— Mówię ci — powiedział, zrywając plastikową pokrywę z opornego gatlinga M134 kaliber 7. 62. — Potrzebne nam są…
— Chłodzone wodą karabiny maszynowe browninga — dokończył starszy kapral Wright. — Tak, wiem.
— Śmiejesz się — powiedział Buckley, wyciągając ze złością zacięty w komorze nabój. — Z browningiem nigdy byś nie miał czegoś takiego. W tym właśnie cały problem, że wszyscy wołają o coraz większą i większą siłę ognia.
Ich stanowisko znajdowało się na drugim poziomie Muru, nad autostradą 441. Nie było stąd widać Clayton schowanego za skrajem góry, ale z punktu obserwacyjnego na Czarnej Górze dostali ostrzeżenie, że drogą zbliża się rój Posleenów. Dlatego uruchomienie gniazda B-146 było niezwykle ważne.
Mur miał mnóstwo punktów obserwacyjnych. Oprócz stanowisk gatlingów znajdowały się tam gniazda ciężkiej broni przeznaczonej do zwalczania tenarów i strzelnice dla żołnierzy; ich głównym zadaniem było dostarczanie amunicji działkom, ale gdyby chcieli, mogli od czasu do czasu także strzelać. Tak naprawdę jednak prowadzenie ognia spoczywało głównie na gatlingach i artylerii.
Działko było zamontowane na półstałej platformie M27-G2, która mogła na rozkaz poruszać się automatycznie w przód i w tył po wyznaczonym azymucie. Obwód prowadzenia ognia był połączony równolegle z innymi działkami strefy B-14; po naciśnięciu guzika znajdującego się w opancerzonym centrum dowodzenia wszystkie dwanaście działek otwierało ogień, wypluwając 2000 albo 4000 pocisków na minutę, zależnie od konfiguracji, i tworząc litą ścianę kul kaliber 7. 62.
Tak przynajmniej głosiła teoria. M134 był stosunkowo stabilnym układem, a platforma M27 była starsza i lepiej sprawdzona od Buckleya. Ale drobne zmiany projektu, konieczne, by przystosować oba systemy do stałego naziemnego, zdalnie sterowanego układu prowadzenia ognia zamiast powietrznego, zaowocowały drobnymi usterkami, częściowo związanymi z samym projektem, a częściowo z próbami jego zintegrowania. Żeby dać sobie z nimi radę, sześciu żołnierzy pod dowództwem plutonowego Buckleya miało pilnować, by działko było mechanicznie sprawne i miało zapas amunicji zarówno w czasie między bitwami, jak i w trakcie ich trwania.
W przypadku drużyny Buckleya wydawało się, że zamiast jednego żołnierza na działko potrzeba będzie co najmniej dwóch. Służba na Uniach obrony przypadała na zmianę trzem dywizjom korpusu, i Buckley był przekonany, że jego poprzednicy z innych dywizji nie dbali o broń albo rozmyślnie ją uszkadzali.
Dywizja pełniła służbę dwadzieścia cztery godziny na dobę przez cztery tygodnie, mieszkając w dość nędznych kwaterach w samym Murze, potem zaś była przenoszona na tyły. Tam przechodziła przez cykl zaopatrzenia i uzupełnień, mieszkając w koszarach, a w przypadku ataku przenosząc się do trzecioliniowych umocnień znajdujących się za kwaterą główną. Po czterech tygodniach przechodziła na drugą linię, co oznaczało, że była „w gotowości" do walki. Do tej pory polegało to na siedzeniu w koszarach, oglądaniu pism z gołymi panienkami i prowadzeniu bójek. Odkąd jednak pojawił się ten fiut saper z kwatery głównej, żołnierzy zapędzono do kopania okopów i budowania bunkrów po dwanaście godzin na dobę. Pod dwunastu godzinach machania łopatą i tachania worków z piaskiem człowiekowi ledwie starczało sił, żeby dowlec się do klubu.
Buckley był pewien, że ci dranie ze 103 sabotowali działka. A teraz pewnie piją piwko w klubie podoficerów i śmieją się za jego plecami.
Reszta drużyny, a właściwie cała kompania, w duchu winiła za ten stan rzeczy Buckleya. Każdy, na kogo spadnie statek kosmiczny, szybko dorabia się reputacji pechowca, którego pech przechodzi na wszystko, czego taki nieszczęśnik tknie. Czy to przydziałowy humvee, czy działka na umocnieniach, czy nawet jego własny karabin, zawsze działo się z tym coś dziwnego i niezwykłego.
