— Przecież podarowała nam pani już nową kwaterę i w ogóle…
— To był mój obywatelski obowiązek. Proszę, niech pan przyjmie Zucha jako… jako przyjaciela.
Vimes miał wrażenie, że przesuwa się nad bardzo głęboką przepaścią na bardzo cienkiej desce.
— Nie wiem nawet, jak je karmić — powiedział.
— Są właściwie wszystkożerne. Jedzą wszystko oprócz metalu i skał wulkanicznych. Kiedy ewoluuje się na bagnach, nie można być zbyt wybrednym.
— A czy nie trzeba go czasem wyprowadzać na przechadzki? Albo przelotki czy jak to nazwać?
— Zdaje się, że on głównie śpi. — Podrapała brzydkiego malca po czubku łuskowatej głowy. — To najspokojniejszy smok z mojej hodowli.
— A co z… no, wie pani? — wskazał widły.
— To praktycznie sam gaz. Niech pan go trzyma w przewiewnym pomieszczeniu. Nie ma pan jakichś cennych dywanów, prawda? Lepiej im nie pozwalać lizać się po twarzy, ale w zasadzie można je wytresować, żeby panowały nad płomieniem. I przydają się do rozpalania ognia.
Zuch Bindle Puchogłaz zwinął się w kłębek wśród kanonady odgłosów.
Mają po osiem żołądków, przypomniał sobie Vimes. Rysunki w książce były bardzo szczegółowe. Smok miał w środku także inne rzeczy, jak kolumny rektyfikacyjne i zestawy szalonego alchemika.
Żaden smok bagienny nie mógłby terroryzować królestwa, chyba że przez pomyłkę. Vimes zastanowił się, ile tych stworzeń zginęło z rąk wędrownych bohaterów. To okrutne, traktować w ten sposób istoty, których jedyną zbrodnią jest wybuchanie z roztargnienia w powietrzu, choć żadnemu konkretnemu smokowi nie weszło to w zwyczaj. Rozzłościł się, myśląc o tym. Rasa, tak, rasa ogryzków — tym właśnie są smoki. Urodzone ofiary. Żyją szybko, giną z hukiem. Wszystkożerne czy nie, tak naprawdę same są zżerane przez nerwy — machają skrzydłami po świecie, w śmiertelnym strachu przed własnym systemem trawiennym. Rodzina właśnie rozpacza po eksplozji ojca, a tu jakiś drań w pełnej zbroi przybywa taplając się w bagnie, żeby wbić miecz w worek wnętrzności, który i tak tylko krok dzieli od samounicestwienia.
Hm… Ciekawe, jak słynni historyczni rycerze daliby sobie radę z wielkim smokiem. Zbroja? Lepiej nie nosić. W końcu na jedno wyjdzie, tyle że popioły będą od razu zapakowane w folię.
Stał wpatrzony w zdeformowane zwierzę, aż pomysł, który od kilku minut stukał do bram umysłu, wreszcie zdołał wejść. Wszyscy w Ankh-Morpork szukali smoczego legowiska — oczywiście, mieli nadzieję, że znajdą je puste. Kawałki drewna na drucie na pewno w tym nie pomogą. Ale, jak to mówią, wypuść złodzieja, żeby…[18]
— Czy smok może wywęszyć innego smoka? — zapytał. — To znaczy pójść za tropem?
Kochana mamo [pisał Marchewa].
Wszystko było całkiem jak w Bajce. Wczoraj w nocy smok spalił naszą Kwaterę, aż tu nagle dostaliśmy lepszą. Nazywa się Pseudopolis Yard i leży naprzeciwko Opery. Sierżant Colon powiedział, że Idziemy w Górę i zakazał Nobby’emu sprzedawania mebli. Chodzenie w Górę to jedna z metafor, o których dopiero się uczę. To trochę jak Kłamstwo, tylko bardziej Eleganckie. Są tu prawdziwe dywany do plucia. Dzisiaj jacyś ludzie dwa razy chcieli sprawdzić, czy w piwnicy nie ma smoka. To zadziwiające. Tak samo jak kopanie w wychodkach i szperanie po strychach. Przypomina to Gorączkę. Trzeba jednak przyznać, że ludzie nie mają czasu na nic innego. Sierżant Colon twierdzi, że wychodząc na Patrol i krzycząc Już Dwunasta i Wszystko Jest w Porządku, kiedy w tym czasie smok roztapia ulice, człowiek czuje się trochę jak Cudak.
Wyprowadziłem się od pani Palm, ponieważ mamy tutaj dziesiątki sypialni. Było mi smutno; upiekli rni tam tort na pożegnanie. Myślę, że tak będzie lepiej, chociaż pani Palm nigdy nie chciała ode mnie czynszu. To ładnie z jej strony, bo przecież jest wdową i ma tyle pięknych córek, które musi wychować i zatroszczyć się o posagi ekcetra.
