Выбрать главу

Przy wszystkich dzielących nas różnicach i bez względu na to, ile było rzeczy, o których nie chcieliśmy rozmawiać, łączyły nas bardzo bliskie rodzinne związki. Nie zwykliśmy skarżyć się, kłócić, domagać czegoś albo plotkować. Pamiętam kilka awantur, które urządziłem jako małolat, wydaje mi się jednak, że dorastając przyjąłem stoicką, pełną rezygnacji i mało wymagającą postawę mojej rodziny i ja również nie skarżyłem się, nie kłóciłem i nie plotkowałem. Moja matka, zostawszy po sześciu latach małżeństwa wdową z trójką dzieci, z których dwoje nie należało do niej, wychowała nas, jakby była matką wszystkich, a brat i siostra tak właśnie się do niej odnosili. Dowiedziałem się, że brat uzbierał kiedyś dość pieniędzy, żeby kupić jej lepsze radio. Trafił w dziesiątkę, ponieważ matka uwielbiała melodyjną muzykę, w szczególności arie Pucciniego. A w tamtych czasach radiowej rozrywki pośród słynnych i licznych programów komediowych i rewiowych było wiele cotygodniowych audycji, w których nadawano krótkie fragmenty oper i lekkiej muzyki symfonicznej.

Chociaż trwał właśnie kryzys gospodarczy, wszystkim najwyraźniej udawało się wcześniej czy później znaleźć pracę. Kiedy poszedłem do szkoły, mój brat, starszy ode mnie o czternaście lat, zatrudnił się w biurze maklerskim na Wall Street, w dziale obsługi klienta, wykonując pracę, do której, jak się rychło okazało, niezbyt się nadawał z powodu skromnych manier, nieagresywnej natury oraz poczucia, że stale jest coś komuś winien. Siostra, po ukończeniu szkoły średniej i kilku zaskakująco nieudanych próbach znalezienia zajęcia przez biura pośrednictwa, wylądowała w końcu w domu towarowym R. H. Macy'ego, gdzie przepracowała jakieś czterdzieści lat. A ja w wieku szesnastu lat wkładałem po lekcjach elegancki ąuasi-wojskowy mundur khaki i jako półetatowy posłaniec Western Union dostarczałem telegramy w dni powszednie do biurowców na Manhattanie, a w weekendy, na rowerze, w dzielnicach mieszkaniowych Brooklynu, traktując na ogół swoje obowiązki jako ciekawą i radosną przygodę. Matka, która przed ślubem była szwaczką i kimś w rodzaju krawcowej, szyła w domu, naprawiając ubrania sąsiadom i wykonując poprawki w nowych sukniach dla swojej kuzynki, Sadie Pacon, która miała sklep odzieżowy niedaleko nas, przy Gravesend Neck Road w dolnym Flatbush. Znalazła także stałą pracę w pralni i przeszywała w domu postrzępione kołnierzyki męskich koszul, tak że z zewnątrz i przynajmniej przy szyi wyglądały całkiem jak nowe. W weekendy, głównie w sobotnie wieczory, mój brat dorabiał sobie czasem w lokalach podczas bankietów; ubierał się elegancko, by pełnić funkcję grzecznego szatniarza bądź też kelnera, który wita gości i kieruje ich na salę. Kręcący się przed kamienicą sąsiedzi, widząc, jak wychodzi z domu w smokingu bądź równie szykownej dwurzędowej sportowej marynarce, mogli dojść do wniosku, że wybiera się na oficjalną randkę. Ale ja wiedziałem, że idzie do pracy.

Matka lubiła czytać. W Europie dorastała w rodzinie introligatorów. Z biblioteki publicznej na Coney Island przynosiłem jej przełożone na jidysz powieści. Podobał jej się Tołstoj, zwłaszcza jego „Anna Karenina", którą znała od bardzo dawna. Dostojewskiego uważała za wariata. Brat mamy (mój wuj Sam) został zatrudniony pod koniec życia przy konserwacji książek w bibliotece Uniwersytetu Brandeis. Jego syn, Harry Stein, zawodnik szkolnej drużyny James Madison High School w Brooklynie, a potem City College w Nowym Jorku, był tam jednym z trenerów lekkiej atletyki.

Widząc nadgniłe jabłko, matka czym prędzej robiła pudding z kluskami, żeby je wykorzystać i nie wyrzucać do śmieci. Za pomocą nożyczek i maszyny do szycia zamieniała wytarte narzuty na okienne zasłony. (Kiedy z wiekiem pogorszył jej się wzrok, pomagałem jej często przy szyciu, nawlekając igłę. Dzisiaj nie umiałbym tego zrobić). Kiedy brat i siostra pokłócili się, nie pozwalała im pójść spać, póki nie porozmawiali ze sobą i się nie pogodzili. Źródłem największej radości była dla niej zawsze niespodziewana wizyta kogoś ze starego kraju. Cieszyła się też, gdy na Coney Island odwiedziła ją pani Rosen.

