Odbierając pieniądze, Jodi na chwilę musnął dłonią rękę Stephena. Mimo rękawiczki morderca poczuł silne, wibrujące gorąco dotknięcia – jak wtedy, gdy dostał nożem w brzuch – szokujące, choć pozbawione bólu. Stephen puścił banknoty i odwracając wzrok, powiedział:
– Jeśli jeszcze coś dla mnie zrobisz, dostaniesz dziesięć kawałków.
Na napuchniętą, czerwoną twarz włóczęgi wypełzł niepewny uśmiech. Głęboko nabrał powietrza i zaczął grzebać w jednej z puszek po kawie.
– Trochę… się zdenerwowałem. – Znalazł pastylkę i połknął. – To niebieski diabełek. Dobrze robi. Miło się po nim człowiek czuje. Chcesz jednego?
– Mhm…
Żołnierzu, czy mężczyźni od czasu do czasu pozwalają sobie na drinka?
Melduję, że nie wiem.
Owszem, pozwalają. Poczęstuj się.
Nie sądzę, żeby…
Poczęstuj się, żołnierzu. To rozkaz.
Właściwie…
Jesteś dziewczynką, żołnierzu? Masz cycuszki?
Melduję, że… że nie mam.
A więc bierz, żołnierzu.
Tak jest.
– Chcesz jednego? – powtórzył Jodie.
– Nie – wyszeptał Stephen.
Jodie zamknął oczy i położył się na wznak.
– Dziesięć… tysięcy… – Po chwili zapytał: – Zabiłeś go, nie?
– Kogo?
– Tego gliniarza w piwnicy. Ty, a soku pomarańczowego chcesz?
– Agenta? Być może go zabiłem. Nie wiem. Nie zależało mi na tym.
– Trudno zrobić coś takiego? Nie, pytam tak sobie, z ciekawości. Chcesz soku? Piję go bez przerwy. Po tabletkach bardzo chce się pić. Robi się sucho w ustach.
– Nie. – Puszka była brudna. Możliwe, że oblazły ją robaki. Może nawet wpełzły do środka. Wypiłbym robaka, nawet o tym nie wiedząc… Wzdrygnął się. – Masz tu bieżącą wodę?
– Nie. Ale mam w butelkach. Mineralną. Ukradłem w supermarkecie.
Skulił się.
– Muszę umyć ręce.
– Po co?
– Żeby zmyć krew. Przesiąkła przez rękawiczki.
– Aha. Tam jest. Dlaczego cały czas nosisz rękawiczki? Nie chcesz zostawiać odcisków?
– Zgadza się.
– Byłeś w wojsku, co? To widać.
Stephen już miał skłamać, ale nieoczekiwanie zmienił decyzję.
– Nie – powiedział. – Prawie byłem. W piechocie morskiej. Chciałem się zaciągnąć. Mój ojczym był w piechocie morskiej i chciałem iść na ochotnika tak jak on.
– Semper fidelis *.
– Zgadza się.
Zapadła cisza. Jodie przyglądał mu się wyczekująco.
– Co się stało?
– Próbowałem, ale nie chcieli mnie przyjąć.
– To głupie. Ciebie nie chcieli przyjąć? Byłbyś świetnym żołnierzem. – Jodie obejrzał Stephena od stóp do głów, kiwając głową. – Jesteś silny. Masz niezłe mięśnie. Ja… – Roześmiał się. – Ja w ogóle nie ćwiczę, czasem tylko uciekam przed czarnuchami albo dzieciakami, jak chcą mnie obić. Zresztą i tak mnie zawsze łapią. Jesteś też przystojny. Jak żołnierze z filmów.
Stephen poczuł, że robaki znikają, a on, Boże… zaczyna się rumienić. Wbił wzrok w ziemię.
– Nie wiedziałem.
– No co ty. Założę się, że twoja dziewczyna też tak myśli.
Znów robaki.
– Właściwie…
– Nie masz dziewczyny?
– Gdzie schowałeś tę wodę? – spytał Stephen.
Jodie pokazał pudło z butelkami mineralnej. Stephen otworzył dwie i począł myć ręce. Zwykle nie cierpiał tego robić, kiedy ktoś na niego patrzył. Gdy przyglądali mu się ludzie, kulił się, a robaki nie chciały odejść. Jednak teraz nie przeszkadzało mu, że Jodie patrzy.
– To nie masz dziewczyny, co?
– Teraz nie – odpowiedział ostrożnie Stephen. – Ale nie jestem homo ani nic w tym rodzaju.
– Wcale tak nie pomyślałem.
– Nie wierzę w to, co inni. Na przykład myślę, że mój ojczym nie miał racji. Mówił, że AIDS to broń, którą Bóg chce wymierzyć karę homoseksualistom. Ale gdyby Bóg naprawdę chciał się pozbyć pedałów, toby się ich pozbył. Bez ryzyka, że mogą się zarazić normalni ludzie.
