Выбрать главу

– Uważaj na siebie. – Jej szept unosił się jeszcze w powietrzu, gdy już wyślizgnęła się frontowymi drzwiami. Moich uszu dobiegł odgłos silnika furgonetki, głośny, potem coraz słabszy, Jasper i Alice czekali na rozkaz. Wydawało mi się, że dziewczyna sięgnęła po telefon, jeszcze zanim zadzwonił.

– Edward mówi, że kobieta poszła tropem Esme. Podjadę pod wejście. – Znikła w ciemnościach, jak przed nią Edward.

Jasper i ja zmierzyliśmy się wzrokiem. Stał w pewnej odległości ode mnie i… miał się na baczności.

– Wiesz co, nie masz racji – powiedział cicho.

– Co takiego?

– Potrafię wyczuć targające tobą emocje. Uwierz mi, jesteś tego warta.

– Wcale nie – mruknęłam. – Poświęcają się bez sensu.

– Nie masz racji – powtórzył z serdecznym uśmiechem.

Przez frontowe drzwi weszła Alice, choć nie słyszałam nadjeżdżającego pojazdu. Podeszła do mnie z wyciągniętymi rękami.

– Mogę? – upewniła się.

– Ty pierwsza prosisz o pozwolenie. – Uśmiechnęłam się cierpko.

Mimo swej wątłej budowy podniosła mnie bez najmniejszego trudu i dla bezpieczeństwa otuliła własnym ciałem. Wybiegliśmy w noc, zostawiając za sobą zapalone światła.

20 Zniecierpliwienie

Kiedy się obudziłam, nie potrafiłam zebrać myśli. Postrzegałam wszystko jak przez mgłę, rzeczywistość myliła mi się z sennymi koszmarami. Dopiero po dłuższej chwili zdałam sobie sprawę, gdzie się znajduję.

Nijaki wystrój pokoju wskazywał na to, że nocujemy w motelu. Zyskałam stuprocentową pewność, zauważywszy, że lampki nocne są przyśrubowane do szafek. Rzecz jasna sięgające ziemi zasłony uszyte były z tej samej tkaniny, co kapa na łóżko, a ściany ozdabiały reprodukcje mdłych akwarelek.

Spróbowałam sobie przypomnieć, jak się tu znalazłam, ale najpierw moja głowa ziała pustką, a potem przed oczami stawały tylko fragmenty układanki.

Pamiętałam, że auto, którym jechaliśmy, było czarne i lśniące, o szybach ciemniejszych niż w zwykłej limuzynie. Silnika tego cuda niemal wcale nie było słychać, choć pędziliśmy autostradą ponad dwa razy szybciej, niż to było dozwolone.

Pamiętałam też, że na tylnym siedzeniu obitym ciemną skórą siedziała ze mną Alice. Nawet nie wiem, kiedy moja głowa opadła na jej ramię. Dziewczyna najwyraźniej nie miała nic przeciwko takiej zażyłości, a dotyk jej chłodnej, przypominającej fakturą granit skóry przynosił mi nieco dziwaczne w swej naturze ukojenie. Łzy ciekły mi ciurkiem, przemoczyły cały przód koszulki mej pocieszycielki, aż w końcu moje czerwone, obrzęknięte oczy wyschły na dobre.

Mijały kolejne godziny. W końcu nad jakąś górą w Kalifornii pokazała się nieśmiało łuna zbliżającego się świtu. Nie byłam jednak w stanie zasnąć. Ba, nie mogłam nawet przymknąć powiek, choć szare światło bezchmurnego nieba raziło mnie boleśnie w oczy. Każda próba kończyła się powtórką z poprzedniego wieczoru, nieznośnie realistyczne obrazy przesuwały się jeden za drugim niczym w szalonym fotoplastykonie: załamany Charlie, Edward z obnażonymi zębami, wściekła Rosalie, bystrooki tropiciel, martwe spojrzenie Edwarda, kiedy całował mnie na pożegnanie… Odpędzałam sen, byle tylko ich nie oglądać. Słońce stało na niebie coraz wyżej.

Nadal czuwałam, gdy zostawiwszy za sobą przełęcz, znaleźliśmy się w Dolinie Słońca *. Było teraz za nami, odbijało się w dachówkach ulicznych domów. Wyprana z wszelkich uczuć, nie zdziwiłam się nawet, że w jedną dobę pokonaliśmy trzydniową trasę. Wpatrywałam się tępo w rozciągającą się przede mną panoramę miasta. Phoenix – pierzaste palmy, pokryte zaroślami połacie kreozotu, przecinające się chaotycznie nitki autostrad, zaskakujące soczystą zielenią pola golfowe, turkusowe plamy przydomowych basenów – wszystko to przykryte czapą rzadkiego smogu, otoczone poszarpanymi skalistymi wzniesieniami, zbyt niskimi, by zasługiwać na miano gór.

