Выбрать главу

– Dziękuję, Roy – odparła. – Gdybyś mógł znowu zająć się klubami, bardzo by nam to pomogło.

– Dla ciebie wszystko, Maws, przecież wiesz.

Lee i Garry też uśmiechnęli się do niego i te jednoczesne sygnały rodzinnych uczuć rozczuliły go prawie do łez. Ostatnio ciągle był na granicy płaczu. Jakby tłumione przez lata łzy szukały teraz ujścia.

– Czy dobrze słyszałem? Jesteś Chrisem Tarrantem gangsterskiego podziemia?

Maura aż zmrużyła oczy z zaskoczenia.

– Co przez to rozumiesz, Ben?

– Chcesz poświęcić okrągły milion, tak? No a jak złapiemy tego dupka, czy nie zadzwoni przypadkiem po kumpli?

– Nie sądzę, żeby zależało mu wtedy na publiczności.

Dowcip Roya skwitowali zgodnym rykiem śmiechu. Potrzebowali dla odprężenia chwili wesołości. Interesy interesami, a śmiech śmiechem – tak zawsze było w firmie Ryanów.

***

Sarah przyglądała się Carli. Były w kuchni. Jak poprzedniego wieczoru zauważyła Maura, staruszka spędziła tu prawdopodobnie więcej godzin życia niż gdziekolwiek indziej.

Śmiały się wczoraj z tego, mimo że Maura wróciła przygnębiona po stracie swojego ochroniarza. Cudownie było ją widzieć z powrotem tak szybko. Dla Sarah oznaczało to, że wracają do dawnej bliskości. Ale dzisiaj martwiła się wnuczką.

– Wyglądasz jak dziwka, Carla. Wiesz o tym?

Carla wlepiła wzrok w sufit, przewracając oczami.

– Wyglądam, jak wyglądam.

– Przechodzisz przedwczesną menopauzę czy co? Zachowujesz się ostatnio jak…

Zirytowało to Carlę.

– Mam tylko czterdzieści cztery lata, babciu. To niewiele w dzisiejszych czasach. Popatrz na Madonnę, Sharon Stone…

Moje słowa trafiły w próżnię, pomyślała Sarah.

– Och, dajże mi spokój, dobrze? Przyprawiacie mnie wszyscy o mdłości. Jakbym nie mogła mieć własnego życia.

– Nie opowiadaj głupot, dziecko.

– Nie jestem dzieckiem. Nie jestem niczyim dzieckiem. Jestem, kurwa mać, dorosłą kobietą.

– Przestań kląć. Ubierasz się i mówisz jak dziwka. Wstyd mi przynosisz. Nawet Maura powiedziała wczoraj…

– Och, mam to gdzieś – burknęła Carla. – Ty i Maura jesteście znowu najlepszymi kumpelkami, co? Obgadujecie rodzinę jak dwie czarownice. Pieprzyć ją i ciebie też pieprzyć, babciu. Będę robić, co chcę, lepiej zacznijcie się do tego przyzwyczajać, jasne?

– Maura powiedziała, że według niej jesteś nieszczęśliwa, tylko tyle. Kocha cię jak córkę.

Carla znowu wbiła wzrok w sufit.

– Jak mogę być córką tej wypalonej wiedźmy? Jest tylko pięć lat starsza ode mnie. Chyba o tym zapomniałaś. Głaszcze mnie po główce i traktuje jak ulubionego pudelka. Tak wygląda moje zasrane życie, babuniu. A ja wiem, że zasługuję na coś więcej. Nawet moja matka, chociaż mnie odrzucała, traktowała mnie z większym szacunkiem.

Sarah usiadła ciężko na najbliższym krześle. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Żeby tak bluźnić! Niewiarygodne.

– Jesteś naćpana czy co?

– Gdybym była, to ta rodzina byłaby moim głównym dostawcą, nie?

– Zastanów się, co mówisz. Co w ciebie wstąpiło? Gdzie się podziała moja wspaniała dziewczynka?

– Wreszcie dorosła i poczuła pieprzonego bluesa, to wszystko.

Sarah patrzyła na wnuczkę. Carla miała na sobie spódniczkę, która mogłaby uchodzić za pasek, i przezroczysty top niepozostawiający pola dla wyobraźni. Jej długie nogi opinały wysokie czarne buty. Ubierała się dla mężczyzn, a raczej dla jednego mężczyzny, to było oczywiste. Wygląda jak dziewczyna z niedzielnego dodatku ilustrowanego do gazety, jak jedna z tych pannic, o których piszą, że sypiają z gwiazdami rocka czy politykami, pomyślała Sarah. Nie jak moja kochana dziewczynka.

I ta jej poza… zniknął gdzieś uległy uśmiech, a co pojawiło się w jego miejsce? Jakiś rys wulgarności, współgrający ze strojem. Świat stanął na głowie.