– Logiczne – rzekł Jodie. – Ja też nie mam dziewczyny. – Zaśmiał się z goryczą. – Zresztą jakim cudem miałbym mieć? Nie? Co ja mam? Nie jestem taki przystojny jak ty, nie mam kasy… jestem tylko pieprzonym ćpunem.
Stephen czuł, jak twarz mu płonie. Mył ręce coraz zajadlej.
Szoruj skórę, tak, tak…
Robaki, precz…
Patrząc na ręce, Stephen ciągnął:
– Ostatnio znalazłem się w takiej sytuacji, że nie interesuję się kobietami tak jak inni faceci. Ale to chwilowe.
– Chwilowe – powtórzył Jodie.
Oczy wbił w kostkę mydła, jak gdyby był to więzień planujący ucieczkę.
– Chwilowe. Z powodu pracy. Muszę zachować czujność.
– Jasne. Czujność.
Szoruj, szoruj. Mydło pieniło się jak targane sztormem morze.
– Zabiłeś kiedy pedała? – spytał z ciekawością Jodie.
– Nie wiem. Powiem ci, że nigdy nikogo nie zabiłem dlatego, że był homoseksualistą. To by nie miało sensu. – Ręce zaczęły go piec i swędzić. Szorował jeszcze mocniej, nie patrząc na Jodiego. Nagle poczuł, że przepełnia go dziwne pragnienie – by porozmawiać z kimś, kto być może go zrozumie. – Widzisz, ja nie zabijam ludzi dla samego zabijania.
– W porządku – odparł Jodie. – Ale jak na ulicy podejdzie do ciebie jakiś pijak, popchnie cię i powie do ciebie, bo ja wiem, „ty pieprzony pedale”. Zabiłbyś go, nie? Powiedzmy, że nikt by się o tym nie dowiedział.
– Ale… przecież pedał tak czy tak bywa pieprzony, nie?
Jodie zamrugał oczami i wybuchnął śmiechem.
– A to dobre.
Czyżbym powiedział coś dowcipnego? – zastanawiał się Stephen. Uśmiechnął się zadowolony, że zrobił wrażenie na Jodiem.
– No dobra – ciągnął Jodie. – Powiedzmy, że nazwał cię skurwysynem.
– Oczywiście, że bym go nie zabił. Skoro mówimy o pedałach, pomyśl też o Murzynach i Żydach. Nie zabiłbym Murzyna, chyba że dostałbym zlecenie i ofiara przypadkowo byłaby Murzynem. Pewnie są jakieś powody, dla których Murzyni nie powinni żyć, a przynajmniej mieszkać w tym kraju. Mój ojczym znalazłby dużo takich powodów. Zwykle miałem podobne poglądy jak on. Podobne zdanie miał o Żydach, ale tu się z nim nie zgadzam. Żydzi są dobrymi żołnierzami. Szanuję ich.
– Widzisz – ciągnął. – Zabijanie to tylko biznes. Pomyśl o Kent State. Byłem wtedy dzieciakiem, ale ojczym mi opowiadał. Słyszałeś o Kent State? O tych studentach, do których strzelała Gwardia Narodowa?
– Pewnie, że słyszałem.
– I tak naprawdę nikogo nie obchodziło, że ci studenci zginęli, nie? Ale strzelanie do nich nie miało sensu. Zupełnie bez celu. Jeżeli ktoś chce zwalczyć jakiś ruch, czy co to było, powinien namierzyć przywódców i ich sprzątnąć. Wtedy byłoby łatwiej. Przeprowadzić rozpoznanie, ocenić, zmylić, odizolować i wyeliminować.
– Tak właśnie zabijasz ludzi?
– Rozpoznajesz teren. Oceniasz trudność zadania i możliwości obrony wroga. Wszystkich trzeba zmylić, odwracając ich uwagę od ofiary – na przykład sprawić, żeby uwierzyli, że ich atakujesz, a potem się okazuje, że to tylko chłopak na posyłki albo czyścibut. Tymczasem ty docierasz do ofiary. Izolujesz ją i eliminujesz.
Jodie popijał sok pomarańczowy. W rogu piętrzyło się kilkadziesiąt pustych puszek. Wydawało się, że odżywia się wyłącznie sokiem.
– Wiesz – powiedział, ocierając usta rękawem – wszyscy myślą, że zawodowi mordercy są szurnięci. Ale ty wcale taki nie jesteś.
– Nie sądzę, żebym był szurnięty – rzekł pogardliwie Stephen.
– Ci ludzie, których zabijasz, są źli? Na przykład oszuści, ludzie z mafii czy inni tacy?