Zaprzyjaźniłem się też z małpą, która przychodzi sprawdzić, czy nie odnaleźliśmy jej książki. Nobby twierdzi, że to zapchlony tuman, ponieważ ograł go na 18 p. w Okalecz Pana Cebulę. Jest to karciana gra losowa, w którą nie grywam. Powiedziałem Nobby’emu o Rozporządzeniu o Grach Hazardowych, na co od kazał mi się Odwalić. Uważam, że naruszył tym Przepisy o Przyzwitości z 1389 roku, ale postanowiłem zachować Dyskrecję.
Kapitan Vimes zachorował i opiekuje się nim pewna Dama. Wszyscy wiedzą, jak twierdzi Nobby, że jest Psychiczna, ale sierżant Colon tłumaczy, że to tylko z powodu mieszkania w wielkim domu ze smokami, a tak naprawdę warta jest Fortunę i dobrze, że kapitan Vimes stanie wreszcie na ziemi. Nie wiem, co mają do tego spacery.
Dziś rano wybrałem się na spacer z Reet i pokazałem jej wiele ciekawych przykładów rękodzieła, jakie można znaleźć w mieście. Powiedziała, że to bardzo ciekawe i że jestem całkiem inny niż wszyscy, których dotąd poznała.
Twój kochający syn
Marchewa
(ucałowania)
PS Mam nadzieję, że Blaszka cieszy się dobrym zdrowiem.
Starannie złożył kartkę i wsunął ją do koperty.
— Słońce zachodzi — zauważył sierżant Colon. Marchewa podniósł głowę znad laku.
— To znaczy, że wkrótce zapadnie noc — dodał Colon dla ścisłości.
— Tak jest, sierżancie.
Colon wsunął palec pod kołnierzyk. Jego skóra — w rezultacie porannego szorowania — nabrała intensywnie różowej barwy, ale ludzie nadal woleli zachowywać pełen szacunku dystans.
Niektórzy rodzą się dowódcami. Niektórzy zdobywają dowództwo. A na niektórych dowództwo samo spada. Sierżant, który teraz zaliczał się do tej kategorii, wcale nie był z tego zadowolony.
Lada chwila, wiedział o tym, będzie musiał powiedzieć, że pora już wyjść na patrol. A wcale nie chciał iść na patrol. Chciał tylko znaleźć sobie jakąś cichą i głęboką piwnicę. Ale nobblyess obligay — był tu najstarszy stopniem i nie miał wyboru.
To nie samotność dowódcy napełniała go lękiem. To raczej usmażenie żywcem dowódcy sprawiało problemy.
Był też pewien, że jeśli szybko nie odkryją czegoś o tym smoku, to Patrycjusz będzie bardzo niezadowolony. A kiedy Patrycjusz był niezadowolony, stawał się gorącym demokratą. Znajdował wyszukane i bolesne sposoby rozprzestrzenienia tego uczucia jak najszerzej.
Odpowiedzialność, myślał sierżant, to paskudna rzecz. Podobnie jak straszne tortury. O ile rozumiał, te dwa zjawiska szybko zbliżały się do siebie.
Poczuł więc ogromną ulgę, kiedy przed Yardem zahamował niewielki powozik. Był bardzo stary i odrapany. Na drzwiczkach miał wyblakły herb, a z tyłu trochę nowszy napis „Zarżyj, jeśli kochasz smoki”.
Z powozu, krzywiąc się przy każdym kroku, wysiadł kapitan Vi-mes, a za nim kobieta, znana sierżantowi jako Zwariowana Sybil Ramkin. Wreszcie, skacząc posłusznie na smyczy, mały…
Sierżant był zbyt zdenerwowany, żeby zwrócić uwagę na wielkość.
— Niech mnie zaaportują! Ledwie co wyszli, a już go złapali!
Nobby obejrzał się znad stolika w kącie, przy którym wciąż nie chciał uznać nauki, że niemal niemożliwa jest gra zręczności i blefu z uśmiechającym się bez przerwy przeciwnikiem. Bibliotekarz wykorzystał zamieszanie i wyciągnął kilka kart z dołu talii.
— Nie gadajcie głupstw, sierżancie. To przecież smok bagienny — powiedział Nobby. — A ona jest jak należy, ta lady Sybil. Prawdziwa dama.
18
Powiedzenie „Wypuść złodzieja, żeby złapać złodzieja” zastąpiło w tym okresie (po silnych naciskach ze strony Gildii Złodziei) o wiele starsze, typowo ankh-morporskie przysłowie: „Wykop głęboką dziurę, zamocuj kolce na ścianach, rozciągnij linki potykacze, zainstaluj wirujące ostrza napędzane energią wody, wsyp tłuczone szkło i wrzuć parę skorpionów, żeby złapać złodzieja”.