Выбрать главу

Italo Calvino

Rycerz Nieistniejący

Tłum. Barbara Sieroszewska

Tytuł oryginału włoskiego IL CAVALIERE INEŚISTENTE

1.

Na tle czerwonych murów Paryża stanęło w szyku wojsko Francji. Karol Wielki miał dokonać przeglądu swoich paladynów. Stali tam już od trzech przeszło godzin; było gorące popołudnie wczesnego lata, nieco parne i chmurne; rycerze prażyli się w swoich zbrojach niczym w rondlach trzymanych na wolnym ogniu. Możliwe, że ten i ów w tym nieruchomym szeregu omdlał już lub się zdrzemnął; zbroja pozwalała im utrzymać w siodle sztywno wyprostowaną pozycję mimo wszystko. Nagle zabrzmiały trzy wrzaskliwe dźwięki trąb: pióropusze hełmów zachwiały się w nieruchomym powietrzu, jakby przeleciał po nich podmuch wiatru; umilkł podobny do szumu morza szmer, który do tej chwili dawał się słyszeć, a który był ni mniej, ni więcej tylko odgłosem chrapania, stłumionym przez żelazne gardziele rycerskich hełmów. I oto na koniec ujrzeli go przed sobą: Karol Wielki zbliżał się konno, rumak jego wydawał się nadnaturalnej wielkości, broda zwisała na piersi, ręce wsparte były o łęk siodła. Królował i wojował, wojował i królował, wciąż bez wytchnienia; rycerzom wydał się mocno postarzały, od czasu kiedy go ostatni raz widzieli.

Wstrzymywał konia przy każdym oficerze i każdego po kolei oglądał uważnie od stóp do głów: – Ktoście wy, paladynie Francji?

– Salomon z Bretanii, sire! – odpowiadał na cały głos zapytany, podnosząc przyłbicę i ukazując zaczerwienioną z gorąca twarz. Po czym dodawał jakąś rzeczową informację, w rodzaju: Pięć tysięcy konnych, trzy tysiące pięciuset piechurów, tysiąc ośmiuset ciurów, pięć lat wojowania.

– Zuchy Bretończycy, paladynie! – odpowiadał Karol i tok-tok, tok-tok, tok-tok, odjeżdżał, by zatrzymać się przy następnym dowódcy szwadronu.

– Ktoście wy, paladynie Francji? – pytał.

– Olivier z Vienny, sire! – skandowały wargi, zaledwie przyłbica uniosła się w górę. I zaraz: – Trzy tysiące wyborowej jazdy, siedem tysięcy piechoty, dwadzieścia machin oblężniczych. Zwycięzca poganina Fierabrasa, z łaski Boga i na chwałę Karola, króla Franków!

– To pięknie, zuch wienneńczyk – mówił Karol. I zwracając się do oficerów ze swej świty: – Chudziaki z tych koni, wydajcie więcej obroku.

Ruszał dalej.

– Ktoście wy, paladynie Francji? – pytał następnego, zawsze w tym samym rytmie: „Tattata- tatatai tata…”

– Bernard z Montpellier, sire! Zwycięzca Brunamonta i Galiferna.

– Piękne miasto Montpellier! Miasto urodziwych niewiast! – I do świty: – Zachowamy je we wdzięcznej pamięci.

Wszystko to są słowa, które, jeśli wypowiada je Król, sprawiają ludziom przyjemność; tylko że zawsze, od lat, powtarzały się bez żadnej odmiany.

– A wy kto jesteście, godło wasze jest mi znajome?

Oczywiście poznawał każdego po godle na tarczy, nie było potrzeby, żeby cokolwiek mówili, ale zwyczaj wymagał, by wymieniono imię i ukazywano twarz. Może dlatego, żeby ktoś, mający coś lepszego do roboty niż branie udziału w rewii, nie przysłał swojej zbroi z kimś innym w środku.

– Alard z Dordogne, syn diuka Amona…

– Zuch, Alard, wdał się w ojca…

I tak dalej, i tak dalej. „Tattata-tatatai, tata, tata”…

– Gwalfred z Montjoie! Osiem tysięcy jazdy nie licząc zabitych!

Kołysały się pióropusze. – Ugger Duńczyk! Namo z Bawarii! Palmerin z Anglii! Zbliżał się wieczór. Twarze w głębi hełmów, pomiędzy przyłbicą a nadbrodziem, z trudem już tylko dawały się rozeznać. Ale każde słowo, każdy gest były i tak z góry przewidziane, podobnie jak wszystko w tej wojnie ciągnącej się wiele już lat, każde starcie, każdy pojedynek odbywały się wedle wszelkich reguł, tak że zawsze wiadomo było dziś, kto jutro zwycięży, a kto będzie pokonany, kto zachowa się jak bohater, a kto jak tchórz, z czyjego brzucha przeciwnik wypruje flaki, a kto wykręci się utratą broni i upadkiem z konia. Wieczorami przy świetle łuczywa kowale zaklepywali na zbrojach wiecznie takie same pogięcia.

