więzieniu lub na mieście. Stróże, raz zapłaceni, wprowadzą, kogo zechcę.
– W takim razie wprowadzisz jako najemnika mnie – rzekł Winicjusz.
Lecz Petroniusz począł mu odradzać z całą stanowczością, aby tego nie czynił. Pretorianie mogliby go poznać nawet w przebraniu i wszystko mogłoby przepaść. „Ani w więzieniu, ani przy Cuchnących Dołach! – mówił. – Trzeba, żeby wszyscy, i cezar, i Tygellinus, byli przekonani, że ona umarła, inaczej bowiem nakazaliby w tej chwili pościg. Podejrzenia możemy uśpić tylko w ten sposób, że gdy ją wywiozą w Góry Albańskie lub dalej, do Sycylii, my zostaniemy w Rzymie. W tydzień lub dwa dopiero ty zachorujesz i wezwiesz Neronowego lekarza, który ci każe wyjechać w góry. Wówczas połączycie się, a potem...”
Tu zamyślił się na chwilę, a następnie machnąwszy dłonią rzekł:
– Potem nadejdą może inne czasy.
– Niech Chrystus zmiłuje się nad nią – rzekł Winicjusz – bo ty mówisz o Sycylii, a ona jest chora i może umrzeć...
– Umieścimy ją tymczasem bliżej. Ją uleczy samo powietrze, byleśmy ją wyrwali z więzienia. Zali nie masz gdzie w górach jakiego dzierżawcy, któremu mógłbyś zaufać?
– Tak jest! Mam! Tak! – odpowiedział śpiesznie Winicjusz. – Jest około Corioli w górach człowiek pewny, który mnie na ręku nosił, gdym był jeszcze dzieckiem, i który miłuje mnie dotychczas.
Petroniusz podał mu tabliczki.
– Napisz do niego, by tu przybył jutro. Gońca wyślę natychmiast.
To rzekłszy zawołał przełożonego atrium i wydał mu odpowiednie rozkazy. W kilka chwil później konny niewolnik ruszył na noc do Corioli.
– Chciałbym – rzekł Winicjusz – by Ursus towarzyszył jej w drodze... Byłbym spokojniejszy...
– Panie – rzekł Nazariusz – człowiek to nadludzkiej siły, który wyłamie kratę i pójdzie za nią. Jest jedno okno nad stromą, wysoką ścianą, pod którym straż nie stoi. Przyniosę Ursusowi sznur, a reszty on sam dokona.
– Na Herkulesa! – rzekł Petroniusz. – Niech się wyrywa, jak mu się podoba, ale nie razem z nią i nie w dwa lub trzy dni po niej, bo poszliby za nim i odkryli jej schronienie. Na Herkulesa! Czy chcecie zgubić siebie i ją? Zakazuję wam wspominać mu o Corioli albo umywam ręce.
Oni obaj uznali słuszność jego uwagi i umilkli. Po czym Nazariusz począł się żegnać, obiecując przyjść nazajutrz o świcie.
Ze stróżami miał nadzieję ułożyć się jeszcze tej nocy, ale przedtem chciał wpaść do matki, która z powodu niepewnych i strasznych czasów nie miała o niego chwili spokoju. Pomocnika postanowił po namyśle nie szukać na mieście, ale wynaleźć i przekupić jednego spośród tych, którzy wraz z nim wynosili trupy z więzienia.
Na samym odchodnym jednak zatrzymał się jeszcze i wziąwszy na stronę Winicjusza począł mu szeptać:
– Panie, nie wspomnę o naszym zamiarze nikomu, nawet matce, ale Piotr Apostoł obiecał przyjść do nas z amfiteatru i jemu powiem wszystko.
– Możesz w tym domu mówić głośno – odpowiedział Winicjusz. – Piotr Apostoł był w amfiteatrze z ludźmi Petroniusza. Zresztą sam pójdę z tobą.
I kazał podać sobie płaszcz niewolniczy, po czym wyszli.
Petroniusz odetchnął głęboko.
„Życzyłem sobie – myślał – aby umarła na tę gorączkę, bo dla Winicjusza byłoby to jeszcze najmniej straszne. Ale teraz gotówem[457] ofiarować złoty trójnóg Eskulapowi w zamian za jej uzdrowienie... Ach, ty, Ahenobarbie, chcesz sobie wyprawić widowisko z boleści kochanka! Ty, Augusto, naprzód zazdrościłaś piękności dziewczynie, a teraz pożarłabyś ją na surowo, dlatego, że zginął twój Rufius... Ty, Tygellinie, chcesz ją zgubić na złość mnie!... Zobaczymy. Ja wam mówię, że oczy wasze nie ujrzą jej na arenie, bo albo umrze własną śmiercią, albo ją wam wyrwę jak psom z paszczęk... I wyrwę tak, że nie będziecie o tym wiedzieli, a potem ilekroć na was spojrzę, tylekroć pomyślę: oto głupcy, których wywiódł w pole Petroniusz...”