W tym przypadku było to działko B-146, które całkowicie odmówiło prowadzenia ognia w ciągły i niezawodny sposób.
— To chyba spięcie — powiedział specjalista Alejandro, wpychając wycior ze szmatą nasączoną oliwą do lufy numer cztery.
— Sprawdziliśmy to — warknął Buckley. — Pobór prądu jest w normie.
— To pewnie amunicja — powiedział Wright.
— Wymieniliśmy skrzynkę. — Buckley wskazał na pudło taśmy z nabojami, ustawione pod działkiem. — Sprawdziliśmy amunicję na 148, wszystko grało.
— To pewnie zwarcie doziemne przez M27 — upierał się Alejandro, wyciągając wycior. — M27 też wariuje.
— To chyba pan wariuje, plutonowy — powiedział Wright, obracając ręcznie działko.
— To ci skurwiele ze 103 — upierał się Buckley. — Spieprzyli wszystkie działka. Mówię wam, chcą po prostu narobić nam koło pióra, żebyśmy najgorzej wypadli.
— To nie takie trudne — mruknął pod nosem Wright.
— Co takiego, kapralu? — spytał groźnie Buckley.
— Nic, panie plutonowy — odparł Wright. — Działa, sprawdźmy.
— Dobrze. — Buckley cofnął się. — Zresetuj bezpiecznik, Alejandro.
Specjalista sprawdził, czy lufy nie są zatkane, i zdjął przywieszki z bezpieczników.
— Gotowe.
— Odbezpieczyć. — Buckley podłączył lokalny kontroler. — Broń gotowa — rzekł, ładując nabój do komory.
— Ale zatyczki do uszu nie. — Wright pospiesznie sięgnął do kieszeni na piersi.
— To tylko krótka seria — odparł Buckley. — Jedziemy. Ustawił działko na cztery tysiące pocisków na minutę i maksymalną prędkość, i nacisnął spust.
Kule wyleciały z jazgotem przypominającym wycie piły mechanicznej, a strumień ognia wyglądał jak pomarańczowy promień lasera; co piąty pocisk był smugowy, a leciały tak blisko siebie, że wyglądały jak ciągły strumień.
Buckley kiwnął głową — broń dalej strzelała — a potem zmarszczył brew, kiedy zatrzymała się ze szczękiem i wysokim, ostrym wizgiem odłączanego kontrolera skrętu.
— A niech to szlag.
Mosiężna łuska, która spowodowała zacięcie, była wyraźnie widoczna — wystawała ukośnie z okna wylotowego.
— A niech to szlag — powtórzył, sięgając po nabój.
— Panie plutonowy, to jest odbezpieczone — zaprotestował Wright.
— Mam to gdzieś — warknął Buckley, machnięciem ręki odpędzając Alejandro od bezpieczników. — Chcę mieć to z głowy, zanim…
Dwaj specjaliści nigdy nie dowiedzieli się, co takiego Buckley chciał mieć z głowy, bo problemem faktycznie było spięcie, ale nie w działku czy nawet w platformie M27, lecz w oporniku kontrolującym dopływ mocy do M27.
Zwój opornika redukował moc dostarczaną do wszystkich działek tak, że prąd dochodzący do platform miał odpowiednie napięcie. Ale w przypadku stanowiska B-146 opornik był wadliwy i przepuszczał większy woltaż.
Napięcie „przesiąkało" do działka, a ponieważ działko było sterowane silnikiem elektrycznym, silnik pracował na nieco wyższych obrotach niż przewidywała jego konstrukcja. Ponieważ jednak działko stało na izolowanym podłożu, wadliwy opornik nie mógł uwolnić pełnej mocy.
Kiedy jednak plutonowy Buckley złapał za mosiężną łuskę, działając jak przewodnik, prąd popłynął… I Buckleya niespodziewanie poraziło 220 wolt.
Stał przez chwilę w miejscu i dygotał, dopóki nie strzeliły wszystkie bezpieczniki w układzie.
— Cholera — powiedział Wright. — To na pewno bolało. Nie musiałeś razić go prądem, żeby udowodnić, że masz racją, Alejandro.
— To nie ja — odparł specjalista, wyciągając z apteczki strzykawkę z hiberzyną. — Ja go zacznę reanimować, a ty wezwij medyków. Powiedz im, że Buckley znów ma zły dzień.