– A wy? – Król przystanął koło rycerza w białej jak śnieg zbroi; tylko spojenia jej obwiedzone były cieniutkim czarnym konturem. Poza tym była cała biała, doskonale utrzymana, bez najmniejszego draśnięcia, pięknie wykończona w każdym szczególe; na hełmie tkwił pęk piór z jakiejś wschodniej odmiany koguta, mieniący się wszystkimi barwami tęczy. Na tarczy widniało godło herbowe pomiędzy dwoma fałdami obszernej opończy; na samym godle wyryte były takie same fałdy opończy, tylko mniejsze, z godłem pośrodku, wyobrażającym z kolei takie same fałdy i godło, i tak dalej, i dalej; w samiutkim środku musiało wreszcie coś być, tylko niepodobna było tego dostrzec, tak było maleńkie.

– A wy, rycerzu, co tak schludnie się nosicie… – rzekł Karol Wielki, który w miarę trwania wojny widział u swoich paladynów coraz mniej dbałości o porządek.

– Jestem – z wnętrza zamkniętego hełmu głos dźwięczał dziwnie metalicznie, jak gdyby to nie ludzka krtań, lecz sama zbroja drgała wywołując przyciszone echo – Agilulf Emo Bertrandin z Guildiverny i tak dalej, z Corbentraz i Sury, paladyn Selimpii i Fezu!

– Aaa – mruknął Karol Wielki i wysunąwszy dolną wargę zaświstał z cicha, jakby chciał rzec: „Gdybym miał pamiętać wszystkie te tytuły, miałbym się z pyszna!” Ale zaraz zmarszczył groźnie brew: – Czemuż to nie podnosicie przyłbicy i nie ukazujecie twarzy?

Rycerz nie uczynił najmniejszego nawet gestu; tylko jego prawa ręka w żelaznej, doskonale związanej rękawicy mocniej zacisnęła się na łęku siodła, a przez drugą, trzymającą tarczę, przemknęło jakby lekkie drżenie.

– Do was mówię, hej, paladynie! – powtórzył Karol Wielki. – Jakże to być może, byście nie ukazali twarzy swemu królowi?

Głos, wydostający się spod dolnej przyłbicy, zabrzmiał teraz czysto i mocno.

– Albowiem ja nie istnieję, sire.

– A to dopiero! – Wykrzyknął cesarz. – Teraz mamy więc w wojsku jeszcze i rycerza, który nie istnieje! Pokażcie no się trochę.

Agilulf zdawał się wahać przez krótką chwilę, po czym zdecydowanym, choć powolnym ruchem uniósł przyłbicę. Hełm był pusty. Wewnątrz białej zbroi z tęczowym pióropuszem nie było nikogo.

– No, no, a to dziwy! – rzekł Karol Wielki. – I jakże to potraficie służyć, skoro was nie ma?

– Siłą woli – odparł Agilulf – i wiarą w naszą świętą sprawę!

– A jakże, a jakże, dobrze mówicie; tak się spełnia swój obowiązek. Jak na kogoś, kto nie istnieje, to zuch z was, rycerzu!

Agilulf stał w szeregu ostatni. Teraz cesarz dokonał już całego przeglądu; zawrócił koniem i oddalił się podążając ku swoim namiotom. Był stary i wolał odsuwać od siebie rzeczy zbyt skomplikowane.

Otrąbiono „rozejść się”. Konie puszczone luzem jęły tupać i wierzgać, rozległy las włóczni zafalował niby łan zboża w podmuchu wiatru. Rycerze zsiadali z koni, żeby rozruszać zdrętwiałe nogi, giermkowie brali konie za uzdy i odprowadzali. Po trochu spośród zgiełku i kurzu wyłaniali się pala-dyni, zbici w małe gromadki, nad którymi chwiały się różnobarwne pióropusze; odbijali sobie długie godziny przymusowego bezruchu i milczenia prześcigając się w żartach, ploteczkach i przechwałkach na temat kobiet i swoich bohaterskich czynów.

Agilulf postąpił parę kroków, jakby chciał wmieszać się w jedną z tych grupek, potem bez żadnego widocznego powodu przesunął się ku innej, ale nie przepchnął się do środka i nikt nie zwrócił na niego uwagi. Przystawał na chwilę, niezdecydowany, za plecami tego czy innego z rycerzy, nie biorąc udziału w rozmowie, w końcu usunął się na stronę. Zmierzchało się; tęczowe pióra na szyszaku wydawały się teraz wszystkie tej samej, nieokreślonej barwy; ale biała zbroja nie przestawała wyraźnie odbijać na zielonym tle łąki. Agilulf, jak gdyby nagle poczuł się nagi, skrzyżował ręce na piersi i skulił ramiona.