Выбрать главу

– Skoro mówimy o Córach Ciemności – włączyła się znów Shaunee – czy zdecydowałaś już, jakie wymagania należy spełnić, by zakwalifikować do ich grona?

Ledwie się pohamowałam, żeby nie wrzasnąć: Nie, jeszcze nie wiem, bo ciągle nie mogę uwierzyć, że pełnię tę funkcję! Potrząsnęłam głową i wpadłam na genialny pomysł: przerzucę na nich część inicjatywy.

– Nie wiem, jakie wymagania trzeba postawić. Właściwie miałam nadzieję, że mi w tym pomożecie. Macie może już jakieś pomysł?

Tak myślałam, cała czwórka zamilkła. Zanim zdążyłam podziękować im za to milczenie, w interkomie rozległ się głos starszej kapłanki. Przez krótką chwilę byłam zadowolona, że niewygodny temat został zarzucony, ale zaraz dotarła do mnie treść komunikatu i ścisnęło mnie w żołądku.

– Uczniowie i nauczyciele proszeni są o przejście do holu przyjęć. Rozpoczął się czas comiesięcznych odwiedzin waszych rodziców,

Holender, nie ma rady.

– Stevie Rae! Stevie Rae! Ojejku, jak ja się za tobą stęskniłam!

– Mama! – zawołała Stevie Rae i rzuciła się w ramiona kobiety, która wyglądała tak samo jak jej córka, tylko starsza o jakieś dwadzieścia kilka lat i grubsza o dwadzieścia kilo.

Damien i ja stanęliśmy niezdecydowanie w holu, który zaczynał się zapełniać gośćmi wyglądającymi na ludzkich rodziców, czasem na ludzkie rodzeństwo, mieszającymi się z adeptami i grupkami naszych nauczycieli.

– No cóż, widzę tam swoich rodziców – powiedział Damien z ciężkim westchnieniem. – Niech już mam to za sobą. Cześć.

– Cześć – mruknęłam, patrząc, jak podchodzi do dwojga całkiem zwyczajnie wyglądających ludzi z paczuszkami prezentów w rękach. Mama uściskała go raczej powściągliwie, a ojciec potrząsnął jego ręką przesadnie męskim gestem. Damien poddawała się temu w pobladła twarzą, wyraźnie zestresowany.

Podeszłam do stołu zajmującego całą długość ściany, nakrytego obrusem. Pełno na nim było wyszukanych serów, mięs, deserów, a ponadto kawa, herbata, wino. Mieszkałam Domu Nocy już przeszło miesiąc, a jeszcze szokowało mnie, że tak często serwuje się tu wino. Dało się to częściowo wytłumaczyć tym, że nasz Dom prowadzony był na wzór europejskich Domów Nocy. Widocznie tam wino podaje się równie często jak u nas coca-colę czy herbatę do posiłków. Następny argument za podawaniem wina to ten, że wampir praktycznie nie może się upić, adept najwyżej dostaje lekkiego kopa, przynajmniej jeśli chodzi o alkohol, bo co do krwi to całkiem inna sprawa. Tak więc wino nie przedstawia tu żadnego problemu, ale byłam ciekawa, jak rodzice z Oklahomy zareagują na widok wina podawanego w szkole.

– Mamo, poznaj mają współmieszkankę. Pamiętasz, jak ci o niej opowiadałam? To Zoey Redbird. Zoey, to moja mama.

– Dzień dobry, pani Johnson. Miło mi panią poznać – przywitałam się grzecznie.

– To mnie jest miło poznać ciebie, Zoey. Ojejku, Stevie Rae wcale nie przesadziła, mówić że masz taki ładny Znak. – Zaskoczyła mnie tym swoim maminym uściskiem, jak też wyszeptanym wyznaniem: – Tak się cieszę, że troszczysz się o moją Stevie Rae. Ja się o nią martwię.

Też ją uścisnęłam i odpowiedziałam szeptem:

– Nie ma sprawy, pani Johnson. Stevie Rae jest moją najlepszą przyjaciółką. – Nagle zapragnęłam, co było zupełnie nierealne, żeby moja mama martwiła się o mnie tak, jak pani Johnson martwi się o swoją córkę.

– Mamo, przyniosłaś mi czekoladowe chrupki? – zapytała Stevie Rae.

– Tak, dziecino, przyniosłam, ale zostawiłam w samochodzie. – Mama Stevie Rae mówiła z tak samo silnym olahomskim akcentem jak jej córka. – Chodź ze mną do samochodu, to razem je przyniesiemy. Wzięłam trochę więcej, żebyś poczęstowała przyjaciółki. – Uśmiechnęła się do mnie miło. – Chodź z nami, Zoey, będzie nam przyjemniej.

– Zoey!

Usłyszałam własny głos niczym zamrożone echo ciepłej tonacji pani Johnson, gdy za jej plecami zobaczyłam, jak moja mama wchodzi do holu wraz z Johnem. Serce uciekło mi do pięt. Musiała go przyprowadzić. Nie mogła raz dla odmiany zostawić go w domu i przyjść sama, tak byśmy zostały tylko we dwie? Oczywiście znałam odpowiedź. On by się nigdy na to nie zgodził. A skoro on by się pozwolił, to ona mu się nie sprzeciwi, i tyle. Koniec tematu. Od kiedy wyszła za Johna, nie musiała się martwić o pieniądze. Zamieszkała w przeogromnym domu na przedmieściach w spokojnej okolicy. Zgłosiła się na ochotnika do PTA [1]. Zaczęła się udzielać w kościele. Od czasu swojego ślubu przed trzema laty przestała być sobą. Zatraciła wszystkie swoje dotychczasowe cechy.