Chodząc do szkoły średniej, siostra ubierała się, jak pamięta, głównie w ubrania starszej kuzynki, która pracowała już w firmie swojego ojca i preferowała w związku z tym stroje ciemnego koloru. Moja matka przerabiała je, żeby pasowały. Siostra pamięta również, że nie najlepiej się w nich czuła, były to bowiem przeważnie sukienki, a nie spódnice i bluzki lub swetry, modne wśród dziewcząt. Dwukrotnie owdowiała, cieszy się szacunkiem pasierbicy z pierwszego małżeństwa oraz trojga dzieci z drugiego, które są teraz wszystkie dorosłe.

Przez krótki okres, grubo przed szesnastym rokiem życia, bardziej z gorliwości niż potrzeby, handlowałem wczesnym wieczorem gazetami, które miały się ukazać następnego ranka, krzycząc „»Merican«,»News«i»Mirror«, poranne wydania!". „American", należąca do Hearsta i bardziej reakcyjna od jego „Mirrora", była grubsza od innych, więcej kosztowała i miała niewielu czytelników w dzielnicy włoskiej i żydowskiej, które przemierzałem w desperackim pośpiechu, by pozostawić w tyle innych gazeciarzy, próbujących mnie rozpaczliwie wyprzedzić. Skreśliłem wkrótce tę cięższą gazetę z mojej listy i wydawany przeze mnie okrzyk zmienił się na „Hej, kupujcie»News«i»Mirror«, poranne wydania!". Przynosiło to bardzo skromny dochód: miałem szczęście, jeśli zarobiłem dolara. Pamiętam, że kupowałem chyba egzemplarz za półtora centa i sprzedawałem za dwa, z nadzieją, iż czasami dostanę centa lub dwa napiwku. Ludzie, którzy chcieli dwie gazety, mogli mi dać piątaka. Kupowałem gazety z ciężarówek niedaleko stacji metra Stillwell Avenue, zjadając przeważnie frankfurterkę, kiedy na nie czekałem, a potem wracałem do domu deptakiem i zatłoczonymi Surf i Mermaid Avenue, mając nadzieję, że dotarłszy do celu, pozbędę się wszystkich gazet. Jeśli to się nie udało, mógł mi pomóc żartobliwy i bezczelny okrzyk skierowany do sąsiadów siedzących przed domami. „Wydanie specjalne! Hitler nie żyje… w zgodzie ze swoją rodziną!". Gazety, które mi zostały, rozdawałem moim ulubieńcom.

Pewne wydarzenie wryło mi się głęboko w pamięć; taki cud zdarzył się tylko raz. Siedzący samotnie w irlandzkim barze przy deptaku chudy facet machnął na mnie któregoś wieczoru i poprosił o jedną z gazet. Stanąłem przy nim i czekałem w napięciu, on zaś otworzył ją na ostatniej stronicy, studiował przez kilka chwil wyniki gonitw i oddał z powrotem. A potem dał mi dziesięć centów, nie biorąc w ogóle gazety. Wychodząc na dwór byłem wniebowzięty; miałem wrażenie, że frunę w powietrzu. Kochałem świat, który zamieszkują tacy ludzie.

Z osobistego doświadczenia wiem, że niewiele przyjemności tak bardzo podnosi na duchu jak otrzymanie nieoczekiwanej sumy pieniędzy. Niedawno zdziwiłem się, gdy przekazano mi pocztą, bez żadnej uprzedniej zapowiedzi, czek od mojego literackiego agenta, opiewający na osiemnaście tysięcy dolarów i stanowiący skumulowane honorarium za publikację we wschodnich Niemczech jednej z moich powieści. Zdążyłem już dawno zapomnieć, że wydano tam moją książkę, i w ciągu następnej godziny kilkakrotnie złapałem się na tym, że szczerzę zęby i nucę wesołe melodyjki. Ale poważnie wątpię, by poczucie błogości, jakiego doznałem w związku z tym relatywnie obfitym zarobkiem, przewyższyło radość z powodu dziesięciocentowego napiwku, który otrzymałem niegdyś jako gazeciarz. Odnoszę teraz wrażenie, że ta dycha miała dla mnie ogromne znaczenie, i tak zapewne było.

Każda z tych miłych niespodzianek wprawiała mnie w upojenie, którego ktoś, kto urodził się bogaty, najprawdopodobniej nie jest w stanie nigdy doznać. Istnieją przyjemności, których nie kupi się za pieniądze.