Szosę przecinały co jakiś czas cienie palm – ciemniejsze niż w moich wspomnieniach, ale nadal zbyt blade. W takim cieniu nic i nikt nie mógłby się ukryć. Trudno było podejrzewać, że coś tu grozi, ale mimo wszystko nie czułam ulgi, nie czułam wcale wracam do domu.

– Którędy na lotnisko, Bello? – spytał Jasper. Drgnęłam. W jego łagodnym głosie nie dało się doszukać niczego niepokojącego był to jednak pierwszy dźwięk, jaki przerwał panującą od wielu godzin ciszę.

– Trzymaj się stodziesiątki – odpowiedziałam odruchowo. – Zaraz będziemy je mijać. – Mój osłabiony brakiem snu mózg działał bardzo powoli.

– Wybieramy się dokądś samolotem? – spytałam po chwili Alice.

– Nie, ale lepiej być blisko, tak na wszelki wypadek. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałam, było okrążanie lotniska – okrążanie, nie minięcie. To wtedy musiałam w końcu zasnąć.

Ach, i jeszcze coś, jak przez mgłę – wysiadanie z samochodu. Słońce znikało właśnie za horyzontem. Szłam, powłócząc nogami, obejmując jednym ramieniem Alice, która trzymała mnie mocno w talii. Powietrze nareszcie było ciepłe i suche…

Nie miałam pojęcia, jak znalazłam się w tym pokoju.

Zerknęłam na zegar na szafce nocnej. Podświetlane czerwienią cyfry głosiły światu, że dopiero, co wybiła trzecia, równie dobrze mogła być to jednak piętnasta. Grube zasłony okienne nie przepuszczały światła słonecznego, w pokoju paliły się za to liczne lampy.

Zesztywniała podniosłam się z łóżka i dowlokłam do okna. Wyjrzałam na zewnątrz. Za oknem było ciemno.

Trzecia nad ranem.

Autostradą poniżej sporadycznie przemykał jakiś samochód. Rozpoznałam nowo wybudowany, wielopoziomowy parking lotniska. Wiedziałam teraz, gdzie dokładnie jestem i która to godzina. Poczułam się nieco raźniej. Przeniosłam wzrok na własne nogi.

Nadal miałam na sobie ubrania należące do Esme. Były na mnie o wiele, o wiele za duże. Rozejrzałam się po pokoju. Na niskiej komódce stała moja torba turystyczna. Ucieszyłam się na jej widok.

Chciałam już poszukać czegoś do przebrania, kiedy ktoś zapukał cicho do drzwi. Serce podskoczyło mi do gardła.

– Mogę wejść? – spytała Alice. Wzięłam głęboki wdech.

– Jasne.

Wszedłszy do pokoju, przyjrzała mi się uważnie.

– Przydałoby ci się jeszcze trochę snu – doradziła. W odpowiedzi tylko pokręciłam głową. Podeszła bezszelestnie do okna i starannie zasunęła zasłony.

– Nie wolno nam wychodzić na dwór – powiedziała.

– Jasne – wychrypiałam. – Chce ci się pić? Wzruszyłam ramionami.

– Nie, dzięki. A co z wami, niczego wam nie potrzeba?

– Poradzimy sobie. – Uśmiechnęła się. – Zamówiłam dla ciebie coś do jedzenia, czeka w drugim pokoju. Edward przypomniał mi, że posilasz się znacznie częściej od nas.

Z miejsca się ożywiłam.

– Dzwonił?

– Nie, mówił mi już wcześniej.

Zasmuciłam się.

Alice schwyciła mnie ostrożnie za rękę i poprowadziła do drugiego pokoju. Dobiegał z niego szum głosów cicho nastawionego telewizora. W rogu, przy biurku siedział nieruchomo Jasper. Bez cienia zainteresowania w oczach oglądał wiadomości.

Usiadłam na podłodze przy niskim stoliku, na którym czekała na mnie taca z posiłkiem. Wzięłam pierwszy kęs do ust, nie zastanawiając się nawet nad tym, co jem.

Alice przycupnęła na oparciu kanapy i podobnie jak skupiła się na migoczących obrazkach, nie okazując przy tym żadnych emocji.

Jadłam powoli, przyglądając się dziewczynie, tylko od czasu do czasu zerkając na Jaspera. Stopniowo zaczęło do mnie docierać, że ich znieruchomienie nie jest normalne. Nie odrywali oczu od ekranu nawet wtedy, gdy leciały reklamy. Coś się musiało stać. Odepchnęłam od siebie tacę, czując narastające mdłości. Alice odwróciła głowę.

вернуться

* I of ihe Sun – lokalna nazwa konurbacji Phoenix.