Wyłamane drzwi do smoczych zagród kołysały się na zawiasach. Lokatorzy, już w tej chwili spięci niby harfa po amfetaminie, wpadali w szaleństwo. Wąskie strużki ognia lizały metalowe płyty, gdy smoki w panice biegały wokół klatek.
— A cóż to ma znaczyć? — zapytała.
Gdyby Ramkinowie mieli skłonności do introspekcji, pewnie by przyznała, że nie jest to nazbyt oryginalne zdanie. Jest za to wygodne. Zrobiło swoje. Klisze stają się kliszami właśnie dlatego, że są niczym młotki i śrubokręty wśród narzędzi komunikacji.
Tłum wypełnił wrota. Jego część ściskała rozmaite ostre instrumenty, wymachując nimi w klasycznym układzie góra-dół, typowym dla zamieszek.
— No tak — stwierdził przywódca. — Chodzi o smoka, prawda? Odpowiedział mu chór potwierdzeń.
— I cóż z tego? — spytała lady Ramkin.
— No tak… Podpalał miasto. One nie latają daleko. Macie tu smoki. To mógł być jeden z nich, prawda?
— Tak!
— Dobrze mówi!
— Q.E.D.[17]
— Dlatego teraz mamy zamiar wszystkie je uciszyć.
— Dobrze mówi!
— Tak!
— Pro bono publico!
Łono lady Ramkin wznosiło się i opadało niby imperium. Wyciągnęła rękę i zdjęła ze ściany widły.
— Jeszcze krok, a uprzedzam, że pożałujesz — ostrzegła. Przywódca spojrzał nad jej ramieniem na rozgorączkowane smoki.
— Tak? — zapytał nieprzyjemnym tonem. — A co takiego zrobicie?
Raz czy dwa razy otworzyła i zamknęła usta.
— Wezwę Straż! — zagroziła w końcu.
Groźba nie wywarła oczekiwanego skutku. Lady Ramkin nigdy nie zwracała szczególnej uwagi na te części miasta, których nie porastała łuska.
— To fatalnie — stwierdzi! przywódca. — Naprawdę mnie zmartwiliście! Aż mi kolana zmiękły, ot co. Wyjął zza pasa długi, szeroki nóż.
— A teraz, paniusiu, lepiej się odsuńcie, bo…
Strumień zielonego płomienia wytrysnął z głębi stajni, przemknął o stopę nad głowami tłumu i wypalił zwęgloną rozetę w deskach nad wrotami.
Potem zabrzmiał głos — słodki głos czystej, śmiertelnej groźby.
— To jest lord Mountjoy Szybkokieł Winterforth IV, najgorętszy smok w mieście. Może ci wypalić głowę z ramion.
Kapitan Vimes wynurzył się z mroku.
Kulał. Pod pachą ściskał niedużego, straszliwie przerażonego złotego smoka. Drugą ręką trzymał go za ogon.
Tłum patrzył jak zahipnotyzowany.
— Wiem, o czym teraz myślicie — mówił spokojnie Vimes. — Zastanawiacie się, czy po tym wszystkim zostało w nim jeszcze dość ognia. I wiecie, sam nie jestem pewien…
Pochylił się, celując między uszami smoka, a jego głos przypominał ostrze miecza:
— Musicie sami siebie zapytać: czy mam dziś szczęście? Cofnęli się, kiedy postąpił o krok bliżej.
— No? — zapytał. — Macie dzisiaj szczęście?
Przez chwilę jedynym słyszalnym dźwiękiem było groźne burczenie w brzuchu lorda Mountjoya Szybkokła Winterfortha IV — to paliwo przelewało się do jego komór ogniowych.
— Zaraz, chwileczkę, tego… — odezwał się przywódca, wpatrzony w głowę smoka. — Nie trzeba przecież używać…
— Jeśli się zastanowić, to przecież smok może wybuchnąć sam z siebie — stwierdził Vimes. — Muszą to robić, żeby zmniejszyć ciśnienie gazu. A ono rośnie, kiedy się denerwują. Przed chwilą, myślę, bardzo je zdenerwowaliście.
Przywódca wykonał — miał nadzieję — pojednawczy gest. Niestety, użył do tego ręki, w której wciąż ściskał nóż.
— Rzuć to — rozkazał ostro Vimes. — Albo przejdziesz do historii.
Nóż brzęknął o kamienie. Na tyłach ktoś zaczął się przepychać — pewni ludzie, mówiąc w przenośni, znajdowali się bardzo daleko stąd i nie mieli o tym pojęcia.
