– Mówiłaś, że lubisz. Że poprawia ci nastrój… Wiesz co, najdroższa? – Pocałował ją w czubek głowy. – W restauracji byłaś naprawdę dzielna.
Odwracając się od zakupów, spuściła oczy.
– Trochę spanikowałam. Bałam się. Nie chciałam krzyczeć.
– Nie, nie, trzymałaś się mocno. Wiesz, co to znaczy?
– Niezupełnie.
– To dawne powiedzenie żeglarzy. Tatuowali je sobie nawet na palcach i kiedy zaciskali ręce w pięści, można było przeczytać napis [3]. „Trzymać się mocno” to znaczy nie uciekać, nie poddawać się.
Roześmiała się.
– Od ciebie na pewno bym nie uciekła.
Musnął ustami jej włosy, czując woń potu i tanich perfum. Jennie potarła nos.
– Jesteśmy jednym zespołem, najdroższa. – Na te słowa zostawiła nos w spokoju. Pell zauważył to.
Poszedł do łazienki, gdzie długo oddawał mocz, a potem umył ręce. Kiedy wrócił, czekała go jeszcze jedna niespodzianka.
Jennie już się rozebrała. W samym staniku i majteczkach, z zapalniczką w ręku, krążyła po pokoju i po kolei zapalała świeczki.
Uniosła głowę.
– Mówiłeś, że lubisz czerwony.
Pell uśmiechnął się i podszedł do niej. Przesunął dłonią po wystającym kręgosłupie.
– Może wolałbyś coś zjeść?
Pocałował ją.
– Zjemy później.
– Och, kochanie, tak cię pragnę – szepnęła. Na pewno w przeszłości często używała tego zwrotu. Co nie oznaczało, że teraz nie mówiła szczerze.
Wyjął jej z dłoni zapalniczkę.
– Potem będziemy tworzyć nastrój. – Pocałował ją i przyciągnął do siebie.
Uśmiechnęła się – tym razem swobodnie – i mocno przycisnęła biodra do jego bioder.
– Ty chyba też mnie pragniesz. – Zaczęła mruczeć.
– Pragnę cię, najdroższa.
– Lubię, kiedy tak do mnie mówisz.
– Masz pończochy? – zapytał.
Skinęła głową.
– Czarne. Pójdę je włożyć.
– Nie. Nie po to ich potrzebuję – szepnął.
Rozdział 18
Przed zakończeniem długiego dnia miała do załatwienia jeszcze jedną sprawę.
Kathryn Dance zatrzymała samochód przed domem na ziemi niczyjej między Carmel a Monterey.
Kiedy jedynym ośrodkiem „przemysłowym” w okolicy była wielka baza wojskowa Ford Ord, mieszkali tu, a także często osiedlali się po zakończeniu służby, oficerowie niższej rangi. Wcześniej, w czasach rozkwitu przetwórstwa rybnego, mieszkali tu brygadziści i kierownicy. Dance zaparkowała przed skromnym bungalowem, minęła sztachetową furtkę i pokonawszy wyłożoną kamieniami ścieżkę, stanęła przed drzwiami. Po chwili otworzyła jej kobieta pod czterdziestkę, o piegowatej, pogodnej twarzy. Dance przedstawiła się.
– Chciałam rozmawiać z Mortonem.
– Proszę wejść – powiedziała z uśmiechem Joan Walker. Jej mina nie zdradzała zaskoczenia ani niepokoju, z czego Dance wywnioskowała, że mąż poinformował ją o swoim udziale w dzisiejszych wydarzeniach, choć może nie wyjawił jej wszystkich szczegółów.
Agentka weszła do małego salonu. Widok nierozpakowanych do końca pudeł z ubraniami i książkami – głównie z książkami – powiedział jej, że gospodarze dopiero się wprowadzili. Na ścianach wisiały tanie reprodukcje typowe dla domów wynajmowanych w sezonie. Znów poczuła zapachy kuchenne – tym razem nie była to jednak woń włoskich ziół, lecz hamburgerów i cebuli.
Zobaczyła ładną, pulchną dziewczynkę z warkoczykami, w okularach w drucianych oprawkach, trzymającą blok rysunkowy, która uniosła głowę i uśmiechnęła się na powitanie. Dance pomachała do niej. Dziewczynka była mniej więcej w wieku Wesa. Na kanapie siedział kilkunastoletni chłopiec pochłonięty zamętem bitewnym w grze wideo i wciskał guziki z takim przejęciem, jak gdyby zależały od niego losy cywilizacji.
W drzwiach zjawił się Morton Walker, podciągając pasek spodni.
– Witam, witam, agentko Dance.
– Proszę mi mówić Kathryn.
– A więc Kathryn. Poznałaś już moją żonę, Joan. – Uśmiechnął się. – I… ej, Erie, odłóż… Erie! – krzyknął ze śmiechem. – Odłóż to!
Chłopiec zapisał grę – Dance świetnie wiedziała, jakie to ważne – odłożył na bok konsolę i zerwał się z kanapy.
– To jest Erie. Przywitaj się z agentką Dance.
– Agentką? Z FBI?
– Z czegoś bardzo podobnego.
– Super!
Dance uścisnęła dłoń nastolatka, który spojrzał na jej biodro, szukając pistoletu.
Nieśmiało podeszła do niej dziewczynka, wciąż ściskając szkicownik.
– No, przedstaw się – ponagliła ją matka.
– Dzień dobry.
– Jak masz na imię? – spytała Dance.
– Sonja.
Domyśliła się, że Sonja wstydzi się swojej nadwagi. Jej rodzice szybko powinni się tym zająć, choć patrząc na ich sylwetki, Dance wątpiła, czy zrozumieją problem, z jakim zaczęła się borykać ich córka. Znajomość kinezyki dawała jej wgląd w emocjonalne i psychiczne kłopoty ludzi, ale nie mogła zapominać, że nie jest terapeutką tylko agentką biura śledczego.
– Oglądałem wiadomości – rzekł Walker. – Już go prawie mieliście, tak?
– Minutę temu – odparła, krzywiąc twarz.
– Podać coś pani? – zapytała żona Walkera.
– Nie, dziękuję. Wpadłam tylko na chwilę.
– Zapraszam do siebie – powiedział Walker.
Poszli do małego pokoju zalatującego kocim moczem. Jedyne umeblowanie stanowiło biurko i dwa krzesła. Obok posklejanej taśmą lampy stał laptop ze startymi literami na klawiszach A, H i N. Wszędzie piętrzyły się papiery, a na regałach, w kartonach, na kaloryferze i w wysokich stertach na podłodze upchnięto prawdopodobnie dwieście czy trzysta książek.
– Lubię mieć pod ręką książki. – Walker ruchem głowy wskazał salon. – Oni też. Nawet nasz geniusz gier. Wybieramy książkę i co wieczór czytamy na głos.