Hali na dole był pusty, ale Cardenas usłyszała dolatujące skądś odgłosy rozmowy. Żaden z głosów nie przypominał jej Humphriesa. Przeszli do foyer i dotarli do frontowych drzwi. Dwóch mężczyzn w szarych garniturach wyglądało na zaskoczonych jej widokiem.
Wyższy zmarszczył brwi i odezwał się:
— Doktor Cardenas, co pani…
Cios George’a nieomal wprawił go w ruch wirowy. Drugi z ochroniarzy gapił się, skamieniały ze zdumienia, aż cios w żołądek uniósł go w powietrze. Cardenas usłyszała chrzęst łamanej kości i ochroniarz osunął się bezwładnie na podłogę.
Drzwi frontowe stanęły otworem i George syknął:
— Dalej, uciekamy!
Cardenas wybiegła z domu, skręciła na ścieżkę wijącą się przez ogród, a potem przeskoczyła przez klapę prowadzącą do najniżej położonego korytarza Selene. Słyszała, jak George dyszy i sapie gdzieś koło niej. Kiedy już pokonali klapę, George położył jej rękę na ramieniu, by ją zatrzymać.
— Chyba nikt nas nie goni — rzekł.
— Jak pan sądzi, kiedy się zorientują, że znikłam? Poczuła, że wzruszył ramionami.
— Niedługo.
— Co teraz?
— Niech tylko zdejmę ten kombinezon — mruknął George. — Ledwo się w nim nie ugotowałem, tak gorąco.
Pojawiła się jego twarz i całą kędzierzawa głowa. Nim upłynęła minuta, stał obok niej, spocony i zadowolony, wielki, rudy olbrzym w pomiętym, poplamionym ciemnozielonym ubraniu roboczym.
— Tak lepiej — rzekł George, biorąc głęboki oddech. — W środku ledwie można oddychać.
Ruszyli szybko korytarzem w stronę ruchomych schodów.
— Dokąd mogę iść? — spytała Cardenas. — Gdzie będę bezpieczna? Humphries przewróci Selene do góry nogami, szukając mnie.
— Możemy pójść do Stavengera i poprosić, żeby się panią zaopiekował.
Potrząsnęła głową.
— Nie chcę Douga w to mieszać. Poza tym, Humphries pewnie ma swoich ludzi wśród pracowników Selene.
— Hm, tak, pewnie tak — odparł George. Dotarli do ruchomych schodów. — Wśród pracowników Astro też.
Przerażona, Cardenas zapytała:
— Dokąd więc mogę pójść? George uśmiechnął się.
— Mam dla pani doskonałą kryjówkę. O ile nie ma pani nic przeciwko przebywaniu tam z pewnym ciałem.
Bonanza
— Ślicznotka — wysapał Dan, patrząc na obraz na monitorze radaru.
— Dość brzydka ślicznotka — zaoponowała Pancho. Obraz radarowy ukazywał wydłużony nieregularny kształt asteroidy, z jednej strony zaokrąglony z wgłębieniem, z drugiej z zagłębieniami wyglądającymi jak odcisk gigantycznej pięści.
— Nie sądzicie, że wygląda raczej jak ziemniak? — wtrąciła Amanda.
— Żelazny ziemniak — rzekł Dan.
Fuchs przeszedł przez luk i nagle Dan miał wrażenie, że na mostku jest tłoczno. Lars nie jest wysoki, ale wypełnia sobą całe pomieszczenie.
— To ona? — spytał Lars z oczami utkwionymi w ekranie.
— To ona — odparła Pancho przez ramię. Postukała w klawiaturę po lewej stronie i na małym ekranie pojawił się ciąg znaków. — Czternasta asteroida odkryta w tym roku.
— W takim razie będzie nosić oficjalną nazwę 41-014 Fuchs.
— Jakie to uczucie mieć asteroidę swojego imienia, Lars?
— spytała Amanda.
— Bardzo przyjemne — odparł.
— Jesteś pierwszą od wielu lat osobą, której imieniem nazwano nowo odkrytą asteroidę — Danowi wydawało się, że Amanda wręcz promienieje.
— Większość nowych skał została odkryta przez automatyczne próbniki — rzekła Pancho. — Ich nazw nie ma w zapisach.
— Asteroida 41-014 Fuchs — rzekła Amanda. Uśmiechnął się i wzruszył ramionami — wyglądał, jakby jej entuzjazm przyprawiał go o zawstydzenie, wręcz zażenowanie.
— Oficjalna nazwa to jedno — wtrącił Dan. — Mam zamiar nazwać ją Bonanza.
— Ją? — spytał Fuchs.