— Ale zanim, drodzy praworządni obywatele, rozejdziecie się w spokoju i zajmiecie swoimi sprawami — rzekł z naciskiem Vimes — sugeruję, żebyście przyjrzeli się tym smokom. Czy któryś z nich wygląda na sześćdziesiąt stóp długości? Czy waszym zdaniem mają osiemdziesięciostopową rozpiętość skrzydeł? Jak gorący jest ich płomień, waszym zdaniem?
— Nie wiem…, — mruknął przywódca.
Vimes lekko uniósł głowę smoka. Przywódca zamknął oczy.
— Nie wiem, sir — poprawił się szybko.
— A chciałbyś się przekonać?
Przywódca pokręcił głową. Zdołał jednak wykrztusić:
— A kim pan w ogóle jest? Vimes wyprostował się dumnie.
— Kapitan Vimes, Straż Miejska — oświadczył. Odpowiedzią było niemal całkowite milczenie. Tylko z tyłu zabrzmiał jakiś rozbawiony głos:
— Nocna zmiana, co?
Vimes spojrzał na swoją nocną koszulę. Kiedy w pośpiechu zeskakiwał z łóżka, wcisnął bose stopy w kapcie lady Ramkin. Dopiero teraz zauważył, że są ozdobione różowymi pomponikami.
I właśnie ten moment lord Mountjoy Szybkokieł Winterforth fV wybrał na czknięcie.
Nie był to strumień gorącego płomienia. Była to raczej prawie niewidoczna kula wilgotnego płomyka, która przefrunęła nad tłumem i przypaliła kilka par brwi. Ale stanowczo wywarła wrażenie.
Vimes opanował się błyskawicznie. Nie mogli zauważyć krótkiej chwili jego absolutnej grozy.
— To miało tylko zwrócić waszą uwagę — oznajmił z twarzą po-kerzysty. — Następny pójdzie trochę niżej.
— Ehem… — zaczął przywódca. — Słuszna uwaga. Nic się nie stało. Zresztą i tak już wychodziliśmy. Faktycznie, nie ma tu żadnych wielkich smoków. Przepraszamy za kłopot.
— Ależ nie! — zawołała tryumfująco lady Ramkin. — Nie uciekniecie tak łatwo!
Zdjęła z półki blaszaną puszkę. Puszka miała szczelinę w pokrywce. Brzęczała. Z boku namalowano napis: „Słoneczne Schronisko dla Chorych Smoków”.
W pierwszej rundzie zebrano cztery dolary i trzydzieści jeden pensów. Kiedy kapitan Vimes skinął znacząco smokiem, w cudówny sposób pojawiło się kolejne dwadzieścia pięć dolarów i szesnaście pensów. Potem tłum uciekł.
— Przynajmniej jest z tego jakiś zysk — stwierdził Vimes, kiedy znowu zostali sami.
— Zachował się pan bardzo odważnie!
— Miejmy nadzieję, że to się nie rozniesie. — Vimes delikatnie odstawił zmęczonego smoka do klatki. Kręciło mu się w głowie.
Raz jeszcze zdał sobie sprawę z wpatrzonych w niego oczu. Zerknął z ukosa na wąską, szpiczastą mordkę Zucha Bindle’a Puchogła-za, stojącego w pozie, którą najlepiej można opisać jako Ostatni Szczeniak w Sklepie.
Ku swemu zdumieniu, odruchowo wyciągnął rękę i podrapał smoka za uszami, a w każdym razie za dwoma ostrymi naroślami po bokach, które zapewne służyły za uszy. Maluch odpowiedział dziwnym odgłosem brzmiącym jak skomplikowany zator w browarze.
Vimes szybko cofnął dłoń.
— Wszystko w porządku — uspokoiła go lady Ramkin. — W brzuchu mu zaburczało. To znaczy, że pana lubi.
Vimes ze zdumieniem odkrył, że sprawiło mu to przyjemność. O ile mógł sobie przypomnieć, jak dotąd w jego życiu nic nie uznało go za godnego beknięcia.
— Zdawało mi się, że chciała pani, no… jakoś się go pozbyć — zauważył.
— Chyba będę musiała. Ale wie pan, jak to jest. Patrzą na człowieka tymi wielkimi, smutnymi oczami… Zaległa niezręczna cisza.
— A może ja bym…
— Może panu by się… Urwali oboje.
— Przynajmniej tak mogę się odwdzięczyć — rzekła lady Ramkin.