— Będziesz miała władzę, jakiej nie dostała żadna królowa polska.
— Będę tam sama — wyszeptała, zbliżając się do Jacka. — Boję się smutku na carskim dworze, w złotych szatach, wśród ikon i brodatych mnichów. I dlatego potrzebuję przyjaciół. Wiernych towarzyszy, którzy ostrzegą mnie przed wrogiem. Potrzebuję… ciebie, mości stolnikowicu. Gdybyś mnie nie odtrącał, wstawiłabym się za tobą do Dymitra, abyś mógł przebywać jak najbliżej Jego Carskiej Dostojności.
— Abym zajął miejsce Waarłama? Chcesz jego zguby?
— To twoje słowa, mości kawalerze.
— A może sama wolałabyś stanąć przy Dymitrze zamiast tego śmierdzącego capa?
Nic nie odpowiedziała. Wyglądała na załamaną i zagubioną, ale Jacek wolał zachować ostrożność. Tak wysoko postawiona i tak dostojna panna mogła być równie niebezpieczna, co granat z tlącym się lontem, który — kiedy wybuchał — to bynajmniej nie od żaru miłości. Maryna snuła już swoją intrygę. Cokolwiek by mówić — wyglądało na to, że dobrze wczuwała się w rolę przyszłej carowej.
— Czy tak… byłoby źle? Panie Jacku, odpowiedz, proszę. — Przymknęła oczy, rozchyliła usta, jakby czekała na jego pocałunek.
Prawdę powiedziawszy, w tej właśnie chwili pan Dydyński prędzej pocałowałby żmiję niż wojewodziankę. Nie dlatego, że miała serce gadziny, ale ponieważ wydarzenia toczyły się zbyt szybko. Ledwie odzyskał zaufanie Dymitra, ledwie dostał do wypełnienia ważną misję, a już Maryna zastawiała na niego sidła, wabiąc miłostką, która mogła okazać się równie ponętna, co niebezpieczna.
Przyklęknął zatem i pocałował ją w rękę. Zaskoczona otwarła oczy.
— Masz we mnie wiernego przyjaciela, mościa panno. A co do reszty… Resztę załatwimy szabelkami!
Die 31 julii, godzina czwarta w południe
Lochy pod tarasem zamku w Sanoku
Moskal, którego przyprowadzili hajducy do izdebki w podziemiach tarasu, nie wyglądał na człowieka, z którym można czytywać sielanki sławetnego Szymona Szymonowica przy kielichu dobrego wina. Oczywiście, Dydyński nie spodziewał się, iż człowiek, który wynajęty został do porwania carewicza, będzie równie gładki co przemowa dworaka. Pierwszy raz jednak ujrzał Moskala, który budził w nim nie tylko pogardę, ale także, a może przede wszystkim — respekt. To nie był ciemny i gruby brodacz w szubie pamiętającej czasy Aleksandra Newskiego, podobny z obyczajów do niedźwiedzia, pijący gorzałkę szklenicami i bijący czołem na sam dźwięk carskiego imienia, człek głupi, sprośny i podstępny. Krępy i potężny, z wygolonym łbem, przypominał nie tyle tresowanego misia, co dębowy pniak, którego ani łopatą, ani nawet parą koni wykarczować nie sposób. Pierwsze, co uderzało w wyglądzie, to jakaś toporna, brutalna, zwierzęca siła. Zbudowany był niezgrabnie, ale tryskał żelaznym zdrowiem. A jego niedźwiedziowata postać nie była pozbawiona swoistego wdzięku, tym bardziej iż nie nosił przed sobą sążnistego kałduna, jak większość moskiewskich bojarów i podstarzałych Polaków. A jeśli idzie o wiek, nad wyraz trudno było go określić. Choć nosił brodę jak ruski święty, wyglądał zbyt młodo na Sokratesa, a nieco za staro na świętego Jana. Swoją drogą, Moskalowi nie sposób było odmówić dumy. Choć obdarty prawie do naga, stał z uniesioną głową, w łańcuchach na rękach i nogach, pilnowany przez hajduków, którzy nie spuszczali z niego wzroku, jak z dzikiego zwierza, który lada chwila mógł wyrwać się z klatki i przyczynić poważnych zniszczeń. Jacek jakoś się im nie dziwił. Widać było na pierwszy rzut oka, że czuli lęk przed tym człowiekiem, gdyż zalazł za skórę nadzorcom więzienia bardziej niż najdłuższa drzazga. Pewnie we czterech daliby mu radę, ale nie od razu i nie bez dłuższej szamotaniny.
— Jak się zwiesz?! — zapytał Dydyński, starając się nadać głosowi groźne brzmienie. Niestety, butna mina wcale mu nie wyszła, a Moskal nawet się nie poruszył.
— Odpowiadaj, hultaju! — krzyknął rosły hajduk stojący po lewej.
Borys wzruszył ramionami i sterczał nieruchomo jak głaz z granitu.
Dydyński nie wiedział, co rzec. Straszyć czy grozić? Obiecywać łaskę? Wołać kata?
Zanim zdołał wybrać, wyręczyli go hajducy. Najwyższy podrzucił w górę czekan, chwycił go za głowicę i z zamachem rąbnął jeńca w plecy. Moskal zadygotał, szarpnął łańcuchami — wówczas runęli nań pozostali. Bili krzepko — pięściami, rękojeściami siekierek. Rozzłoszczeni milczeniem i hardością.
Jeniec wytrzymał kilka razów. Wreszcie dostał obuchem w łeb, padł na ziemię, zwalił się niczym dąb podcięty toporami drwali, którzy przy jego posturze wyglądali jak mrówki.
— Dość już! Starczy! — Jacek przestraszył się, że hajducy zatłuką Moskala w zawziętej furii. — Powiedziałem: dość!
Nie zaprzestali, więc zerwał się zza stołu, przyskoczył do nich, odepchnął najbardziej krewkiego, zdzielił w plecy drugiego, powstrzymał krzykiem trzeciego.
Moskal siedział na podłodze; nie padł na kolana. Oddychał spazmatycznie, a strużka krwi przecinała jego oblicze.
— Wystarczy ci tego, psi synu? — warknął jeden z hajduków.
— Przymało — wycharczał Moskal. — Płocho bijecie.
— Podnieście go.
Powoli i niechętnie hajducy wypełnili rozkaz. Więzień zachwiał się na nogach, ale wstał, wstrząsnął głową jak wilk po długim biegu, zamrugał oczyma.
— Jak się nazywasz?
— Przecież wiecie — wymamrotał. — Podstarości wszystko spisał na bumadze. To po co język strzępić? Kończ, co masz kończyć, i nie rób wertiepu[46]!
— Nie jestem sługą podstarościego — zabrzmiało to tak, jak gdyby Dydyński tłumaczył się przed Moskalem, a to nie wróżyło dużych sukcesów jego interrogacji. — Przyszedłem z tobą porozmawiać jak równy z równym.
— Kto ci powiedział, że jesteś mi równy?! — prychnął więzień. — Czart swoje, pop swoje! Rzekłem, co miałem rzec, i szkoda strzępić języka. I tak mnie powiesicie, dytcze syny.
Najwyższy z hajduków zdzielił go obuchem siekierki przez łeb. Moskal zgarbił się od ciosu.