Carli zrobiło się przykro, gdy zauważyła przygnębienie babki, przytuliła ją, mówiąc miękko:

– Po prostu zostawcie mnie w spokoju. Pozwólcie mi być sobą, nie urabiajcie mnie na swoją modłę. Nie chcę być waszą milutką Carlą, maskotką rodziny. – Jej głos spoważniał. – Czy proszę o zbyt wiele?

– Ale popatrz na siebie, moje dziecko…

Carla przerwała jej z irytacją w głosie.

– Proszę cię, babciu, odpuść sobie. Właśnie taka się sobie podobam. Zrozum, całe życie robiłam to, co się podobało innym, to, czego ode mnie oczekiwali. Nie byłam sobą. Pozwólcie mi się odnaleźć, proszę. Zostawcie mnie w spokoju.

– Po prostu martwię się o ciebie.

Carla przestała się kontrolować. Wstała, wyprostowała się i wrzasnęła:

– To się nie martw! Niepotrzebna mi twoja troska. Czy nie rozumiesz, kurwa, najczystszej angielszczyzny? Przestań wreszcie przeżywać życie za innych, żyj swoim własnym, kobieto. Szczerze ci to radzę.

Po tych słowach wyszła i kilka sekund później drzwi wejściowe zamknęły się z trzaskiem. Sarah została sama w swoim wielkim domu. Rozżaliła się nad sobą, swoją starością i samotnią. Żyj własnym życiem, powiedziała Carla, a przecież jej życie dobiegało już kresu. Cieszyła się nadchodzącym końcem. Im szybciej dołączy do nieżyjących członków rodziny, tym lepiej. Jej mozolna ziemska wędrówka się kończy. Z ochotą uda się na wieczny spoczynek. Uświadomiła sobie w tym momencie, że żyje zbyt długo i życie już jej nie cieszy.

***

Jack Stern próbował ustalić, gdzie jest Vic Joliff, kiedy na podjeździe ujrzał gości, jakich się tu nie spodziewał. Wybiegł z domu z powitalnym uśmiechem, widząc Ryanów – Maurę, Garry’ego, Benny’ego i Lee – wysiadających z czarnego mercedesa. Za kierownicą siedział Tony Dooley Senior, który nie odpowiedział na jego uśmiech, co Jack sobie zakonotowal.

Kiedy wszyscy wysiedli, zobaczył, że Tony odjeżdża w stronę garaży. Kolejny złowróżbny znak. Czy to znaczy, że nie chcą, by ktokolwiek zauważył ich tutaj? Na przykład Vic – czyżby oczekiwali, że się tu pojawi? Znowu zrobiło mu się słabo. W co on się wpakował? Chyba odjęło mu rozum.

– Co was do mnie sprowadza?

Był zdecydowany zachowywać się jak najnormalniej. Maura wzruszyła ramionami.

– Byliśmy w sąsiedztwie.

Jack zaśmiał się i zaprosił ich do środka.

– Właśnie wychodziłem, ale mogę wam poświęcić dwadzieścia minut.

Maura spojrzała mu w oczy.

– Poświęcisz nam resztę życia, jeśli cię o to poprosimy.

Jej ton powiedział mu wszystko.

– W czym problem?

Starał się być rzeczowy, ale widać było, że się denerwuje. Pocił się ze strachu.

– A kto mówi, że jest jakiś problem?

Głos Bena był ostry jak stal, co przypomniało Jackowi wszystko, co wiedział o jego okrucieństwie. Próbował zamaskować niepokój śmiechem.

– Każdy, kto tu przychodzi, ma jakiś problem.

– Naprawdę? Problem?

Ben jawnie szydził sobie z niego i Jack zastanawiał się, na ile jeszcze bezczelności młody Ryan sobie pozwoli i na ile on sam zechce mu pozwolić. Miał nadzieję, że nie dojdzie do próby sił.

– Umówiliśmy się tu z Kennym, więc poczekamy na niego. Wtedy przystąpimy do rzeczy. Bez sensu byłoby opowiadać dwa razy tę samą historię, chyba się zgodzisz?

– Podać kawę, herbatę albo drinka?

Zgodnie pokręcili przecząco głowami.

Jack denerwował się coraz bardziej. To na pewno nie była przyjacielska wizyta, oznaczała kłopoty. Westchnął do Boga. Nie tracił nadziei, że uda mu się jakoś z tego wykręcić.

W pokoju jak gdyby nigdy nic pojawiła się Leonie, świeżo po domowym solarium. Miała na sobie jedynie mały ręcznik i obdarzyła gości entuzjastycznym uśmiechem. Tylko Garry odpowiedział jej uśmiechem. Byłaby wymarzonym kąskiem dla niego, choć nie był już młodzikiem. Zawsze lubił ciemne dziewczyny. Jack zauważył, że Garry się jej przygląda i atmosfera w pokoju jeszcze bardziej się ochłodziła.