Nieopodal przycupnęli wędrowni Szoci — kramarze, którzy nader chętnie zamieniali tobołki na szable i muszkiety, a teraz przekrzykiwali się z domokrążnymi sprzedawcami zwanymi na Rusi Węgrzynami. Ci zaś przybyli z koszami i workami pełnymi wstążek, bławatów, szpilek, igieł, książek, medalików i fałszywych korali. A dalej rozłożyli się oberwańcy, dziady i franci. Wąskimi uliczkami między wozami i namiotami krążyli obraźnicy zachwalający ikony, na których widnieli pokraczni święci: Jan Chrzciciel, Jan Nepomucen, Piotr, Chrystus, Maryja; wciskali chłopom do rąk cudowne i błogosławione, jak powiadali, a tak naprawdę niewarte funta kłaków szkaplerzyki, krzyżyki i medaliki.
Dalej stały kramy i kotary wędrownych garncarzy, koszykarzy, bednarzy, szewców, cebularzy. Przy stadkach koni i bydła kręcili się konowałowie i kastratorzy zwani mięsiarzami — w tym miejscu i tego czasu zwykle Cyganie lub Wołosi.
A zaraz obok grała muzyka i pląsały Cyganki. Tu niedźwiednicy bili w bębny, grali na piszczałkach, na których głos brunatne misie z litewskich puszcz — wykształcone w przesławnej niedźwiedziej akademii smorgońskiej — rytmicznie przestępowały z nogi na nogę. Dalej bawili tłum igrcowie, linoskoki, komedianci, kuglarze i wesołkowie, potrafiący udawać głosy kaczek, dudek, kur, muczeć jak krowa, rżeć jak koń, wyć jak wilk.
Nieopodal przycupnęło także kilku szlacheckich szaraczków. W płóciennych portkach, szarawarach, w lipowych butach i świerkowych łubiach zamiast kołpaków i szyszaków z piórami. Zaś bliżej wrót tłoczyli się dziady, fałszywi tułacze, żebracy i żebraczki, uwolnieni z tureckiej niewoli, pątnicy i pokutujący za zabójstwo brata, szelmy, chromi, kalecy, szalbierze, wydrwigrosze, baby, guślarki i znachorzy, łazęgi, nieroby.
Dydyński i jego ludzie przebili się przez tłum plebsu; napierając końmi, rozdając razy nahajem i szturchańce częściej niż datki, podjechali pod bramę podzamcza. Jacek załomotał pięścią w nabijane bretnalami wrota. Po chwili okrzyknięto ich z wysoka.
— Czego?
— Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki! — zakrzyknął, czując, jak mimo wszystko żołądek podchodzi mu do gardła. — Towarzysz chorągwi husarskiej jegomości Szczęsnego Niewiarowskiego, salvator[37] carewicza Dymitra, prosi o gościnę.
Stało się. Nie było odwrotu. Dydyński przypomniał sobie słowa Dymitra wypowiedziane przy ostatnim spotkaniu: Módl się, abyś nie musiał się przekonać, jak bardzo twój żywot jest igraszką w ręku Pana.
Swoją drogą, szkoda, że nie dodał do swego oznajmienia słów: pokornie oraz najjaśniejszego carewicza. Ale taki już Jacek był — krnąbrny i buntowniczy, nawet jak na szlachcica polskiego.
— Poczekajcie, wasza miłość! — odkrzyknął z góry hajduk wcale nie tak pewnym siebie i wyniosłym tonem jak poprzednio. Dobrze, niech ćwiczy się w uniżonych ukłonach, może dojdzie kiedyś do ekonomii albo wójtostwa. — Zaraz jegomość rotmistrz do was wyjdzie.
Drzwi drgnęły i zatrzeszczały. Rozwarła się w nich wąska furta, w którą nie sposób było wjechać konno. Jacek zeskoczył z Hetmanki, wszedł we wrota, aby napotkać po drugiej stronie bramy… pysk karego wierzchowca, na którym siedział człowiek w czarnym żupanie, z gębą ozdobioną bruzdami ciągnącymi się od krańców warg przez oba policzki i nadającymi obliczu paskudnego wyrazu.
Dworycki! Szlag jasny i paralusz by to wszystko trafił!
— Służba — rzekł pan Jacek, unosząc rękę do kołpaka.
— Pomagaj Bóg — odparł spokojnie Adam. Wyglądał na nieco zadziwionego.
— Jestem w podróży i ośmie… Proszę o gościnę u jegomości pana wojewody sandomierskiego. Tudzież o posłuchanie u jego gościa Dymitra — jednak słowo carewicz nie mogło przejść przez gardło stolnikowica.
— W karczmie albo we dworze gościny szukajcie — rzekł Dworycki.
— Chciałbym się jednak zobaczyć z gościem ichmość pana wojewody. Mam sprawę niecierpiącą zwłoki. Czy Dymitr… carewicz… mógłby mnie przyjąć?
I po chwili dodał, już znacznie ciszej:
— Bardzo o to proszę.
— Prośba waszej mości zostanie przedstawiona Jego Carskiej Wysokości — wypalił jak z rusznicy Dworycki. — Czekajcie pod zamkiem na wezwanie Dymitra Iwanowicza. Sam do was zejdę i powiadomię, kiedy udzieli wam posłuchania.
No, to mnie masz, pomyślał Dydyński. Wreszcie odpłacisz za wszystkie krzywdy, jak Abel, gdyby mógł zemścić się na Kainie. Jak Pan Bóg odpłacił Judaszowi. Choć nie uczyniłem nic, co wymagałoby takiej zapłaty. Ciesz się, panie bracie, póki możesz. Ta chwila jest twoja. Jak ladacznica, której zapłaciłeś za noc. A potem zobaczymy. Fortuna kołem się toczy.
— Nie można załatwić tego szybciej?
— Jak to: szybciej? Myślałby kto, że waść prosisz o posłuchanie u psiarczyka albo u rejenta, a nie u carewicza, wsiej Rusi obładitiela. Myślisz, że tylko ty chciałbyś się z nim widzieć? Więcej tu jest takich, którzy skomlą o posłuchanie. — Dworycki wskazał niewidoczny stąd tłum pospólstwa kłębiący się za bramą. — Nie mnie decydować, kiedy i gdzie łaska carska zostanie udzielona. Dlatego doradzam waszmości cierpliwość i pokorę.
— Mam czekać za bramą? Ja — szlachcic, posesjonat?
— Nie ty jeden, mospanie. To nie roczki ziemskie czy sesja sądu ziemskiego, tylko…
— …tylko Moskwa — dokończył składnie Dydyński. — Teraz rozumiem wszystko dobrze.
— Na zamku gości dwór carski, na który trudniej się dostać jak na nasz królewski, jako że car równy jest cesarzowi rzymskiemu.