— Dlaczego asteroida jest rodzaju żeńskiego? — spytała Pancho. Dan stał twardo na swoim gruncie.
— Hej, przecież jest Matka Ziemia i jej siostra Wenus, nie?
— A Mars?
— Albo Jowisz?
Wskazując na widoczny na ekranie kształt, Dan rzekł:
— Dzięki Bonanzie wszyscy będziemy bogaci. I szczęśliwi. Ona i jej siostry ocalą świat. To kobieta.
— Pewnie, że to kobieta — rzekła lakonicznie Pancho. — Chcesz się w nią zagłębić, nie?
— No wiesz, Pancho! — prychnął Fuchs. Dan zrobił minę niewiniątka.
— Ależ ty masz brudne myśli, Pancho. Ja uwielbiam tę kobietę.
W ciągu trzech godzin zbliżyli się do Bonanzy na tyle, że mogli ją zobaczyć na własne oczy: ciemny, zdeformowany kształt, połyskujący w słabym świetle odległego Słońca. Asteroida obracała się powoli w zimnej pustce kosmosu, zasłaniając gwiazdy.
— …tysiąc osiemset czterdzieści cztery metry po osi wzdłużnej — Amanda odczytała pomiary z ekranu. — Siedemset sześćdziesiąt dwa metry, szerokość maksymalna.
— Prawie dwa kilometry długości — zachwycił się Dan. Nie opuścił mostka w czasie zbliżania się do metalicznej asteroidy.
— Wygaszam ciąg szczątkowy — oznajmiła Pancho, skupiona na sterowaniu.
— Ciąg zero — potwierdziła Amanda.
Asteroida znikła z widoku, gdy Pancho i Amanda ustawiły statek na orbicie parkingowej. Dan poczuł, że niewielkie ciążenie znika całkowicie. Wzniósł się nad pokład, zatrzymując z ręką pod sufitem.
Zobaczył, że Fuchs wpływa przez luk za nim.
— Lars, przez chwilę będziemy w zerowej grawitacji — rzekł Dan.
— Wiem. Chyba zaczynam się przyzwyczajać.
— Świetnie. Nie rób gwałtownych ruchów, a wszystko będzie dobrze.
— Tak. Dzięki. Mein Gott! Jest!
Ciemny, niesymetryczny kształt Bonanzy wyrósł przed bulajem mostka jak poszarpany, cętkowany potwór, wielki, dominujący i złowieszczy. To jak stanąć w obliczu ogra, pomyślał, gigantycznej bestii z baśni.
— Patrzcie tylko na te warstwy! — rzekł Fuchs, a głos aż drżał mu z podniecenia. — Musiała się oderwać od jakiegoś większego ciała, może planetezymali[3] na wczesnym etapie rozwoju Układu Słonecznego! Musimy wyjść na zewnątrz i pobrać próbki, dowiercić się do rdzenia!
Dan roześmiał się. Fuchs obrócił się w jego stronę ze zdziwioną miną. Nawet Pancho obejrzała się przez ramię.
— Co cię tak śmieszy, szefie?
— Nic — odparł Dan, próbując się uspokoić. — Nic. — W duszy zdziwił się, że ten sam widok, który w nim przywołał smutne wspomnienia z dzieciństwa, u Fuchsa spowodował atak naukowej ciekawości.
— No, dalej — rzekł Fuchs, nurkując przez luk. — Musimy włożyć skafandry i wyjść na zewnątrz.
Dan skinął głową na zgodę i udał się za naukowcem. Zapomniał o zerowej grawitacji, uświadomił sobie Dan. Nie martwi się mdłościami, ma tyle pracy, którą chce wykonać.
Amanda została na mostku, zaś Pancho popłynęła za Da-nem do śluzy.
— Chyba nie myślisz o wychodzeniu na zewnątrz, co? — zwróciła się do Dana.
— Byłem wykwalifikowanym astronautą, kiedy ciebie jeszcze nie było na świecie, Pancho.
— Przekroczyłeś czerwoną kreskę. Nie możesz wychodzić na zewnątrz.
— A z nieba pada sos jabłkowy.
— Dan, ja mówię poważnie — rzekła Pancho. — Twój system odpornościowy nie wytrzyma kolejnej dawki promieniowania.
3
Planetezymale — hipotetyczne pierwotne małe bryły materii wyrwanej ze Słońca na skutek bliskiego przejścia innej gwiazdy. Łączenie się planetezymali miało prowadzić (w modelu zaproponowanym w 1905przez amerykańskich uczonych F.R. Mo-ultona i T.C. Chamberlina) do powstania planet Układu Słonecznego