– Przepraszam, pani Johnson, ale widzę, że nadchodzą moi rodzice, więc lepiej już sobie pójdę.

– Ależ kochanie, z przyjemnością poznam twoją mamę i tatę. – I tak jakby to się działo w jakiejś innej zwykłej szkole, zwróciła się z uśmiechem do moich rodziców.

Wymieniłyśmy ze Stevie Rae porozumiewawcze spojrzenia. Przepraszam, bezgłośnie wyartykułowałam w jej kierunku. Niby nie miałam całkowitej pewności, że wydarzy się coś złego, ale widząc jak ojciach, niczym generał dowodzący szwadronem śmierci, pilnuje, by zachować odpowiedni dystans pomiędzy nami, uświadomiłam sobie, że spory pasują do tej koszmarnej nocy.

Ale naraz poczułam się znacznie lepiej, gdy zobaczyłam, jak zza pleców ojciacha wyłania się najmilsza osoba pod słońcem i w powitalnym geście wyciąga do mnie ramiona.

– Babcia!

Zamknęła mnie w mocnym uścisku swoich ramion, poczułam zapach lawendy, który zawsze jej towarzyszył, jakby zabierała ze sobą w drogę kawałek swojej lawendowej farmy.

– Zoey, ptaszyna! Bardzo się za tobą stęskniłam, u-we-tsi a-ge-hu-tsa.

Uśmiechnęłam się do niej przez łzy, słysząc to czirokeskie słowo „córka”, które dla mnie oznaczało miłość, poczucie bezpieczeństwa i bezwarunkową akceptację, czego od trzech lat nie zaznałam we własnym domu, a co przed przybyciem do Domu Nocy mogłam znaleźć jedynie na farmie babci.

– Ja też tęskniłam za tobą, Babciu. Tak się cieszę, że przyjechałaś!

– Pani na pewno jest babcią Zoey – powiedziała pani Johnson, gdy tylko oderwałyśmy się od siebie. – Miło mi panią poznać. Ma pani świetną dziewczynkę.

Babcia uśmiechnęła się do niej ciepło, gotowa coś odpowiedzieć, ale John jej przerwał tym swoim nieznoszącym sprzeciwu tonem:

– Właściwie dziewczynka, którą pani tak komplementuje, jest nasza.

Mama, niczym podręcznikowa żona odzyskała głos.

– Tak, to my jesteśmy rodzicami Zoey. Nazywam się Linda Heffer. A to mój mąż, John, i moja matka, Sylwia Red… – Urwała w pół słowa to swoje eleganckie przedstawienie, kiedy wreszcie raczyła zaszczycić mnie spojrzeniem.

Zmusiłam się do uśmiechu, ale policzki mnie piekły i bolały, jakbym siedziała na słońcu, mając na twarzy twardniejącą maseczkę, która popęka i rozpadnie się na kawałki, jeśli nie będę dość ostrożna.

– Cześć, Mamo.

– Na litość boską, coś ty zrobiła z tym znakiem? – To ostatnie słowo mama wymówiła, jakby miała powiedzieć „pedofil” albo „rak”.

– Uratowała życie pewnemu chłopcu i wykazała zdolność kontaktowania się z żywiołami, co właściwe jest jedynie bogini. Za to Nyks wyróżniła ją Znakami, jakich nie mają adepci – wyjaśniła Neferet swym melodyjnym głosem, dołączając do grona niedobranych osób i wyciągając dłoń w stronę ojciacha. Neferet prezentowała się jak większość dorosłych wampirów – chodząca doskonałość. Wysoka, z masą falujących złotych włosów, z wielkimi oczami o wykroju migdałów w oryginalnym kolorze zielonego mchu. Poruszała się pewnie i z gracją godną bogini, cała jej sylwetka jaśniała nieziemskim blaskiem, jakby była rozświetlona od wewnątrz. Miała na sobie szafirowy kostium ze lśniącego jedwabiu, w uszach srebrne kolczyki w kształcie spirali (co miało oznaczać podążanie ścieżką bogini, z czego chyba większość rodziców nie zdawała sobie sprawy). Nad jej lewą piersią widniała wyhaftowana srebrną nitką sylwetka bogini ze wzniesionymi ramionami, ten sam symbol nosimy także pozostałe wykładowczynie. Zaprezentowała olśniewający uśmiech, gdy zwróciła się do ojciacha. – Panie Heffer, jestem Neferet, starsza kapłanka Domu Nocy, choć może łatwiej będzie panu przyjąć, że jestem dyrektorką zwyczajnej szkoły średniej. Dziękuję, że przyszli państwo na nasz comiesięczny wieczór spotkań rodzicielskich.

вернуться

[1] Parents-Teachers Association – organizacja skupiająca rodziców, którzy działają na rzecz szkoły.